
Nie do restauracji, nie do kawiarni, nie na neutralny teren, gdzie zawsze można zasłonić się pośpiechem, rachunkiem albo przypadkowym znajomym przy sąsiednim stoliku. Zaprosiła mnie do domu. A właściwie, jak się później okazało, do dworu.
Jechałem tam z tym dziwnym uczuciem, że za chwilę przekroczę granicę między fantazją a czymś, co naprawdę może się wydarzyć. Dwór stał na uboczu, za rzędem starych lip, podświetlony ciepłym światłem lamp. Nie był pałacem z katalogu, raczej domem kogoś, kto miał pieniądze, gust i cierpliwość do rzeczy starych. Szerokie schody, ciężkie drzwi, mosiężna klamka wypolerowana dłoniami kilku pokoleń.
Pomyślałem wtedy: gustowna i bogata kobieta. Albo przynajmniej kobieta, która umiała urządzić wokół siebie świat tak, by każdy gość czuł się odrobinę mniejszy.
Otworzyła mi Ona sama. Marta. Historyczka.
I przez moment naprawdę zapomniałem, co wypada powiedzieć.
Miała na sobie ciemnozieloną suknię (szmaragdową?), prostą, ale tak dopasowaną, że prostota stawała się bezczelnością. Dekolt nie był wulgarny, a jednak obliczony z okrutną precyzją: tyle, by rozpalić wyobraźnię, za mało, by można było jej cokolwiek zarzucić. Materiał łapał światło świec i przesuwał je po jej sylwetce miękko, jakby suknia była żywa.
Kiedy cofnęła się o krok, zobaczyłem smukłe łydki w cienkich, ciemnych pończochach i błysk wytwornych, czarnych szpilek. Ten drobiazg uderzył mnie mocniej niż nagość, bo był elegancki, świadomy, niemal ceremonialny.
Na szyi miała cienki złoty łańcuszek, przy uchu perłę, włosy upięte wysoko, lecz kilka kosmyków wymknęło się przy skroniach. Paznokcie miała pomalowane czerwonym lakierem, głębokim jak wino. Gdy dotknęła klamki, potem mojego rękawa, nie mogłem oderwać wzroku od tych dłoni.
Pachniała czymś ciepłym: wanilią, wytrawnym winem, odrobiną pudru i jakąś ostrzejszą nutą, której nie umiałem nazwać. Nie perfumy dziewczyny. Perfumy kobiety, która wie, że zapach potrafi zostać w cudzej pamięci dłużej niż słowa.
– Bałam się, że pan nie przyjedzie – powiedziała cicho.
– Ja się bałem, że przyjadę – odpowiedziałem głupio, ale ona tylko się uśmiechnęła.
Ten uśmiech był najgorszy. Nie obiecywał niczego, a jednocześnie człowiek natychmiast zaczynał sobie obiecywać wszystko.
Wprowadziła mnie do biblioteki. W kominku palił się ogień, na małym stoliku stały kieliszki, karafka i talerzyk z oliwkami. Usiadła naprzeciw mnie tak, że suknia ułożyła się na kolanach gładką falą, a przy jednym ruchu odsłoniła koronkowy brzeg pończochy i wyżej nagie ciało. Niby przypadkiem. Niby tylko na sekundę. Właśnie dlatego poczułem, że zapamiętam ten widok bardziej niż całą rozmowę.
Marta poruszała się po tym domu tak naturalnie, jakby nie chodziła po pokojach, ale po własnej legendzie. Poprawiła spódnicę ledwie dostrzegalnym ruchem i spytała o podróżi mój dzisiejszy dzień. Ja odpowiadałem, lecz słyszałem samego siebie z oddali.
Kiedy mówiła, bawiła się bransoletką, przesuwając ją po nadgarstku czerwonymi paznokciami. Mężczyzna potrafi mieć śmieszne słabości. Jeden zapamięta głos, drugi usta, trzeci zapach. Ja wtedy zrozumiałem, że moją zgubą będą jej dłonie, pończochy i ten dekolt, który nieustannie udawał niewinność.
Wtedy zadzwonił dzwonek.
Jej twarz zmieniła się tylko na ułamek sekundy. Zbyt krótko, by nazwać to paniką. Zbyt wyraźnie, by uznać za nic.
– Proszę wybaczyć – powiedziała. – To zapewne… sąsiad.
Wyszła. Usłyszałem kroki w holu, niski męski głos i jej śmiech, odrobinę za jasny. Potem wróciła, szybciej niż powinna. Jej oczy błyszczały...
– Muszę pana na chwilę przeprosić. Wyszła drobna pomyłka organizacyjna.
– Sąsiad?
– W pewnym sensie – odparła z delikatnym uśmiechem.
Nie minęło pięć minut, gdy z sąsiedniego salonu dobiegł śmiech. Rubaszny, męski, gardłowy, tak pewny siebie, jakby dom należał do niego od dawna. Marta zajrzała na moment i nalała mi wina, przeprosiła znów i zniknęła za drzwiami.
Siedziałem w bibliotece jak uczniak zostawiony pod opieką globusa i portretu jakiegoś ponurego pradziada. Najpierw byłem rozbawiony. Potem urażony. A potem zaciekawiony.
Kiedy wróciła po raz trzeci, policzki miała zaróżowione, oddech przyspieszony a wargi spierzchnięte. Nie od wina, bo prawie nie piła.
– Marto – powiedziałem cicho. – Kogo pani ukrywa?
Spojrzała na mnie tak, jakby przez chwilę rozważała kłamstwo, ale uznała, że szkoda uroku na rzeczy banalne.
– Björna.
– Björna?
– Tak ma na imię. I nie, nie jest sąsiadem. Nie wiem kim jest.. dla mnie.. naprawdę...
Jak na zawołanie drzwi uchyliły się i stanął w nich on. Wysoki, szeroki w ramionach, jasnowłosy, z brodą przyciętą krótko, ale wciąż na tyle surową, by człowiek od razu zrozumiał, skąd Marta wzięła określenie „w typie wikinga”. Miał na sobie prostą czarną koszulę, rękawy podwinięte, przedramiona mocne, opalone. Spojrzał najpierw na mnie, potem na nią. I uśmiechnął się bez cienia zakłopotania.
– A więc to pan jest drugim pokojem – powiedział.
Marta zakryła usta dłonią, ale śmiała się naprawdę.
Cała maskarada pękła. Usiedliśmy w końcu we troje przy stole w jadalni. Była pieczeń, chleb z chrupiącą skórką, śliwki w occie, czerwone wino i ta nieznośna świadomość, że każdy z nas patrzy na Martę za długo.
Björn nie udawał. Jego wzrok miał w sobie coś prostszego, niemal barbarzyńskiego: zatrzymywał się na jej szyi, na piersiach pod zieloną tkaniną, na smukłej kostce widocznej nad paskiem szpilki. Nie był ordynarny. Był zachwycony, ale zachwytem człowieka, który nie potrafi udawać obojętności. No i pożerał ją wzrokiem. Prawie jak ja.
Ja próbowałem być subtelniejszy, lecz i tak zdradzały mnie oczy. Marta widziała to doskonale. Co więcej, karmiła się tym. Raz zwracała się do mnie, raz do niego; raz śmiała się z mojego żartu, raz pozwalała Björnowi dolać sobie wina.
Myślę, że Marta ma jakieś kompleksy na swoim punkcie. Może nie potrafi dostrzec jak piękną jest kobietą. Ma oryginalną urodę, nie tuzinkową ale jest naprawdę śliczna.
Raz pochyliła się po sól odrobinę za nisko, raz przeciągnęła palcem po krawędzi kieliszka, raz poprawiła suknię tak, że obaj zamilkliśmy w połowie zdania. Uśmiechnęła się wtedy jak kobieta, która właśnie usłyszała komplement, choć nikt go nie wypowiedział.
– To była omyłka – powiedziała w końcu. – Zaprosiłam panów na tę samą godzinę. Jednego miałam przełożyć.
– Którego? – spytałem.
– Właśnie w tym rzecz – odparła, patrząc w kieliszek. – Nie umiałam zdecydować.
Zapadła cisza. Ciepła, ciężka, nieprzyzwoicie żywa.
Björn roześmiał się pierwszy.
– W moich stronach mówi się, że bogowie lubią takie pomyłki.
– A historycy mówią – dodałem – że każda pomyłka ma konsekwencje.
Marta uniosła wzrok. Przez chwilę wyglądała niemal niepewnie. I to było w niej najbardziej fascynujące: ta mieszanka odwagi i lęku. Kobieta, która potrafiła igrać z dwoma mężczyznami przy jednym stole, a jednocześnie bała się własnego pragnienia. Nie wiem, ale chyba nie chodziło jej o seks w troje.. Raczej o coś głębszego co bała się nazwać.
Powiedziała półżartem, ale głos jej zadrżał:
– Konsekwencje bywają kłopotliwe. Zwłaszcza dla kobiety.
Zrozumieliśmy aluzję. W jej oczach pojawił się cień: ten dawny, pierwotny lęk przed tym, że chwila może zostawić po sobie coś więcej niż wspomnienie. Że fascynacja może stać się losem. Nie mówiła tego wprost, ale właśnie dlatego zabrzmiało mocniej.
Björn spoważniał. Ja też.
– Dziś nic nie stanie się bez pani zgody – powiedziałem.
– Ani bez rozsądku – dodał Björn, zaskakująco łagodnie.
Marta patrzyła na nas długo. Potem odłożyła serwetkę.
– Skoro już wyszło na jaw, że jestem fatalną organizatorką, powinnam jakoś panom wynagrodzić tę niezręczność. Jedno życzenie. Każdemu. Ale takie, na które sama się zgodzę.
Björn nie wahał się długo.
– Zatańczy pani ze mną.
Kiedy wstała, suknia opadła ciężko, a rozcięcie odsłoniło nogę w pończosze aż do miejsca, gdzie zaczynała się koronka. Björn zobaczył to pierwszy. Ja zobaczyłem jego reakcję i poczułem coś dziwnego: nie zazdrość, raczej porozumienie. Obaj byliśmy w tej samej niewoli.
W salonie nie było muzyki, więc Marta nastawiła starą płytę. Głos trzeszczał z gramofonu jak z innej epoki. Björn podał jej rękę i nagle ten wielki człowiek stał się dziwnie uważny. Prowadził ją pewnie, ale nie brutalnie. Marta w jego objęciach wyglądała jak ktoś, kto próbuje zachować dystans, choć ciało zdradza, że pamięta o cieple cudzych dłoni.
Suknia przesuwała się przy każdym obrocie. Perła przy uchu błyskała. W pewnej chwili spojrzała ponad jego ramieniem na mnie i w tym spojrzeniu było coś, co zabolało przyjemnością. Widać było ogień między nimi. Dotykał jej a może raczej pieścił każdy zakamarek jej ciała. Ona chłonęła jego siłę, męskość w której można się było skryć.
– A pan? – spytała potem, gdy taniec się skończył.
Miałem gotową odpowiedź i bałem się jej wypowiedzieć.
– Rozbierzesz sie do naga i położysz dla nas na stole...
Jej twarz na moment stężała, myślę ze zastanawiała się co zrobić. Roześmiałem się, to był przecież zwykły żart. Nie ukrywam, każdy z nas rozebrałby Ją bez chwili zwłoki.
- Chcę, żeby pani usiadła między nami i powiedziała prawdę.
– Jaką prawdę?
– Czy zaprosiła nas pani przez pomyłkę, czy dlatego, że od dawna chciała pani sprawdzić, co się stanie.
Marta pobladła lekko. Potem usiadła. Między nami, tak blisko, że poczułem jej zapach wyraźniej niż kiedykolwiek. Wanilia. Wino. Ciepła skóra. Nerwowy oddech. Ale i podniecenie. Nasze... Jej?
Jej czerwone paznokcie spoczywały na czarnej tkaninie sukni. Ten kontrast był niemal bezwstydny. Czerwień, koronka, pończochy, perła przy uchu, lekko rozchylone usta. Wszystko w niej mówiło: dama. I wszystko zarazem szeptało: sprawdź, czy naprawdę.
– Nie wiem – powiedziała. – I to jest najgorsze. Chyba od dawna chciałam, żeby coś wymknęło mi się spod kontroli. Ale tylko trochę. Tyle, bym mogła potem udawać, że to przypadek.
Björn pochylił głowę.
– A teraz?
Marta spojrzała najpierw na niego, potem na mnie.
– Teraz boję się, że będę to wspominać zbyt często.
Nie było w tym domu nic nierealnego. Żadnych teatralnych piorunów, żadnej muzyki znikąd. Tylko ogień w kominku, trzy kieliszki, czerwony ślad wina na jej wardze i cisza, w której każdy ruch miał znaczenie.
Marta położyła dłonie na stole. Jedną bliżej mnie, drugą bliżej Björna. To nie był rozkaz. To nie była obietnica. Raczej pytanie zadane bez słów.
Odpowiedzieliśmy równie cicho.
Dalszą część tamtego wieczoru zostawię za zamkniętymi drzwiami salonu, bo są wspomnienia, które tracą moc, gdy rozebrać je z tajemnicy do ostatniego szczegółu. Powiem tylko, że Marta śmiała się raz jeszcze tym niskim, zawstydzonym śmiechem kobiety, która wie, że zrobiła coś nierozsądnego, i że przez całą noc w dworze pachniało dymem, perfumami i rozlanym winem.
Nad ranem, gdy byłem już pewien, że nic bardziej niebezpiecznego niż pamięć nie może nas spotkać, Marta stanęła w drzwiach biblioteki w narzuconym na ramiona szlafroku.
W ręku trzymała kopertę.
– Panowie – powiedziała cicho. – Jest coś, czego wam wczoraj nie powiedziałam.
Björn odwrócił się pierwszy.
– Co takiego?
Marta uśmiechnęła się blado, a w jej oczach zobaczyłem ten sam lęk i tę samą fascynację, które przyciągnęły nas do niej od początku.
– Kolacja była próbą. Jutro...
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
3 komentarze
Historyczka
Panowie... tej naszej randki nigdy nie zapomnę... przenigdy.
Jakub
@Historyczka jesteś cudowna jesteś kochana..
BjornJarnsida
@Historyczka zatańczymy ?
JorgDeJoong
Jednak zrobiła … zazdroszczę że nie mogłem uczestniczyć … jeszcze nie
Jakub
@JorgDeJoong nie chcę opowiadać w szczegółach, bo to dotyczy prywatności innych osób. Jedno mogę stwierdzić - Marta to osoba przewyższająca bohaterkę swoich opowiadań. Czym się różni to na pewno brakiem tej naiwności, którą pokazuje w opowiadaniach. Raczej jest jak dobra szachistka co doskonale wie co będzie..
JorgDeJoong
@Jakub zazdroszczę … ale już niedługo 🙂
BjornJarnsida
Nie wiedziałem że masz taki talent … ale tego tańca nigdy nie zapomnę …
Jakub
@BjornJarnsida dzięki za miłe słowa, jeszcze przed spotkaniem obiecałem Historyczce, ze opiszę wszystko..
BjornJarnsida
@Jakub naprawdę umiesz pisać …