
Kiedy otwieram oczy, moje myśli wciąż krążą wokół tego, co jeszcze przed chwilą widziałam w moim śnie.
Coś się zmieniło.
Coś, czego nie potrafię wyjaśnić.
To tak, jakbym śniła kolejny sen… ale z zupełnie innymi ludźmi. Nawet otoczenie i ubrania były inne niż dotychczas.
Nie rozumiem tego.
Przecież od tylu lat śnię o tych samych osobach. Dlaczego więc nagle moja wyobraźnia pokazuje mi zupełnie inny świat?
Czy coś przeoczyłam?
A może to wszystko ma jakiś sens… tylko ja jeszcze go nie dostrzegam?
Pierwszy raz od tak dawna moje sny wyprzedziły to, co zdążyłam już poukładać sobie w głowie. Nie potrafię tego zrozumieć, ale mam wrażenie, że to wszystko ma jakiś sens. Czuję, że kiedyś w końcu uda mi się rozwiązać tę zagadkę.
A wtedy… może moja głowa wreszcie będzie wolna.
Powoli wstaję z łóżka i z zaciekawieniem podchodzę do okna.
Po raz pierwszy od tak dawna świeci słońce.
Zero deszczu.
Czy może być jeszcze dziwniej?
Korzystając z ciepłego, jesiennego poranka, zakładam sukienkę, a na ramiona narzucam skórzaną kurtkę.
Moja lodówka świeci pustkami, więc postanawiam wybrać się na targ, który na szczęście w weekendy jest zawsze otwarty.
Kiedy wychodzę z domu, jest jeszcze wcześnie. Słońce ogrzewa całe Mirvael, sprawiając, że po raz pierwszy od dawna naprawdę cieszę się z ciepłego dnia.
Miasteczko jeszcze śpi. Dookoła leżą złote liście, które zdążyły opaść z drzew. Delikatny wiatr muska moje włosy, a jakaś cicha część mnie podpowiada, że… to będzie dobry dzień.
Tak jak się spodziewałam, większa część miasteczka również przyszła zrobić zakupy.
Z daleka widzę uśmiechy kierowane w moją stronę. Niektórzy machają mi na powitanie, więc z uśmiechem odwzajemniam ten gest.
Kiedy zatrzymuję się przy stoisku z warzywami, mój wzrok pada na wysokiego bruneta, który w tym samym momencie spogląda w moją stronę i posyła mi ciepły uśmiech.
Odwzajemniam go, kupuję kilka pomidorów i ruszam do kolejnego stoiska.
Gdy mam już wszystko z listy, postanawiam wrócić do domu i zrobić śniadanie.
W tym momencie z zamyślenia wyrywa mnie znajomy głos.
— Halia! Jak miło Cię widzieć!
Odwracam się i dostrzegam Soren z promiennym uśmiechem na twarzy. Jej włosy są związane w luźnego koka i tak samo jak ja ma na sobie sukienkę.
— Hej, Soren! Ciebie również. — Podchodzę do niej i mocno ją przytulam.
— Jak zwykle ranny ptaszek?
— Taaak. — Śmieję się. — Zapomniałam, że nie da się żywić samym powietrzem.
Obie wybuchamy śmiechem.
— A Ty? Dlaczego jesteś tu tak wcześnie? Z tego, co pamiętam, nie przepadasz za porannym wstawaniem.
— To prawda. — Przewraca oczami z rozbawieniem. — Ale muszę nakarmić mojego gościa, więc skutecznie zmotywował mnie do wyjścia.
Patrzę, jak jej luźny kok podskakuje przy każdym ruchu głowy.
— Ach tak… Nico coś wspominał.
— A wspominał też, żebyśmy wybrali się wszyscy razem coś zjeść? — pyta, unosząc jedną brew.
— Tak… o tym też mówił. — Czuję, jak moje policzki delikatnie się rumienią.
— To świetnie! W takim razie do zobaczenia niedługo. Muszę już lecieć, bo znając Raya, za chwilę zacznie marudzić, że zostawiłam go samego.
Śmieje się.
— Jasne. Do zobaczenia, Soren.
— Pa, Halia.
Całuje mnie w policzek i szybkim krokiem odchodzi w stronę, z której przed chwilą przyszłam.
~Rayden~
Kiedy rudowłosa dziewczyna znika mi z oczu, zaczynam rozglądać się za Soren.
Przechodzę między kolejnymi alejkami, a mijający mnie ludzie co chwilę posyłają mi ciepłe uśmiechy.
W pewnym momencie jakaś starsza pani łapie mnie za rękaw i niemal siłą ciągnie w stronę stoiska z kwiatami. Zanim zdążę zaprotestować, wciska mi do ręki bukiet tulipanów.
— Dla tej ślicznej blondynki.
— To tylko przyjaciółka.
Starsza pani patrzy na mnie z takim oburzeniem, jakbym właśnie popełnił największą życiową pomyłkę.
— I właśnie dlatego powinieneś dać jej kwiaty.
Patrzę na nią przez chwilę, kompletnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Starsze osoby naprawdę potrafią być… uparte.
Po kilku minutach w końcu dostrzegam Soren idącą w moją stronę z szerokim uśmiechem.
— Tu jesteś. Myślałem, że mnie zostawiłaś. Jakaś babcia prawie mnie napadła.
— Napadła? — pyta z rozbawieniem.
— Kazała mi to wziąć i dać Tobie.
Wręczam jej tulipany, przewracając oczami.
Soren bierze ode mnie kwiaty i zaczyna głośno się śmiać.
— Widzisz? Nawet starsza pani próbuje nauczyć Cię manier.
— Bardzo śmieszne.
— Nie dąsaj się. Chodź, wracamy do domu. A później wyskoczymy gdzieś na miasto. Co ty na to?
Wzdycham teatralnie.
— Niech Ci będzie.
Ruszamy powoli w stronę domu, a Soren przez całą drogę co chwilę zerka na tulipany i z trudem powstrzymuje kolejny wybuch śmiechu.
Siedzimy z Soren w salonie, rozwaleni na kanapie, i gramy w Mortal Kombat.
Aż sam się dziwię, że dostaję taki łomot.
— Nie spodziewałeś się, że przegrasz z dziewczyną, co? — Śmieje się Soren, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Po prostu dawałem Ci fory. To wszystko.
— Jasne. — Przewraca oczami. — Już nie udawaj, że we wszystkim jesteś taki dobry.
— Lepiej uważaj. Następnym razem mogę nie być taki wyrozumiały.
Pokazuję jej środkowy palec.
Soren udaje, że tego nie zauważyła.
— Jeśli znowu wygram, kupujesz mi książkę. — Mówi po chwili.
Patrzę na nią, unosząc lekko brew.
— Nie dam Ci tej satysfakcji.
Kilka sekund później znowu wygrywa.
— Ha! Znowu wygrałam!
Pokazuje mi język, odkłada pada i z szerokim uśmiechem wstaje z kanapy.
— Idę się trochę ogarnąć. A później może pozwiedzamy okolicę?
Patrzę na ekran, na którym właśnie po raz kolejny wyświetla się moja porażka.
Wzdycham.
— Następnym razem wybieram inną postać.
— Czekam na książkę! Zaskocz mnie. — Krzyczy w drzwiach łazienki, po czym znika mi z oczu, zamykając za sobą drzwi.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz