Szare istnienie #70

Szare istnienie #70– Laura! – doszedł do niej głuchy, niewyraźny dźwięk. – Laura!!! – szarpnęła ją bez zbędnych ceregieli.
Nie wiedziała jeszcze, co się dzieje i znowu pomyślała, że to Travis, niemniej jednak, bardzo niechętnie otworzyła ciężkie powieki. Były wilgotne, przez co i obraz kompletnie niewyraźny, do tego poczuła, że ból wzrósł, a koszulka jest mokra w każdym możliwym miejscu. Wiedziała, że coś jej się śniło, nie pamiętała tylko, co. Domyśliła się, że dolegliwości przybrały na sile, gdyż zapewne kolejny raz rzucała się na kanapie.
Przetarła dłonią załzawione oczy i spojrzała na Jenny półprzytomnym wzrokiem.
– Obudziłaś się już? – ta się uśmiechnęła, lecz ten uśmiech tylko rozdrażnił nastolatkę, opanowała ją jakaś niewytłumaczalna, poranna złość.
– Tak – mruknęła ozięble.
– Już dziesiąta, wstań, zjemy coś. No i niestety, muszę iść po kawę, tylko nie wiem, jak to zrobić, nie chcę zostawiać cię samej.
– Muszę do łazienki – poinformowała brunetka i powoli podniosła się z łóżka.
– Pomogę ci…
– Nie…! – wydarła się. – Przepraszam… ja sama… dam radę – dodała natychmiast, wiedząc, że mimo dziwnie kwaśnego humoru, nie powinna być tak opryskliwa.
Miko, usłyszawszy głos dziewczyny, w okamgnieniu pojawił się obok, dzierżąc w pysku niebieską piłeczkę. Laura wstała z kanapy i nie patrząc na Jennifer, powoli ruszyła do toalety. Piesek porzucił zabawkę i ruszył za nią, tak namiętnie plącząc się pod jej nogami, że o mało nie przewrócił dziewczyny.
– Miko!!! – Jenny natychmiast doskoczyła do pupila i pociągnęła go za obrożę, a Laura zniknęła w łazience.
Ból zrobił się naprawdę nieznośny, zaczęła więc zastanawiać się, jak poprosić Jenny o zastrzyk? Nie miała ochoty prosić jej o cokolwiek, była nią zawiedziona i rozczarowana, zdawała sobie jednak sprawę, że nie chcąc się męczyć, w końcu będzie musiała schować dumę do kieszeni.
Zajęcie miejsca na kiblu nie okazało się zbyt trudne, gorzej jednak było z powstaniem i naciągnięciem spodni, żebra pozdrawiały ją przy każdym możliwym napięciu mięśni. Sińce nie dokuczały już tak, jak wcześniej, lecz pamiątka po gwałcie nadal dawała o sobie znać, informując, że wciąż TAM jest i zapewne pomęczy ją jeszcze, zanim zniknie.
Spojrzała pod koszulkę, chcąc wreszcie dokładnie zobaczyć, jak wygląda, ale była opasana bandażem, więc nie dojrzała zbyt wiele. Jednakże kilka siniaków uciekało spod opatrunku, które zaczęły powolutku żółknąć, a ból znacznie się zmniejszył, co było zapewne zasługą maści. To, co zobaczyła, nadal nie wyglądało zbyt subtelnie, ale wielką pociechą było, iż nie dokuczało już tak, rwąc i szarpiąc ze wszystkich stron. Pobite nogi widziała już kilka razy, zostało wiec jeszcze oko.
Załatwiła się, przemyła ręce, twarz i bojaźliwie spojrzała w lustro – opuchlizna nadal była bardzo duża, ozdobiona ciemnym, granatowym kolorem, przez co oko prezentowało się dość brzydko, a raczej paskudnie.
"Zagoi się” – pomyślała, wzięła ciężki wdech i usiadła na zamkniętej desce. Nie miała ochoty wracać do salonu, najchętniej zostałaby sama, w końcu we własnym domu, z własnymi myślami, złością, żalem, wyrzutami sumienia i tysiącem pytań na tematy wszelakie. Nie było Franka, nie było Davida, tylko niezbyt pożądana w tej chwili osoba Jenny i stojące w głowie, uszach i pamięci, dochodzące z kuchni, jednoznaczne dźwięki, dowody braku jakichkolwiek zahamowań w kwestii nielojalności. Do tego ten cholerny film…!  
  Strach jakby zanikał, zmieniając się powoli w irytację i niesmak po tej mało subtelniej produkcji, zaczynała pojawiać się coraz większa świadomość, że już chyba nic jej nie grozi. Wnioskowała, że po tym, co spotkało "J-a” nie będzie miał na tyle odwagi, aby kiedykolwiek stanąć jej na drodze. Nagle, ku własnemu zaskoczeniu, poczuła się dziwnie bezpieczna, na dodatek, nie wiedzieć, czemu, nagle zdała sobie sprawę, że to wszystko olewa, zaczyna mieć w dupie. Co gorszego może ją przecież jeszcze spotkać? Chyba tylko śmierć. Ale czy tak naprawdę okazałby się ona gorsza? A może jednak lepsza? Ucieczka w jedną stronę, gdzie nie będzie już cierpienia, złości, rozczarowań, zawistnych ludzi, kłopotów i masy innych, wkurwiających rzeczy…
– Laura, żyjesz?! Wszystko w porządku?! – rozległo się krótkie pukanie w drzwi.
– Tak, już wychodzę – wybąkała.
Ogarnęło ją niezadowolenie z faktu, że musi opuścić ten "azyl”, w którym było jej tak dobrze – bez świadków, bez pytań, bez oglądania niechcianych gęb i szeregu tajemnic, które, niestety, nie były już tajemnicami.
Jenny chyba odeszła od drzwi, gdyż zapadła cisza. Brunetka przemyła twarz po raz drugi i opuściła toaletę, niechętnie ruszając w stronę salonu. Miko ponownie zaatakował dziewczynę, kolejny zaraz wijąc się i tańcząc wokół jej nóg, niemniej jednak pozwolił jej w rezultacie dojść do kanapy.
– Chcesz herbaty z cytryną, czy bez?! – wydarła się z kuchni blondynka.
– Obojętnie!
"I kurwa, jeszcze zachowuje się, jakby nic się nie stało! Do tego nawet się z tym nie kryli… nie próbowali ukryć… No kurwa mać!” – burczała w duszy wkurzona nastolatka, lecz wchodząca do salonu gospodyni nie pozwoliła jej na rozwinięcie skrzydeł nienawiści.
– Zrobiłam z cytryną. Uważaj, gorąca. – oznajmiła, podając Laurze kubek. – Jak się czujesz? – klapnęła obok.
– Trochę mnie boli – odparła nastolatka, uznając, że przyznanie się będzie w tej chwili najlepszym wyjściem.
Wiedziała, że pałanie złością w niczym jej nie pomoże, a na pewno nie w ulżeniu w bólu. Nie miała ochoty się męczyć, postanowiła więc trzymać swój dziwny humor na wodzy i odbiec na obecną chwilę od wszelakich przykrych tematów, a przynajmniej spróbować to zrobić…
– Laura, co się dzieje? Coś się stało? Dziwnie wyglądasz – Jenny dotknęła jej ramienia.
Wydawała się być na szczerze przejęta obecną postawą niedawno poznanej koleżanki.
– Wszystko ok, po prostu trochę bolą mnie żebra, choć David dał mi przed wyjściem tabletkę – bąknęła Laura.
– Nie dziwię się, wykonywałaś tu niesamowite figury, niczym zawodowa gimnastyczka – zaśmiała się Jennifer. – Ledwo cię dobudziłam. Zaraz dam ci zastrzyk. Co ci się śniło? – zapytała, wstając z miejsca.
– Nie wiem, nie pamiętam.  
Miko po nagłym zrywie i nieoczekiwanym zwiedzeniu swojego domu powrócił i znowu zaczął zaczepiać nastolatkę, która o mało nie wylała na siebie wrzątku, unosząc w górę kubek.
– Miko, do chuja ciężkiego, uspokoisz się?!!! Leżeć!!! – zagrzmiała Jen, wskazując palcem miejsce obok stołu. – Daj rękę – nachyliła się do Laury i ta zaraz otrzymała lek, lecz podobnie, jak David, Jenny wstrzyknęła jej tylko połowę.
– David mówił, że tyle wystarczy, zwłaszcza, że mało jesz, dlatego też pewnie nie pozwolił dawać ci całej dawki – oznajmiła gospodyni, odkładając strzykawkę. – Laura, co robimy? Muszę wyjść do sklepu, bo to, co tu mam, nie można nazwać kawą, raczej wodą o smaku kawowym – zaśmiała się, unosząc delikatnie kubek.
– Nie ma problemu, idź, nic mi przecież nie będzie – odparła obojętnie brunetka.
– Nie jestem pewna, nie chcę zostawiać cię samej, choć sklep jest po drugiej stronie ulicy. Nie mamy też nic na śniadanie, David wszystko wyżarł i nawet nie raczył powiedzieć, że trzeba zrobić zakupy – cieszyła się.
– Spoko, idź, poradzę sobie, napiję się herbaty. Ale zostaw Miko – poprosiła Laura.
– Jasne. No dobrze, to idę i wracam za dziesięć minut, ok? Trzymaj, włącz sobie coś, zaraz zjemy śniadanie – rzekła 26-latka, wręczając nastolatce pilot. – Na co mamy ochotę? – przeszyła Laurę wzrokiem nakazującym udzielenia odpowiedzi, bez zbędnych wykrętów i kombinatorstwa.
– Nie wiem, szczerze mówiąc, nie jestem głodna.
– Czyli jak zawsze, ale nie tym razem, nieznajoma. Masz zjeść śniadanie, chociaż trochę – ton głosu Jenny wysechł, choć ta oziębłość na kilometr emanowała żartem.
Laura uśmiechnęła się niemrawo, głaszcząc psa. Zamilkła. Jenny wstała, chwyciła portfel i zaczęła w nim szperać.
– A może coś zamówimy? Nie mam ochoty na domowe jedzenie, poza tym ostatnio zrobiłam się zbyt leniwa i nie chce mi się gotować. Do tego nie jestem raczej zbyt dobrym kucharzem – uśmiechnęła się. – Lubisz chińszczyznę? Znam restaurację, gdzie robią świetną, więc może zjemy to?  
– Nie wiem, obojętnie.  
Mimo złości, dziewczyna ponownie poczuła się skrępowana, nie chciała, aby wciąż za nią płacili. Wystarczy, że i tak się nią opiekowali, zwalając sobie na głowy niepotrzebny im zapewne problem.
Zadzwonił telefon blondynki i wyrwał Laurę z kolejnej próby pogrążenia się w myślowej utopii.
– Co takiego?! Jak to w szpitalu?! – syknęła Jenny, spojrzawszy na Laurę, lecz zaraz odwróciła wzrok.
Ściszyła nieco głos, a jej wyraz twarzy wyraźnie sugerował: "niepotrzebnie to powiedziałam”, co Laura natychmiast prawidłowo zinterpretowała.
Z miejsca przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, nie dało się przecież nie zauważyć, że definitywnie ma coś wspólnego z rozpoczętą właśnie rozmową. Jenny wyszła z salonu i udała się na górę. "Kurwa, w szpitalu? Kto? Travis, Emma, Frank…?”. Natychmiast ogarnął ją lęk i jej niedawna butność zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. "Dlaczego wyszła? Na pewno coś się stało, znowu Amber? Albo jeszcze gorzej – "J”!!! Zemścił się za to, co mu zrobili! Kurwa, zrobili coś Travisowi lub Frankowi?! A może Jimmy’emu?! Coś w domu…?!”  
Otulona przerażeniem po chwili miała już komórkę w dłoni i wykręciła numer brata, lecz ten nie odbierał. Ponowiła próbę, z podobnym, niestety, rezultatem. Powietrze zatrzymało się w przełyku, a ręce, tradycyjnie, zaczęły trząść się jak galareta. "Kurwa, odbierz, błagam” – panikowała, wybierając kontakt po raz trzeci, lecz bez odpowiedzi.
Jenny wróciła ubrana już w buty i ponownie chwyciła za stołu portfel. Miała dziwną minę.
– Młoda, idę, zaraz wracam – oświadczyła, ruszając w stronę korytarza.
– Co się stało, kto jest w szpitalu? – zapytała Laura, gapiąc się na nią na wskroś, musiała wiedzieć.
– Nikt, znajomy – mruknęła Jenny, zatrzymując się w miejscu.
W jej głosie nie było ani nutki pewności, nie umiała kłamać lub jej to po prostu w tym momencie nie wyszło.
– Nieprawda! – warknęła Laura.  
Wystarczyła chwila, aby wkurwiła się faktem, że blondynka coś ukrywa, uważając ją za głupią, nie widzącą, co się dzieje, ofiarę losu.
– Laura, prawda, nie denerwuj się – rzuciła Jenny, starając się zabrzmieć wiarygodnie.
– Kurwa, nie okłamuj mnie, dobrze?!!! Uważasz, że jestem głupia i ślepa?! Widziałam, jak na mnie spojrzałaś! Co się stało, kto jest w szpitalu?! – zagrzmiała brunetka wściekłym, płaczliwym głosem.  
Jennifer osłupiała. Takiej reakcji w życiu by się nie spodziewała, zwłaszcza ze strony tej potulnej, wystraszonej do tej pory dziewczyny.  
Stała w bezruchu, przetrawiając ten niespodziewany wyskok, zaraz jednak usiadła obok.
– Przepraszam – mruknęła Laura, opamiętawszy się po chwili.
– Frank jest w szpitalu. Nie chciałam ci mówić, bo nie wiedziałam, jak zareagujesz. Chyba dość już przeszłaś? – rzekła spokojnie Jennifer, bacznie obserwując zachowanie nastolatki.  
Była z nią sama, bała się, aby znowu coś jej nie odbiło, nie miałaby przecież pojęcia, co zrobić.
– Jak to w szpitalu?! Co się stało?! – spanikowała brunetka, nie odrywając wzroku od starszej dziewczyny.
W głowie miała już kolejne, bolesne perspektywy, każdą gorszą od poprzedniej.
– Uspokój się, nic mu nie jest. Chyba wypił za dużo i potrącił go samochód, ale niegroźnie. Dzwonił David, ponieważ leży w miejskim. Dowiedział się o tym godzinę temu, Frank do niego zadzwonił. Ma tylko zbitą rękę i dziś prawdopodobnie go wypuszczą – wyjaśniła Jen najdelikatniej, jak umiała.
Strach przed możliwym napadem odchyłów Laury nadal w niej tkwił, w duchu więc błagała losu, aby 18-latka się nie zdenerwowała.
– Samochód? Kiedy to się stało, gdzie? – brunetka nie odpuszczała.
– Laura, nie wiem, naprawdę, David nic mi nie powiedział. Ale widział się z nim i wszystko jest w porządku, pomijając tylko, że chyba ma kaca – rozradowała się 26-latka, wymuszając na Laurze delikatny uśmiech.  
Nastolatce natychmiast kamień spadła z serca, wiedząc, że nic złego nie stało się jej rodzinie, Frankowi, Emmie…
– Może jednak zostanę w domu? – zapytała Jenny widząc, że ta wiadomość zmieniła jednak prezencję dziewczyny.
– Nie, idź, tylko zostaw Miko – mruknęła.
– Dobrze, zaraz wracam.
Gdy tylko Jenny wyszła, Laura wstała i wolnym krokiem podeszła do okna, miała powyżej dziurek w nosie leżenia. Nogi były nieco odrętwiałe przez to notoryczne egzystowanie na łóżku, jakby gumowe i odrobinę niestabilne. Żebra powoli się uspokajały, lecz psychika nie, wciąż któraś z bliskich jej osób plątała się między poszczególnymi obszarami umysłu.  
  Stanęła przy parapecie, opierając się o niego łokciami i rozejrzała po okolicy, na ile pozwolił jej zasięg wzroku. Od razu poznała teren, widziała też, że dom Franka znajduje się zaraz po lewej, o czym informował charakterystyczny, malutki sklep, do którego to chyba udała się Jennifer i który z okna widoczny był jak na dłoni.
"Wypadek? Jakim cudem, przecież Frank jest raczej rozgarniętym facetem. Jak to się stało?” – pomyślała, ale zaraz się uśmiechnęła, wyobraziwszy sobie, jak może wyglądać, mając kaca giganta. Na pewno zabawnie. "I dobrze mu tak”.
Postała jeszcze chwilę, patrząc to na ulicę, to na sklep, to znów rozglądając się po salonie, w końcu znudziło jej się to, ruszyła więc w stronę kuchni. Nigdy w niej nie była, ciekawiło ją, jak wygląda, zwłaszcza, że to przecież miejsce "zbrodni”. "Zdążę, ona tak szybko nie wróci” – pomyślała.
Miko nie odstępował jej na krok, ale już nie plątał się pod nogami, tylko grzecznie spacerował obok, zamiatając nałogowo ogonem.
Doszła na miejsce i ukazało jej się ciemnobrązowe, dość spore pomieszczenie z masą urządzeń, wszystkich w srebrnym kolorze. Kuchnia była bardzo podobna do kuchni Franka, w tym, że miała inny kolor, a czarny, błyszczący blat na jej środku był nieco większy, natomiast widniejąca kiedyś z lewej strony ściana została usunięta, aby ustąpić miejsca drugiemu oknu.
Nagle zadzwonił telefon, strasząc brunetkę, która lekko podskoczyła, napinając tym samym mięśnie brzucha, które zabolały nieprzyjemnie. Obejrzała się odruchowo, po czym niechętnie ruszyła w stronę sofy, lecz dopóki dokuśtykała, urządzenie ucichło. Sprawdziła – Travis. Strach minął, dlatego też minęła chęć na rozmowę, niestety, telefon zagrał ponownie. "Kurwa, ma wyczucie, a tak nie odbierał” – pyskowała podświadomie, nie wiedząc, co mu powiedzieć, o czym gadać.  
Ratownik był jednak nieustępliwy, w końcu zdecydowała się wcisnąć zieloną ikonkę.
– Halo – wymamlała, ze zdrową, soczystą niechęcią.
– Młoda?! Coś się stało? – wyjechał, poddenerwowany i zdziwiony zarazem, że odebrała.
– Nie, nic, pomyliłam się – walnęła bezsensownie.
Czuła się dziwnie, jakby w ogóle nie znała swojego brata, jakby gadała z nim pierwszy, może drugi raz w życiu, do tego opanowało ją niezrozumiałe zawstydzenie. Zaczynała dochodzić do siebie i zażenowanie z powodu gwałtu nieubłaganie rosło zwłaszcza, że sama się w to wszystko wpakowała.
– Młoda, jesteś tam!!! Co się dzieje?! – krzyknął coraz bardziej zaniepokojony chłopak.
– Przyjedziesz po mnie? Chcę wrócić do domu – rzuciła.
– Co…?! Do domu? Laura, co się stało?!
– Nic, kurwa, nie rozumiesz, że nie chce dłużej siedzieć tym ludziom na głowie. Czuję się lepiej i chcę wrócić do domu!
Travis chwilowo zamilkł, wyraźnie zaskoczony jej prośbą, lecz zaraz odparł:
– Dobra, przyjadę po pracy, ok? Jest tłum ludzi, Sandra nie wypuści mnie dziś wcześniej.
– Czy matka będzie w domu? – zapytała dziewczyna, nie mając odwagi spojrzeć w oczy także jej.
– Nie wiem, nie mam pojęcia. Wczoraj nocowała u Charliego. Cały czas łazi podminowana, więc w końcu przekonał ją, żeby wyrwała się z domu i wreszcie ustąpiła. A co ci matka?
– Nic, tak tylko pytam…
– Jak się czujesz?
– Dobrze… lepiej. Frank jest w szpitalu, wiesz coś o tym? – przysiadła w końcu, kładąc rękę na głowie swojego nowego, włochatego przyjaciela.  
– Nie. Dlaczego w szpitalu, co się stało?
– Nie wiem, chyba miał jakiś wypadek. Nic mi nie mówią, albo odpowiadają wymijająco. Tego też mam dość i dlatego chcę już wrócić do domu. Zadzwonisz po Emmę? Chcę, żeby przyjechała – poprosiła nastolatka.
Czekała chwilę, lecz chłopakowi jakby nagle odebrało mowę.
– Travis!
– Sorry, zagapiłem się, muszę mieć oko na tych kretynów.
– Zadzwonisz? Ja jakoś nie mogę – powtórzyła.
– Dobrze, zadzwonię – odparł, ale to nie był ten ton, beztroski ton jej brata. – Muszę kończyć, będę po szóstej, więc się nie denerwuj – rzucił krótko i szybko się wyłączył, nie dając jej najmniejszej szansy na dokończenie rozmowy
Natychmiast nasunęło jej to kolejną porcję pytań i spekulacji. Pomyślała jednak, że po prostu się pokłócili, więc temat przyjaciółki i dziwnego zachowania brata nie zagościło na dłuższą metę w jej głowie.
Zazgrzytał klucz i piesek natychmiast pobiegł do drzwi.
– Miko, znowu skaczesz?! – wydarła się od progu Jenny. – Mało już zniszczyłeś mi zakupów?! Ciekawe, kiedy w końcu oddasz mi za nie pieniądze?! – grzmiała wesoło, wchodząc do salonu.  
Laura się uśmiechnęła. Mimo złości i żalu do dziewczyny, jej pojawiające się czasem, zabawne wzburzenia, notorycznie wywoływały u niej bardzo pozytywne i miłe odczucia.
– Kurwa, przecież zrobiłam to samo, więc może dać spokój sprawie? – przeszło jej przez myśl. "W końcu to bardzo sympatyczna dziewczyna, do tego wiele jej zawdzięczam. Tylko czy żałują? Czy zrobili to spontanicznie, niezamierzenie, pod wpływem chwili, czy po prostu nadal cięgnie ich do siebie? W końcu byli przecież razem, tylko jak długo? Zresztą nieważne, jak długo, może po prostu coś jeszcze zostało, coś, co powróciło, gdy ponownie się zobaczyli…?  
Poczuła ogromną zazdrość o chłopaka.
– Laura! – zaśmiała się Jenny.
Wisiała nad jej głową, uśmiechnięta od ucha do ucha. Nastolatka nie wyłapała oczywiście, kiedy podeszła… jak zawsze zresztą, gdy odlatuje.  
– Znowu rozmyślasz? Nie chcesz porozmawiać?
– Nie, myślę o Franku – wybąkała.
– Dobrze, to co, chińszczyzna? A może coś włoskiego?
– Nie dam rady jeść – jak zawsze zaczęły się wykręty.
– Laura…!
– To może jakąś zupę? – kombinowała, choć ze szczerymi chęciami, wiedziała, że płynny posiłek jakoś w siebie wciśnie.
Czuła się coraz bardziej głupio, że ciągle jest ich utrzymanką, ale postanowiła, że jak pójdzie do pracy (w końcu będzie przecież musiała), to jakoś im to wynagrodzi.
– Ok, jak masz chęć, będzie zupa. Może być krewetkowa, lubisz? Jadłaś kiedyś? Jest naprawdę przepyszna, zwłaszcza, jak się ją doprawi na ostro. To co, dzwonię? – uśmiech nie znikał z twarzy Jennifer.
Laura kiwnęła potakująco głową, słowa gdzieś uciekły. Jenny w okamgnieniu zamówiła jedzenie i ze słowami: "Idę rozpakować zakupy” udała się do kuchni, zabierając przy okazji pustą szklankę brunetki.

1 686 czyt.
100%142
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 3518 słów i 20331 znaków, zaktualizowała 4 kwi 2017.

2 komentarze

 
  • zabka815

    zabka815 · 4 kwi 2017

    Super jak zawsze  

  • zaczarowanaK

    zaczarowanaK · 4 kwi 2017

    No nareszcieeee