
Razem z Nico skręcamy w wąską uliczkę prowadzącą na niewielkie podwórko. Naszym celem są stare kamienne schody, które prowadzą do ukrytego ogrodu z niewielką altaną.
Opiekuje się nim Betty. A przynajmniej tak każe się do siebie zwracać. Mieszka kilka domów dalej i od lat pielęgnuje wszystkie rosnące tu kwiaty. Pozwala nam spędzać tutaj czas, bo wie, że razem z Nico nigdy niczego nie zniszczymy. A kiedy tylko potrzebuje pomocy, zawsze chętnie jej pomagamy.
Schodzimy po kamiennych stopniach. Deszcz już ustał, ale krople wciąż spływają z liści i dachu altany. Kierujemy się prosto do naszej tajnej ławki, ukrytej pod drewnianym zadaszeniem.
— Jak ci się układa z Soren? — pytam po chwili.
— Między nami wszystko dobrze, Halia. Naprawdę nie musisz się ciągle zamartwiać moim związkiem.
— Wiem. Soren jest świetną dziewczyną. — Uśmiecham się lekko. — Ale tak właściwie… miałeś mi powiedzieć, dlaczego w ten weekend się z nią nie widzisz.
— Właśnie… Dzisiaj przyjechał do niej przyjaciel z dzieciństwa. Stwierdziłem, że dobrze będzie zostawić ich trochę samych. Ja mam Ciebie poza nią… a ona… wiesz, jak jest. Czasami też potrzebuje kogoś, z kim może po prostu pogadać.
Na chwilę milknie.
— Tak się cieszyła, że przyjeżdża… Ale nie martw się. Może wyskoczymy kiedyś na podwójną randkę. Co ty na to?
Uśmiecha się szeroko i z zaciekawieniem przygląda się mojej reakcji.
Prawie krztuszę się własną śliną.
— Wiesz… to chyba nie jest najlepszy pomysł… — odpowiadam szybko, spuszczając wzrok.
— A niby dlaczego? Bez urazy, ale nie powinienem być jedynym facetem w Twoim życiu, Halia.
— Wiem, Nico, wiem… Ale to nie znaczy, że od razu musisz mnie swatać.
— Nawet nie zamierzam. — Unosi dłonie w geście poddania. — Nie bij.
Parskam śmiechem.
— Dobrze… pomyślę o tym.
Przez chwilę siedzimy w ciszy.
— A tak właściwie… może wpadniesz do mnie w tygodniu na targi książek? W tym roku jestem tam sama. Pan Barney spędza czas z wnukami i powierzył wszystko mnie.
— W sumie czemu nie? Może nawet zabiorę Soren… i jej kumpla. A później pójdziemy coś zjeść.
— Brzmi dobrze. Jeszcze dam Ci znać, kiedy dokładnie odbędą się targi. W tym roku organizatorzy ciągle zmieniają termin i sami chyba nie wiedzą, na co się zdecydować.
— Nie martw się. I tak tam będę. Wiesz, że zawsze pojawiam się, kiedy mnie potrzebujesz.
Uśmiecha się z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oczach.
— A nawet jeśli mnie nie potrzebujesz… i tak się mnie nie pozbędziesz.
Kręcę głową z rozbawieniem.
— To akurat wiem.
Oboje wybuchamy śmiechem i powoli ruszamy w stronę wyjścia.
Na dworze zdążyło się już ściemnić, ale zupełnie nam to nie przeszkadza. Odkąd pamiętam, mieszkamy w Mirvael i nigdy nie było tu miejsca, którego naprawdę moglibyśmy się bać.
Kiedy jesteśmy pod drzwiami, żegnam się z Nico i wchodzę do domu. Zdejmuję buty i kieruję się prosto do łazienki na górze.
Trochę przemokłam, więc zrzucam mokre ubrania i odkręcam gorącą wodę do wanny. Przez następne pół godziny pozwalam sobie po prostu odpocząć.
Kiedy w końcu wychodzę z łazienki, zakładam piżamę i schodzę do kuchni.
Chyba trochę zgłodniałam.
Przygotowuję szybkie tosty, a potem zabieram talerz do swojego pokoju.
Jak każdego wieczoru otwieram zeszyt.
Piszę o osobach w moich snach. Piszę o ich rozmowach, o emocjach, których doświadczyłam, będąc tam razem z nimi. I mimo że nie wiem, kim są ani dlaczego każdej nocy śnię o ich życiu, cieszę się, że mogę przelać to wszystko na papier.
Może dzięki temu choć odrobinę łatwiej jest mi zrozumieć samą siebie.
Kiedy kończę pisać, jest już późno. Tym razem nie sięgam po żadną książkę. Gaszę lampkę i zamykam oczy z nadzieją, że szybko zasnę.
Jednak moje myśli uparcie wracają do tego dziwnego uczucia, którego doświadczyłam dziś na ulicy. Do uczucia, które wydawało się… dziwnie znajome.
Jeszcze nie wiem, z czym je połączyć.
W końcu moje powieki stają się coraz cięższe, oddech zwalnia, a po chwili odpływam w głęboki sen.
~Hugo~
Idąc w stronę lasu, nasze dłonie lekko się dotykają. Nie mam jeszcze odwagi, aby całkowicie złapać ją za rękę. Boję się, że to, co mamy… Że wszystko legnie w gruzach, gdy tylko zrobię kolejny krok do przodu.
Spoglądam na jej lekko wilgotne od mżawki, długie włosy i uśmiecham się tak, aby tego nie zauważyła.
Idziemy w ciszy, a jedyne, co słyszymy, to kroki naszych stóp stąpających po wilgotnej ziemi.
Kiedy z oddali widzimy światło, da się też słyszeć głosy naszych znajomych, czekających na nas przy rozpalonym ognisku.
— Hugo! Tutaj! — Słyszę głos Morgana, który jedną ręką macha w naszą stronę, za to w drugiej trzyma puszkę z piwem.
Podchodzimy bliżej, po czym otacza nas wianuszek przyjaciół, którzy chcą się z nami przywitać. W tle gra muzyka, a dookoła słychać głosy pijanych ludzi. Ale jedyne, o czym mogę teraz myśleć, to że mimo wszystko jestem tutaj z nią.
Odciągam ją na bok, po czym mówię:
— Chcesz się czegoś napić?
Dziewczyna spogląda na mnie swoimi dużymi oczami i przygryza dolną wargę.
Cholera… Nie rób tak… — klnę w myślach, czekając na jej odpowiedź.
— Jasne, chyba jedno piwo nie zaszkodzi. — Odpowiada z niewinnym uśmiechem.
Nie mogąc się powstrzymać, zbliżam się w jej stronę i łapiąc jeden kosmyk jej rudych włosów, zakładam jej go za ucho. Kiedy nasz wzrok się spotyka, moje serce niebezpiecznie szybko przyspiesza i w tym momencie mam ochotę ją pocałować.
Kiedy patrzy na mnie tymi oczami, czuję wszystkie emocje naraz. Mój oddech spowalnia, a wszystko, co czułem do tej dziewczyny do tej pory, odczuwam z podwójną mocą.
~Amaya~
Kiedy Hugo odgarnia kosmyk moich włosów i delikatnie zakłada go za ucho, czuję, jak serce zaczyna bić coraz szybciej.
Czy to możliwe, że czuje to samo co ja?
Czy taki chłopak jak on naprawdę mógłby chcieć być z kimś takim jak ja?
Jego oczy…
Mam wrażenie, że zaglądają prosto do mojej i tak już poranionej duszy.
Nagle jego spojrzenie zatrzymuje się na moich ustach.
Panika.
Co, jeśli wszystko zepsuję?
Jeśli znowu stanie się to samo co ostatnim razem?
Nie chcę go stracić.
Ale jeszcze bardziej boję się, że jeśli on odejdzie…
…zabierze ze sobą część mojego serca.
Tę część, która od zawsze należała do niego.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz