Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Jedyne czego chcę / ROZDZIAŁ 5

Jedyne czego chcę / ROZDZIAŁ 5~Halia~

Wracając powoli do domu, mijam księgarnię, w której pracuję. Ku mojemu zaskoczeniu dostrzegam w środku Pana Barneya.

Dziwne… Przecież dzisiaj mamy zamknięte.

Podchodzę bliżej i z trudem otwieram stare, skrzypiące drzwi.

— Dzień dobry. Czy coś się stało, że jest Pan dzisiaj w pracy? — Pytam, spoglądając na starszego mężczyznę.

Pan Barney poprawia okulary, które zsunęły mu się z nosa, i uśmiecha się na mój widok.

— O… Witaj, Halia. Mam trochę papierkowej roboty. Nie chciałem Cię tym obarczać.

— Szkoda, że Pan nie zadzwonił. Chętnie bym pomogła. — Uśmiecham się nieśmiało.

Pan Barney jest jednym z tych ludzi, przy których człowiek od razu czuje spokój. Zawsze mogę na niego liczyć, a kiedy potrzebuję wolnego, nigdy nie robi z tego problemu.

Praca w księgarni nigdy nie wydawała mi się obowiązkiem.

Uwielbiam książki.

Jeszcze bardziej lubię patrzeć, jak ktoś znajduje tę jedną historię, która zostanie z nim na długo.

— Dziecko, naprawdę dam sobie radę. — Uśmiecha się ciepło. — Pracujesz przez cały tydzień i uważam, że to i tak wystarczająco dużo. Korzystaj z pięknej pogody. Widzimy się w poniedziałek.

Wzdycham z uśmiechem.

— Dobrze. W takim razie do poniedziałku.

Żegnam się z nim i wracam do domu.

Przygotowuję śniadanie, a później wygodnie siadam z książką.

Jakąś godzinę później telefon leżący obok mnie zaczyna wibrować.

Od: Nico
Robisz coś? :)

Uśmiecham się pod nosem i szybko odpisuję.

Do: Nico
Czytam 📖

Nie muszę długo czekać na odpowiedź.

Od: Nico
Żartujesz sobie?! W końcu świeci słońce, a Ty CZYTASZ?

Parskam cicho śmiechem.

Do: Nico
Teraz już nie czytam… Jak zwykle mi przeszkadzasz.

Odkładam telefon na łóżko i wracam do książki.

Przez następnych kilka minut urządzenie co chwilę wibruje.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

Po piątej wiadomości postanawiam uparcie udawać, że niczego nie słyszę.

Kiedy w końcu kończę, postanawiam zerknąć na telefon.

Od: Nico
Jak zwykle?!
Wcale Ci nie przeszkadzam!
Halo! Nie ignoruj mnie.
Okej, jak chcesz… Zaraz będę :D
Wtedy na pewno Ci będę przeszkadzał.

Parskam cicho śmiechem.

— No świetnie… Zero spokoju.

W tym samym momencie słyszę, że ktoś chodzi po domu.

Marszczę brwi.

Ale zaraz… Przecież zamknęłam drzwi.

Szybko zeskakuję z łóżka i podbiegam do drzwi pokoju.

Nasłuchuję.

Przez chwilę panuje cisza.

Powoli otwieram drzwi i najciszej, jak potrafię, schodzę po schodach.

Po drodze chwytam szczotkę stojącą przy ścianie.

Lepsze to niż nic…

Na palcach podchodzę do kuchni i ostrożnie zaglądam przez framugę.

Zatrzymuję się.

Przy mojej lodówce stoi Nico.

Z otwartymi drzwiczkami zagląda do środka, jakby właśnie szukał największego skarbu świata.

— Jak Ty tu wszedłeś? — pytam, wciąż ściskając szczotkę.

Nico odwraca się w moją stronę.

Kiedy zauważa, co trzymam w rękach, wybucha śmiechem.

— A ta szczotka… to niby na mnie?

— Nico! Co ty tutaj robisz? Jak wszedłeś? — Mówię już całkiem poważnie. — Myślałam, że to jakiś włamywacz.

— Przez okno.

Wskazuje palcem szeroko otwarte okno.

Patrzę najpierw na nie.

Potem na niego.

— Wlazłeś do mojego domu przez okno? Serio?!

— Drzwi były zamknięte, a okno nie. — Śmieje się mój przyjaciel, zamykając lodówkę. — Poza tym ostrzegałem, że już jadę. Nie odpisałaś, więc uznałem, że to znaczy „okej”.

Szczerzy się od ucha do ucha i siada przy stoliku.

Przewracam oczami.

— Nie mogłeś po prostu zapukać? Tylko mnie wystraszyłeś.

— Nie panikuj. Nikt normalny nie wszedłby do domu przez okno.

Patrzę na niego przez chwilę w milczeniu.

— Nico…

— No co?

— Ty właśnie wszedłeś do mojego domu przez okno.

Zapada krótka cisza.

Po chwili Nico znowu wybucha głośnym śmiechem.

— Faktycznie… chyba masz rację.

Kręcę głową z bezradnością.

— Boże… Co ja z Tobą mam?

— To jak? Skoro już tu jestem, obejrzymy coś? Albo gdzieś pójdziemy?

Zastanawiam się przez chwilę.

— Hmm… W sumie czemu nie.

Wzdycham i, nie czekając na niego, ruszam z powrotem na górę.

— Hej! A masz może popcorn? — krzyczy z dołu.

— W szafce obok lodówki! Weź sobie!

Siadam na łóżku i ze śmiechem mruczę pod nosem:

— Jesteś niemożliwy…

Po kilku minutach Nico wpada do pokoju z miską popcornu w jednej ręce i paczką chipsów w drugiej.

— Nie patrz tak na mnie. Popcorn był samotny.

— A chipsy?

— Też. Nie mogłem ich tam zostawić.

Parskam śmiechem i tylko kręcę głową.

— Zamawiam pizzę. Inaczej za chwilę zjesz całą moją kuchnię.

— Widzę, że humor Ci dzisiaj dopisuje.

Chwilę później siedzimy już wygodnie na łóżku.

Między nami stoi karton z gorącą pizzą, a Nico z pełnym przekonaniem przejmuje pilota.

— Ej! Dzisiaj ja wybieram serial!

— A niby dlaczego?

— Dlatego, że ostatnio Ty wybierałeś! — Odpowiadam ze śmiechem.

— Tylko błagam… nie ten serial…

— Za późno. — Mówię, zabierając mu pilota.

— Przecież oglądałaś to z milion razy!

— I za każdym razem jest jeszcze lepszy. Poza tym, Ty nadal go nie obejrzałeś do końca… wiesz, że Ci nie daruję.

Nico wzdycha teatralnie.

— Ale to ma tyle sezonów…

— Nic nie rozumiesz… To naprawdę świetny serial…

— Wręcz przeciwnie. Ja po prostu nie rozumiem, dlaczego za każdym razem krzyczysz do telewizora, jakby bohaterowie mogli cię usłyszeć.

Rzucam w niego poduszką.

— Dobra, bądź cicho i oglądaj.

Śmieje się, odrzuca poduszkę z powrotem i sięga po kolejny kawałek pizzy.

Przez resztę wieczoru bardziej sprzeczamy się o serial, niż faktycznie go oglądamy.



                                       ~Rayden~

Godzinę później Soren jest już gotowa i  jak sama to określiła, idziemy „pozwiedzać okolicę”.

Pokazuje mi ratusz z wielkim zegarem, kawiarnię, w której poznała swojego chłopaka Nico, i kilka innych miejsc, które na pierwszy rzut oka nie wydają mi się niczym szczególnym.

Ale kiedy o nich opowiada, mam wrażenie, że jest naprawdę szczęśliwa, mogąc nazywać to miejsce swoim domem.

W jej oczach pojawia się blask, jakby mieszkała w jakimś magicznym świecie, a nie w zwykłym miasteczku, które przez większość czasu skrywa się pod deszczowymi chmurami.

Dzisiejszy dzień jest jednak wyjątkowo słoneczny, co bardzo mi odpowiada.

Muszę przyznać, że Mirvael naprawdę jest całkiem pięknym miejscem.

Mimo że na chodnikach wciąż leżą złote liście, a w kałużach odbija się jesienne słońce, to miasteczko ma w sobie coś…

Coś, czego nie potrafię jeszcze nazwać.

Kiedy niebo powoli zaczyna ciemnieć, postanawiamy coś zjeść. Soren prowadzi mnie do niewielkiej knajpki schowanej nieco na uboczu. Ku mojemu zdziwieniu w środku jest naprawdę sporo ludzi.

Z głośników płynie energiczna muzyka, dookoła słychać rozmowy i śmiech gości. Przy kilku stolikach siedzą grupki nastolatków, którzy co chwilę wybuchają głośnym śmiechem, jakby cały świat należał właśnie do nich.

Siadamy przy stoliku obok okna.

— Mówię Ci, mają tutaj najlepsze burgery w całym Mirvael. — Soren uśmiecha się z przekonaniem.

— Mam nadzieję, inaczej będę zawiedziony.

— Za chwilę sam się przekonasz i mnie przeprosisz.

Kilka minut później kelner stawia przed nami dwa talerze.

Biorę pierwszy kęs i przez chwilę nic nie mówię.

— No? — Pyta Soren z szerokim uśmiechem.

Wzdycham.

— Dobra… są naprawdę dobre.

— Wiedziałam! — Odpowiada triumfalnie.

— Ale nie przyzwyczajaj się do tego, że będę Ci często przyznawał rację.

Soren tylko przewraca oczami i zaczyna się śmiać.

Przez następnych kilkanaście minut rozmawiamy o wszystkim i o niczym. O studiach, o pracy, o ludziach, których oboje znamy od dzieciństwa. Co chwilę łapię się na tym, że mimowolnie uśmiecham się do jej kolejnych historii.

Zerkam przez okno.

Na ulicach nadal spacerują ludzie. Niektórzy trzymają się za ręce, inni rozmawiają, siedząc na ławkach.

Mam wrażenie, że wszyscy się tutaj znają.

— Wiesz… — odzywam się po chwili. — Mam dziwne wrażenie, że w tym mieście nikt nie jest samotny.

Soren odkłada szklankę i patrzy na mnie z lekkim uśmiechem.

— Bo tak jest.

Marszczę brwi.

— Serio?

— Mirvael ma w sobie coś, co sprawia, że prędzej czy później każdy znajduje tutaj swoje miejsce.

Patrzę na nią przez chwilę.

— Brzmi trochę jak slogan z ulotki turystycznej.

Śmieje się.

— Może trochę. Ale daj temu miejscu szansę.

Nie odpowiadam.

Po raz pierwszy od przyjazdu nie myślę o tym, kiedy stąd wyjadę.

Wracamy do domu powoli i w ciszy.

Słońce zdążyło już schować się za horyzontem, a nad Mirvael zaczynają zbierać się ciemniejsze chmury.

— Wygląda na to, że jutro znowu będzie padać — mówię, spoglądając w niebo.

Soren uśmiecha się tajemniczo.

— Tutaj pogoda nigdy nie jest przypadkowa.

Patrzę na nią z niedowierzaniem.

— Coraz bardziej mnie przerażasz.

— Przyzwyczaisz się.

Kręcę głową z rozbawieniem.

Mam nadzieję.

Dodaj komentarz