Szare istnienie #44

Szare istnienie #44

Wrócił do kuchni w jeszcze gorszym nastroju, jak przed chwilą. Megan już zapełniła pół blachy, lecz Frank zaraz wyskoczył:
  – Kurde, czekaj, nie wysmarowałem! Ściągaj to! – po czym wolno pokuśtykał do szafki, przy której już dziś był.
  Szedł nieco anemicznie, gdyż złamane żebro zaczynało boleć coraz bardziej. Otworzył drzwiczki i wznowił poszukiwania, wyjąwszy po chwili trzy małe buteleczki, które zaraz obejrzał.
  – Kurwa, oliwa z oliwek, paprykowa i migdałowa, a tego, co potrzebne, to nie ma. W sumie mógłbym spryskać tą ostatnią, ale czosnkowa byłaby lepsza – warknął.
  – Pójdę, kupię, sklep jest naprzeciwko – zaoferowała się Megan i zaraz zniknęła z pomieszczenia.
  Rozległ się brzęczyk przy barze i chłopak ciężko ruszył do okienka, mając już po chwili świstek w dłoni. Danny nadal grzebał się z owocami, mamrocząc pod nosem słodkie żale. Brunet włączył grill i po chwili wychylił się przez wnękę, zagadując do stojącej za barem, jasnowłosej 25-latki.
  – Ej!
  Podeszła.
  – Sześć steków, więc powiedz klientowi lub klientce, że to potrwa ze dwadzieścia minut, więc niech się nie wkurza i grzecznie czeka.
  – Dobrze.
  – Jestem Frank.
  – Olivia.
  Na tym ta jakże wszechstronna konwersacja się zakończyła i chłopak wyjął z lodówki mięso, które delikatnie posypał samym pieprzem i po dwóch minutach już syczało na płycie.
  – No, w końcu! Ostatni raz się za to biorę! – zagrzmiał Danny, dolał do znajdujących się w wielkiej misce truskawek mleko, sok z cytryny, posłodził, wymieszał i schował do lodówki.      
  – Co mam kroić, dopiero druga, za wcześnie zagniatać ciasto.
  – Może usmaż do tych steków księżyce ziemniaczane, trochę ciężko mi łazić, mam zjebane żebro – poprosił 23-latek.
  – Co ci się stało?
  – Długa historia. Kurwa, jeszcze sałatka, nie wiem, jak my się z tym wszystkim wyrobimy. Dobrze, że jest niedziela, bo jeszcze jakby wpadło tu stado nienażartych mord, to ogólnie byłaby lipa – warknął brunet i wyjął z lodówki warzywa.
  – Nie wiem, czy chciałeś w sprayu, czy nie, więc kupiłam obie – oznajmiła Megan, stawiając na stole dwie półlitrowe buteleczki.
  – Przyda się i taka, i taka – rzekł Frank i szybko spryskał blaszkę, a szefowa wróciła do poprzedniego zajęcia. – Kurwa! – krzyknął nagle i szybko podbiegł do grilla, ale mięso od spodu miało już kolor opału na zimę. – No ja pierdolę, sześć sztuk poszło się jebać. Nie możesz zerknąć, jak stoisz obok?! – wydarł się na Danny’ego.
  – Sorry, myślałem, że jeszcze nie, przecież dopiero, co wrzuciłeś.
  – Kurwa mać! – klął brunet. – Zapłacę za to mięso – zwrócił się do Megan i szybko wrzucił do smażenia kolejne sztuki.
  – Nie trzeba.
  – Zostaw to na razie i przypilnuj grilla, muszę zrobić sałatkę – poprosił dziewczynę i chwycił nóż.
  Kroił warzywa z totalną złością, lecz po chwili przestał, żeby naostrzyć nóż.
  – Tępy jak pewna osoba, którą znam, do tego ta ostrzałka jest do dupy. Musimy kupić inną, sam kupię, no i jakiś porządny sprzęt. Masz knajpę, a używasz gówna? Ten nóż jest do niczego! – rzucił i po chwili wznowił pracę.
  Skroił wszystko w okamgnieniu, doprawił i zapakował do pojemniczków. Steki już dochodziły, a Danny właśnie załadował ziemniaki do pudełek.
  – Daj mi to – Frank zabrał stojącej przy grillu Megan łopatkę, po czym palcem sprawdził stopień wysmażenia i zaraz mięso zostało zapakowane i opakowania wyniesione do wnęki. – Przepraszam cię, nie jestem dziś pozytywnie nastawiony do życia, nie zwracaj na mnie uwagi – zwrócił się do szefowej, która od czasu jego krzyku nie odezwała się ani słowem. – Ciebie też – spojrzał na blondyna i zaczął kroić produkty do farszu na pizzę. Z czym ma być ta pizza? Wyjąłem salami, ale nie wiem, czy dzieciaki taką lubią. Może zrobić im słodką?
  – Nie, zamówienie było na normalną, jest koktajl, kupiłam też ciasto, wystarczy.
  – Dobra, zrobię z salami, pomidorem, oliwkami i podwójnym serem, w tym z wędzonym, będzie smaczna.
  Ponownie zadzwonił telefon Franka, wywołując kolejny niepokój. Szczerze mówiąc to bał się już odbierać te niewdzięczne połączenia, ale po chwili nacisnął zieloną słuchawkę.  
  – Cześć braciszku. Miałeś zadzwonić, a milczysz. Spotkamy się? – zapytała Becky, będąca wyraźnie w wyśmienitym humorze.
  – Nie mogę, muszę po pracy jechać do szpitala i nie wiem, czy w ogóle wrócę dziś do domu.
  – Co się stało?! – zapytała, znając każdy ton głosu brata.
  – Zgwałcili Laurę, pobili i chuj wie, co jeszcze. Nie mam już nerwów.
  – Jak to "zgwałcili”?! Kto?! – dziewczyna się przeraziła i jej dobry humor jak był, tak zniknął.
  – Nie wiem, ale się domyślam, czyja to sprawka.
  – Gdzie jest? Mogę z tobą pojechać?
   – W miejskim, ale nie jestem pewny, czy to dobry pomysł. Nie wiem, jak jej rodzinka na to zareaguje, może nie chcieliby, żeby każdy się na nią przyglądał... a przynajmniej jeszcze nie teraz. Zresztą ona i tak nie kontaktuje, wariuje tylko, bojąc się wszystkiego dookoła. Zapytam, to jak coś, to najwyżej jutro.
  – Jak się czujesz?
  – A jak mam się czuć? Żebyś zobaczyła, jak ona wygląda... – mruknął, gdyż płacz znowu wydostawał się z jego środka, najchętniej zakończyłby już tą dobijającą rozmowę.
  – Jakbyś poczuł się gorzej, dzwoń do mnie! I zapytaj, odwiedziłbym ją, to bardzo fajna dziewczyna, polubiłam ją Kurwa, co za gnoje, nie rozumiem! Co się dzieje na tym świecie?!!! – Becky się zdenerwowała.
  – Dobra, muszę wracać do pracy. Zadzwonię wieczorem i powiem, co i jak.
  – Dobrze, to czekam. I nie martw się, wszystko będzie dobrze. Pa – rzuciła i się rozłączyła.
  Gdy wrócił do kuchni, Megan zapełniła już prawie całą blaszkę, więc po chwili dostała drugą.
  – Tak na sucho, bez żadnego sosu? – zapytał.
  – Nie wiem, masz jakiś pomysł?
  – Mogę zrobić Barbecue, zwykły pomidorowy, czosnkowy albo serowy, ale do szaszłyków ten pierwszy byłby najlepszy, tylko nie wiem, czy mamy składniki.
  – Ja już do sklepu nie pójdę – szefowa się zbuntowała.
  – Dobra, zobaczę w magazynku i coś wymyślę. A ty bierz się za ciasto, upieczemy wcześniej, potem się tylko podpiecze z farszem, będzie szybciej –  rzekł do kolegi.
  Kolejny raz zadzwonił telefon i Frank zaczynał się już tym powoli wkurwiać.
  – Kurwa, no i jak ja mam pracować, jak mi tu co pięć minut trąbią?! – huknął i spojrzał na wyświetlacz – "Mama”.
  – Halo – syknął nieuprzejmie, wychodząc do szatni.
  – Cześć. Słyszałam, co się stało. Jak się czujesz?
  – Kurwa, ma za długi język, zaraz będzie wiedzieć całe miasto – rozdarł się na Boga ducha winną kobietę.
  – Synu, uspokój się. Jestem Twoja matką, cóż to za tajemnica?
  – Ktoś ją prosił, żeby paplała? Nic już nikomu nie mogę powiedzieć?! Dajcie mi najlepiej święty spokój, mam dużo pracy i już mało czasu!
  – Pracujesz w niedzielę?
  – A co w tym dziwnego? Potrzebuję kasy.
  – Przeleję ci coś jutro. Przecież dałam ci prawie dwa tysiące, już nie masz?
  – Mam jakieś resztki, musiałem kupić kilka rzeczy.  
  – Ojciec przemyślał sprawę i jeśli się zgodzisz, otworzymy tą knajpę – wyjechała nagle.
  – Że co...?!!! Niech się udławi! Przemyślał...?! Na pewno bez twojej pomocy, prawda?! – chłopak się zirytował.
  – Synu, nie, sam zaczął ten temat, chyba żałuje swojego występku.
  – Żałuje...?! Kurwa, potraktował mnie jak śmiecia, niegodnego niczego, co mi z życiu dał, do tego zrobił to przy małej, na pewno sobie pomyślała, jakiego mam wspaniałego tatusia!  Nie chcę go znać!
  – Synku, przemyśl to jeszcze, on naprawdę cię przeprasza.
  – Nie i nie wspominaj mi o nim, dla mnie on już nie żyj!. Muszę wracać do pracy!
  – Co z tą dziewczyną?
  – Źle i naprawdę muszę już kończyć! Zadzwonię jutro, cześć! – burknął i wyłączył rozmowę, ale nie wyszedł z przebieralni, bo znów zaczął chlipać.
  Miał serdecznie dość ostatnich wydarzeń, do tego wkurzyła go Becky i ojciec, nie wiedział, które bardziej, a stojący notorycznie w oczach obraz skrzywdzonej sympatii dusił żalem jeszcze bardziej. Nie chciał iść na kuchnię, wstyd mu było pokazać się ze łzami w oczach, ale wiedział, że zaraz będzie musiał to zrobić. Spojrzał na zegarek – 14:23, więc jeszcze trochę czasu zostało...
  – Frank, co się stało? – w drzwiach stanęła 33-latka.
  – Nic, zaraz przyjdę.
  – Na pewno wszystko w porządku?
  Już miał wybuchnąć, ale się powstrzymał. Wstał.
  – Idę zobaczyć, co mamy na ten sos – mruknął i zniknął w magazynku.
  Znalazł wszystko, prócz wędzonej papryki, więc nici z Barbecue, postanowił więc zrobić pomidorowy. Chwycił dwie kolejne puszki przetartych pomidorów i wrócił do kuchni. W garnku podsmażył cebulę i czosnek, wlał do niego przecier, dodał imbir, bazylię, oregano, trochę słodkiej papryki, sól, pieprz, ciut octu i kilka łyżek wody.
  – Mieszaj – poprosił Megan i zabrał się za kończenie krojenia, gdyż przez telefony nie skroił nawet połowy. – To ma być impreza, a tylko same szaszłyki? – zapytał.
  – Nie, będą przekąski na zimno. Wędlina, sałatki i koreczki z łososiowe i serowe. Tak sobie zażyczyli.
  – Słabe żarcie, nic na ciepło? Same szaszłyki to nie jest zbyt wystawna kolacja, ja gdybym chlał, zeżarłbym jakiś stek. A gdzie niby to wszystko masz?
  – Stoi w chłodni.
  – To chyba pod sufitem, bo nie zauważyłem.
  – Dobra, ciasto gotowe, za dwadzieścia minut możesz wrzucać do pieca! – wtrącił Danny. Co ci pomóc?
  – Starkuj ser, tylko nie żałuj – mruknął i chwycił nóż, ale zaraz wygiął usta w grymasie, gdyż znowu zakłuło go w boku.
  – Idź z tym do lekarza – rzekł 28-latek.
  – Nie mam czasu na lekarzy.
  – To co, będziesz się męczył?
  – Nic mi nie będzie.
  – Frank, skończyło się – oznajmiła Megan, wskazując pustą blachę, na której zostało tylko trochę papryki.
  – Masz tu około setki, to chyba wystarczy. Mieszasz ten sos?
  – Tak.
  – Wyłącz, już odparował – nakazał, po czym chwycił blender i zmiksował całość.
  Spróbował, dodał jeszcze soli, ciut białego pieprzu i odstawił na stolik, obok grilla. Żebro zaczynało boleć coraz mocniej, być może przez to, że cały czas się ruszał, ale udawał, że wszystko jest ok. Skończył w końcu krojenie i ruszył do czajnika. Po chwili rozpuszczalna kawa była już gotowa, ale jak tylko wziął łyk, niedobrze mu się zrobiło. Musiał się napić, gdyż był kompletnie niewyspany i przybity, ale nic dziś nie jadł, dlatego go pewnie mdliło.
   Megan w mig zauważył jego dziwny wyraz twarzy.
  – Co ci jest? – nie czekała z pytaniami.
  – Nic, trochę mi niedobrze.
  – Zjedz coś, kawa na pusty żołądek to nie jest dobre rozwiązanie.
  – Nie chcę.
  Zadzwonił dzwonek z baru i szefowa ruszyła po kartkę, a Frank zrobił z ciasta wielkie koło, nakłuł, ułożył na blaszce, zostawił jeszcze do wyrośnięcia i klapnął na tyłku, z kubkiem w dłoni. Gnaty z minuty na minutę bolały coraz bardziej, głowa także, nie wiedział, co się dzieje, w końcu wstał i ruszył do apteczki, ale tabletki w niej nie było. Wrócił do kuchni i ciężko usiadł na krześle, było mu dziwnie słabo.
  – Źle się czujesz? – zapytała ponownie 33-latka, wrzucając frytki do smażenia.
  – W porządku.
  – Na pewno? Frank, dlaczego kłamiesz? Chcesz tabletkę, mam w torebce, ale na głodnego...?
  – Daj.
  – Zjedź coś, tabletka nie zadziała, jak powinna.
  – Nie dam rady.
  – To napij się chociaż koktajlu, zawsze to coś w brzuchu.
  Tej rady posłuchał i wysączył całą szklankę truskawkowego napoju. Był zimny i pyszny, przez co chłopak chwilowo się obudził, ale zaraz znowu poczuł się nieswojo.
Było mu duszno, kręciło się w głowie i najchętniej walnąłby się teraz spać, żeby ta w końcu przestała boleć. Miał dość!

1 539 czyt.
100%81
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2070 słów i 12272 znaków, zaktualizowała 4 sty 2017

Komentarze (1)

 
  • Mlody1

    Mlody1 4 sty 2017

    Aguś  zapamiętaj rukola pasuje do pomarańczy!!!!!!!!!!!!