
Razem z Nico rozsiedliśmy się na naszej ulubionej kanapie, popijając czekoladę. Zawsze przychodzimy tu, żeby porozmawiać lub zabić czas w deszczowe dni, takie jak ten.
— Dzisiaj też miałaś jeden z tych dziwno-romantycznych snów? — pyta mój przyjaciel, przyglądając mi się z zaciekawieniem.
Wzdycham, po czym odpowiadam:
— Jeśli o to chodzi, nic się nie zmieniło. Jednak ten był trochę inny… bardziej intensywny.
— Co to znaczy?
— Nie wiem, Nico, sama się nad tym zastanawiam… To jakby urywki czyjegoś życia, ale czasami mam wrażenie, że jestem częścią tego wszystkiego.
— Myślisz, że mogą mieć jakieś znaczenie? — pyta, po czym bierze łyk czekolady.
— Naprawdę nie wiem, co mam o tym myśleć. Czasami zastanawiam się, dlaczego właśnie ja mam takie sny? Czy jest coś, co powinnam wiedzieć? A może to tylko moja bujna wyobraźnia.
— Ciągle tylko pracujesz, naczytasz się tych książek, a później śnisz o idealnym życiu — śmieje się, ale widzę w jego oczach zrozumienie.
Każdego ranka budzę się z kolejnym fragmentem historii, której nie potrafię dokończyć. Nico dobrze wie, że w pewnym sensie są one dla mnie męczące i nie daje mi spokoju myśl, że jestem z nimi jakoś powiązana. Zawsze opowiadam mu o każdym z nich.
Wieczorami, kiedy kładę się do łóżka, zapisuję wszystko, a później snuję swoje myśli, zastanawiając się nad tym, czy mogę jakoś połączyć kropki.
A co, jeśli to naprawdę tylko nic nieznaczące sny, a ja spędzam czas, aby rozwiązać zagadkę, która nawet nie istnieje?
— Chodź, pokażę Ci fajne miejsce.
Kolejny raz przyjaciel wyrywa mnie z kłębiących się w mojej głowie myśli.
— Fajne miejsce? Jakieś nowe, w którym jeszcze nie byliśmy? Z tego, co pamiętam, ostatnio nic się tutaj nie zmieniło.
Razem wstajemy, machamy Lizzy, która ma dziś wieczorną zmianę, i z uśmiechem wychodzimy z kawiarni.
— Pokażę Ci supertajne miejsce. A mianowicie… supertajną ławkę. — Patrzy na mnie z tym swoim szyderczym uśmieszkiem.
Mrużę oczy.
— Masz na myśli… naszą ławkę?
— Ciii… nie psuj klimatu.
— Dobrze, niech Ci będzie… pokaż mi tę supertajną ławkę.
Śmieję się i znowu łapię go pod ramię.
Deszcz nadal pada, ale już nie tak mocno jak wcześniej. Mijamy przeszklone sklepy, w których witrynach migoczą ciepłe światła lamp, nadając ulicom tajemniczy klimat.
I za to właśnie kocham Mirvael.
Tutaj ludzie zawsze potrafią znaleźć powód do uśmiechu. Z każdej strony otacza nas zieleń, a miasteczko żyje własnym rytmem.
W tygodniu tętni życiem, pełne rozmów, śmiechu i kroków przechodniów. Za to w weekendy wszystko zwalnia. Ulice cichną, a wraz z nimi całe otoczenie, jakby sama przyroda wiedziała, że każdy potrzebuje choć chwili oddechu.
Nawet deszcz nikomu tutaj nie przeszkadza.
Wręcz przeciwnie.
Z czasem każdy, kto zamieszka w Mirvael, zaczyna dostrzegać w nim coś wyjątkowego. Coś, co sprawia, że nie chce się już być nigdzie indziej.
W pewnym momencie mój wzrok pada na postać w ciemnym płaszczu, która szybkim krokiem mija nas z drugiej strony ulicy.
To trwa zaledwie chwilę.
Chwilę, w której czuję coś, co do tej pory zdarzało mi się tylko w snach. To znajome uczucie, którego nie potrafię wyjaśnić.
Kiedy odwracam się ponownie, nikogo już nie ma.
Emocje powoli opadają.
To tylko moja wyobraźnia — powtarzam sobie w myślach.
Bądź poważna, Halia.
Przez te sny zaczynasz wariować.
— Wszystko dobrze? Coś się stało? — pyta Nico, spoglądając w tym samym kierunku, w którym jeszcze przed chwilą uciekł mój wzrok.
— Tak… Wydaje mi się, że tak. Chyba tylko coś mi się przewidziało. Chodźmy dalej — odpowiadam, próbując przekonać samą siebie, że to, co przed chwilą poczułam, było jedynie przypadkiem.
~Rayden~
— Chcesz coś ze sklepu? — pytam moją przyjaciółkę, zakładając na siebie płaszcz.
— Ray, przecież nie znasz miasta, a nadal pada. Możemy pojechać samochodem.
— Myślę, że sobie poradzę, Soren. Sama mówiłaś, że może „pokocham deszcz”, więc pozwól mi wyjść samemu do sklepu. Muszę trochę oczyścić umysł po tym, jak mnie tu przywiozłaś — odpowiadam i zaczynam się śmiać.
— Wow… wrócił dawny Rayden. — To mi się podoba. W takim razie tylko się nie zgub. I nie, wszystko mam, więc w razie czego śmiało dzwoń… może odbiorę.
Zerkam w jej stronę i widzę, że z trudem powstrzymuje ten swój głupi uśmieszek.
Kiedy wychodzę z domu, na dworze została już tylko lekka mżawka, która na szczęście nie przeszkadza mi tak bardzo jak wcześniej. Szybko zauważam, że od domu Soren do głównej ulicy jest zaledwie kilka minut drogi, więc kieruję się w stronę migających świateł.
Na ulicach panuje ten sam spokój, który zauważyłem już wcześniej, wracając z dworca. Jakby czas w tym mieście na chwilę się zatrzymał.
Rozglądam się dookoła i muszę przyznać, że poza pogodą Mirvael jest naprawdę pięknym miejscem.
Kiedy docieram na główną ulicę, mijam niewielkie sklepiki ustawione jeden obok drugiego.
Ciepłe światła witryn odbijają się w mokrym bruku, a w powietrzu unosi się zapach cynamonu.
Przypomina mi mamę.
W każde święta piekła dla nas cynamonowe drożdżówki. Ich zapach roznosił się po całym domu jeszcze zanim zdążyliśmy usiąść do stołu.
Cholera… aż zgłodniałem.
Jak na zawołanie mój brzuch zaczyna głośno burczeć.
W kolejnej chwili po drugiej stronie ulicy dostrzegam dziewczynę trzymającą chłopaka pod rękę.
Nie widzę jej twarzy.
Tylko długie, rude włosy, mokre od deszczu.
I wtedy, na ułamek sekundy, czuję coś, czego nie potrafię opisać.
Tęsknotę.
Spokój.
Jakby obie te emocje istniały jednocześnie.
Dziwne uczucie podpowiada mi, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.
Opanuj się, Rayden — besztam się w myślach.
To tylko jakaś zwykła dziewczyna.
Nic nie znaczy.
Nawet nie wiesz, kim jest.
Szybkim krokiem przechodzę na drugą stronę ulicy, próbując zapomnieć o tej dziwnej sytuacji. Chwilę później dostrzegam niewielką piekarnię, z której unoszą się, jak podejrzewam, te wszystkie piękne zapachy.
W środku stoi starsza kobieta. Na mój widok od razu wita mnie szerokim uśmiechem.
— Dzień dobry. — Posyłam jej swój najlepszy uśmiech.
— Witaj, młody człowieku. — Odpowiada, przyglądając mi się z lekką podejrzliwością. — Co będzie dla Ciebie?
— Hmm… Tak właściwie to sam nie wiem. Poczułem tylko piękny zapach i… chyba to właśnie za nim tutaj przyszedłem.
Starsza kobieta uśmiecha się jeszcze szerzej.
— To pewnie moje bułeczki z cynamonem Cię tu zwabiły. To mój tajny przepis.
Przez chwilę mam wrażenie, że w jej oczach pojawia się dziwny błysk. Jakby skrywała jakąś tajemnicę.
— W takim razie poproszę kilka.
— Nie ma problemu.
Pakuje moje zamówienie, a przez następnych kilka minut rozmawiamy o pogodzie, mieście i tym, jak łatwo przyzwyczaić się do życia w Mirvael.
Po zapłaceniu wychodzę z piekarni.
Na szczęście deszcz ustał, dzięki czemu mogę spokojniej przyjrzeć się skromnym uliczkom.
Coś w tym mieście sprawia, że moje serce jakby miękło. A to nie zdarza się prawie nigdy.
Nie lubię deszczu.
Nie lubię tej wszechobecnej ciszy.
A mimo to… jakimś dziwnym sposobem czuję, że naprawdę nie znalazłem się tutaj przypadkiem.
Znowu bredzisz, Rayden.
Jeszcze chwila, a zaczniesz gadać jak Soren.
Kręcę głową z rozbawieniem.
Najpierw ta dziewczyna.
Teraz to miasto.
— Chyba naprawdę muszę odpocząć po tej podróży… — mruczę pod nosem i ruszam z powrotem w stronę domu przyjaciółki.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz