Szare istnienie #47

Szare istnienie #47

Frank natychmiast się obudził i zerwał na łóżku.
  – Pytałeś pielęgniarek?! – huknął.
  – Pytałem, mówiła, że jak zaglądała do niej o drugiej w nocy, to spała. Dobra, kurwa, nie nawijaj, tylko dawaj, trzeba jej szukać, jeszcze jakaś głupota przyjdzie jej do głowy, nie wiesz? Czekam! – rzucił Travis i się rozłączył.
  Brunet chciał wziąć ze stołu kluczyki, ale zaraz sobie przypomniał, chwycił więc tylko kilkadziesiąt dolarów, migiem wyszedł z domu i zaczął wypatrywać transportu. Był prawie w centrum, więc taksówkę dorwał już po minucie i zaraz był w szpitalu. Travis już czekał na niego przy wejściu, ostro podminowany.
  – Kurwa, spierdoliła, no tego to bym się nie spodziewał! Przecież ledwo łazi! – rozkrzyczał się. – I gdzie ona może być?! W domu jej nie ma, a tam przecież cały czas chciała. Ty, a może nie spierdoliła, tylko pomogli jej stąd wyjść?! Nie wiem, co robić! – wrzeszczał płaczliwie.
  – Chodź – nakazał Frank i ruszył w kierunku sali nastolatki. – Sprawdzałeś szafę?
  – Nie.
  Po chwili doszli na miejsce i brunet od razu wyskoczył do oddziałowej:
  – Gdzie jest dziewczyna spod siódemki?!  
  – Nie wiem, ten pan już pytał – wskazała na 22-latka.
  – No jak to pani nie wie?! Dziewczyna wyszła sobie ze szpitala ot, tak, do tego w takim stanie?! Przecież musiał to ktoś zauważyć, do cholery! – darł się wkurwiony brunet.
  – Proszę pana, nie tylko ją tu na oddziale mamy i nie tylko nią się opiekujemy, mamy także inne obowiązki, więc widocznie skorzystała z okazji, że nikogo nie było i wyszła. Już zawiadomiliśmy policję. I proszę tu nie krzyczeć! – kobieta się zirytowała.
  – Możemy zajrzeć do jej sali?
  – Proszę.
  Udali się do siódemki i Frank od razu otworzył szafę – koszulka była na miejscu, ale buty i spodnie zniknęły.
  – Nie nałożyła koszulki? Czemu? – zapytał Travis.
  – Gnaty ją bolą, może nie dała rady, albo już nie miała czasu, nie wiem.
  – To co, wyszła w szpitalnej? No kurwa...!
  – Jak chcesz koniecznie uciec, nie patrzysz na to, co masz na sobie. Dobra, jedziemy, nie ma na co czekać – zarządził Frank i zaraz siedzieli w Nissanie.  


  Około północy przebudziły ją krzyki z korytarza, lecz była tak zmęczona, że nie zwracała na nie uwagi. Nagle ktoś wziął ją za rękę.
  – Zos... – chciała krzyknąć, ale zaraz zatkał jej usta.
  Zaczęła szamotać się na łóżku w napadzie ostrej paniki, lecz to też nie trwało długo, bo zaraz została objęta mocnym uściskiem.
  – Laura, uspokój się, to ja, Jimmy. Już dobrze – szeptał jej do ucha, ale to nic nie dało, dalej wariowała. – Śliczna, nie bój się, nie poznajesz mnie? Laura... – uspokajał dziewczynę, ale na próżno, nadal wiła się jak w transie, w końcu, chyba ze strachu, zemdlała.  
  Postał nad nią jeszcze chwilę, chlipiąc delikatnie, po czym ucałował jej policzek, uchylił drzwi sprawdzając, czy ma wolną drogę i zniknął. Gdy wyszedł ze szpitala, w głowie miał tylko jedno: "Zajebię chuja”, ale mimo frustracji i złości czuł jednak lęk, gdyż nie wiedział, czy jest sam, czy z kumplami, naćpany to pewne, tylko do jakiego stopnia, no i czy jest w domu? Wykręcił numer Billy’ego i gdy ten odebrał, zapytał:
  – Masz jakąś broń? Moją mi zajebali.
  – Co chcesz zrobić? – wyjechał od razu przyjaciel.
  – Jeszcze nie wiem. Spotkajmy się w parku za dziesięć minut, możesz? Przy fontannie.
  – Zaraz będę.
  Rozmowa dobiegła końca i Jimmy wolnym krokiem, nadal czując lekki ból pobitej głowy, ruszył w stronę oddalonego tylko o kilkaset metrów ogródka spacerowego, kupując po drodze dużą flaszkę i paczkę papierosów. Usiadł przy starej, pozieleniałej od mchu fontannie i odkręcił butelkę, z której pociągnął dość sporo. Cały czas miał w oczach obraz pobitej dziewczyny, domyślał się też, że nie było to tylko pobicie, choć pewny nie był. Odpalił papierosa, lekko drżącymi rękoma, lecz gdy wypił dwa kolejne łyki, dłonie się uspokoiły. Billy zjawił się po kilku minutach i od razu poprosił o fajkę, którą za moment otrzymał.
  – I co chcesz zrobić? – zapytał bruneta.  
  – Nie wiem, ale mu, kurwa, tego nie daruję. Widziałeś ją w domku, to na pewno nie było tylko pobicie, zresztą wiesz, jaki jest pojebany. I jak ona w ogóle stamtąd wyszła? Przecież mówiłeś, że nie dała rady.
  – Nie wiem, przyjechałem o wpół do jedenastej, to już jej nie było. A jak wyczaiłeś, że jest w miejskim?
  – Widziałem jej kumpelę – oznajmił i napił się alkoholu, który zaraz podał przyjacielowi.
  – A tego jej chłopaczka? – drążył Billy.
  – Też. Chciał mnie dorwać, ale niestety, jest za wolny – Jimmy uśmiechnął się niemrawo. – Zastrzelę chuja i tą szmatę, bo ona też na pewno nie jest tu bez winy. Nie lubi jej i na pewno podbuntowała "J-a”, choć jego nie trzeba zbytnio buntować, i tak ma dobrze najebane. Masz tą broń?
  – Pojebało cię?! – Billy się zdenerwował. – Chcesz go zajebać?! I co...?! Pójdziesz pierdzieć za cwela! Nie mam!
  Jimmy pociągnął z butelki raz i drugi, co skutkowało tym, że był już nieco podcięty i coraz bardziej wkurwiony, a jego mina stanowczo mówiła: "Masz przejebane”.
  Zapalił i podniósł się z miejsca.
  – Gdzie, kurwa?! – ryknął Billy.
  – Jadę na "Unity Park".
   – Po co?!
  – Znajdę Chrisa, nie mam do niego numeru, poszedł się jebać z tamtym telefonem. Szmata ma, ale do niej nie zamierzam dzwonić.
  – O drugiej w nocy? Nie znajdziesz go.
  – To poczekam, sam się znajdzie.  
  – Jadę z tobą!
  Nie sprzeciwiał się. Będąc już na górze złapali taksówkę i bardzo szybko dojechali pod blok numer "10”, a chwilę później Jimmy pukał do mieszkania o tym samym numerze. Otworzyła mu Amber, wywalając natychmiast wielki gały.
  – Chudy? Co tu robisz, wszystko ok? – paliła głupa. – Jak się czujesz?
  – Jest Chris? – zapytał, będąc zimnym, jak głaz.
  – Nie ma, poszedł po piwo? Co się stało? Jest druga w nocy.
  – Kurwa, dziwko, jeszcze pytasz?! – ryknął Jimmy, któremu w tej chwili puściły nerwy, wepchnął dziewczynę do środka, powalił na ziemię i zaczął tłuc. – Suko, widziałaś tą dziewczynę?! – lał ją bardzo mocno. – Widziałaś?!!!  
  – Jimmy, przestań, to ja zawiozłam cię do szpitala! – podlizywała się, zwinięta w kłębek.  
  Chwycił ją za fraki i uniósł do góry.
  – I po co?! Żeby móc się nad nią poznęcać?! Pytam, kurwo! Zajebię ciebie i twojego "J-a”, rozumiesz?! – huknął i znów zaczął ją bić, lecz Billy teraz już interweniował, widząc, że brunetowi nieźle odbiło.
   – Zostaw, będziesz miał kłopoty, Chris się wkurwi – rzekł, odciągając rozjuszonego przyjaciela.
  – Gówno mnie to obchodzi, zajebię ją! – ryczał Jimmy, nie dając się oderwać od 22-latki, lecz po chwili zdeterminowanemu Billy’emu udało się z trudem odizolować bruneta od Amber i w tej chwili, na lekkie wspomnienie, do mieszkania wszedł Chris.
  Spojrzał z setkami pytań w oczach na to całe zbiegowisko, lecz milczał, totalnie zaskoczony cała akcją. Jimmy tylko spojrzał z dołu na kumpla i bez słowa usiadł przy ścianie, odpalając papierosa. Amber powoli podniosła się z podłogi.
  – Widziałeś, kurwa?! – ryknęła do brata, który nadal stał jak słup, nie wierząc w to, co się tu wyprawia. – Kurwa, to ja ratuję mu dupę, a on przychodzi tu mnie tłuc?! No co kurwa stoisz, nic nie powiesz?! – wyła.
  – Jimmy...? – spojrzał pytająco na bruneta, który ciężko łapiąc powietrze, zaciągał się raz za razem, jakby nie palił przez pół roku. – Chudy?! – powtórzył, czekając na wyjaśnienia.
  – Zapytaj jej, za co dostała! Dziwka skrzywdziła Bogu ducha winną dziewczynę, która nigdy jej nie zaczepiła, zresztą, co ja mówię...? Omijała ją z daleka! Teraz leży w szpitalu, kompletnie zeszmacona, i za co?! Za nic, kurwa, znalazła sobie zabawę, upatrzyła sobie bezbronną ofiarę i się zabawia! – wrzasnął wkurwiony brunet. – Na dodatek dobrała sobie kompana – "J-a”, nie daruje jej tego, rozumiesz?! – darł się, lecz dało się już wyczuć jego płaczliwy głos.
  Chris nie skomentował, tylko podał chłopakom po piwie i sam też otworzył.
  – No i co, nic nie zrobisz?! – ryczała rozczarowana Amber.
  – Nie. Naważyłaś sobie piwa, to teraz masz. Żebym wiedział, że to kumpela Chudego, zabrałbym ją stamtąd. Czemu nic mi nie powiedziałaś?
  – A co cię to obchodzi, to moja sprawa! Jaka kumpela Chudego, kurwa?! Zna ją może miesiąc, zresztą nawet nie wiem! Zabujał się i tyle, jaka kumpela?! – darła się nie wierząc w to, że brat kompletnie olewa fakt, że dostała w pierdol.
  – Dobra, młoda, więc jak twoja sprawa, to i twoja też, że teraz ponosisz skutki swojego postępowania. A ty... – spojrzał na Jimmy’ego – rozumiem, miałeś powód, ale nie rób tego więcej! – rzekł złowrogo i przypalił kolejną fajkę.
  – A idź a pizdu! – rzuciła wściekła Amber, wzięła z torby dwa piwa i wyszła z korytarza, trzymając się za bolącą głowę.
  – Masz jakąś klamkę? – zapytał Jimmy, trzęsąc się nadal w natłoku nerwów.
  – Po co ci?
  – Zastrzelę "J-a” – oświadczył bez jakichkolwiek emocji.
  – Cooo? – Chris nie dowierzał.
  – To, co słyszysz. Zajebię i wywiozę, nie znajdą chuja... nigdy!
  – Ty się uspokój i nie szalej, nikogo nie zajebiesz. Jak ci tak bardzo zależy na wyrównaniu rachunków, pomogę ci, poza tym też mam do niego mały interes – rzekł blondyn, popijając piwko.  
  – Nie, ja chcę żeby zdechł, kumasz?! Skąd on w ogóle wiedział, że jestem na działkach? – zapytał Jimmy, spojrzawszy na Billy’ego.
  – Nie mam pojęcia – chłopak się spłoszył.
  – Ktoś za tobą łazi, a dlaczego tak myślę? – wtrącił Chris. – Skąd zawsze wie, gdzie jesteś? Daje ci towar za niemałe pieniądze, wie, że nie chcesz sprzedawać, to wysłał za tobą ogonek.
  – No chyba jaja sobie robisz?! – roześmiał się brunet.
  Chris milczał, lecz jego mina była bardzo wymowna.
  – Dasz mi tą broń – wznowił temat Jimmy.
  – Chudy, wyluzuj, jak już powiedziałem – cwel oberwie, gwarantuje ci, i to tak, że poczuje, z kim zaczął tańczyć. Napijmy się lepiej wódki, ochłoniesz trochę i wtedy pogadamy – rzekł blondyn. – Billy, skoczysz? Jak pójdziesz na prawo, niedaleko jest nocny, kup trzy duże wódki, coś dobrego na ząb i jakieś fajki, ze trzy paczki. Ja do wódy palę jak smok – zaśmiał się Chris i wręczył chłopakowi stówę. – Chodź do pokoju – rzekł do bruneta i gdy młodzik wyszedł, Jimmy ruszył za nim wolno.

  
  Ocknęła się kwadrans przed trzecią i od razu stanął jej w głowie nieproszony gość. Nadal nie wiedziała, kim był, ale była święcie przekonana, że to na pewno nikt przyjacielsko nastawiony. Przerażona, nie czując już nawet bólu, wyjęła z ręki kroplówkę i prawie po omacku, gdyż jedyne światło dochodziło jedynie z latarni za oknem, ruszyła do szafy w poszukiwaniu ubrań. Koniecznie chciała stąd wyjść, znaleźć się jak najszybciej jak najdalej, w bezpiecznym miejscu. Gdy się tylko pochyliła, stęknęła głośno, żebra bolały jeszcze gorzej, niż świeżo po pobiciu, a skutki zbliżenia szarpały całe jej ciało. Zacisnęła jednak zęby i znalazła spodnie i buty, lecz koszulki, jak na złość, nie mogła wymacać. Szukała jeszcze chwilę, w końcu dała spokój i bardzo już zmęczona, klapnęła na łóżku.  
  Nakładanie dolnej części ubioru w mękach i bólach trwało dość długo, zapewne około pięciu minut, lecz większy problem miała z butami, ponieważ musiała się nachylić, a kłucie w boku, do tego bandaż, którym była opasana, uparcie jej tą czynność utrudniały.
Gdy skończyła się w końcu ubierać, minęło kolejne kilka minut, po których wstała i ślamazarnie udała się do wyjścia, lecz nie mogła zdecydować się na opuszczenie sali, nie wiedząc, czy są tam pielęgniarki, czy też nie. Przyłożyła ucho do drzwi, lecz za nimi była grobowa cisza, a zawsze słyszała stamtąd ciche rozmowy, uchyliła więc je i delikatnie wyjrzała na jasny, błyszczący korytarz, mrużąc od uciążliwego światła zmęczone, bolące oczy.
  "Dobra, co będzie, to będzie” – pomyślała i najszybciej, jak mogła, przemknęła przez swój oddział, pocąc się przy tym z bólu, starała się jednak wytrzymać, chciała jak najszybciej opuścić placówkę, aby mieć pewność, że "J” nie odwiedzi jej ponownie i nie znajdzie  
  Miała niesamowity fart, gdyż aby wyjść, musiała przejść przed dwa kolejne oddziały, na których także nikogo nie było, najwidoczniej o tej godzinie wszystkie pielęgniarki robiły obchód. Dotelepała się do drzwi po dobrych dwudziestu minutach, choć droga normalnie zajmuje do czterech, pięciu, i gdy stanęła już wielce szczęśliwa przy wyjściu, rozluźniła się nieco, przez co poczuła jeszcze większy ból. Bolało wszystko, co tylko mogło boleć, do tego była bardzo osłabiona, z trudem otworzyła więc drewniane drzwi, które, co wydawałby się dziwne w tym miejscu, były dość ciężkie.
  Było kompletnie ciemno, do tego zaczęło kropić, lecz dziewczyna nie zważała na nic, chciała tylko uciec jak najdalej od tego niebezpiecznego szpitala. Na ulicy nie było żywej duszy, ani jednego samochodu. Wyszła na chodnik, szczęśliwa, że udało jej się uciec, lecz szczęście nie trwało długo, gdyż nie miała pojęcia, gdzie jest i gdzie iść, w którą stronę, a przecież była tu setki razy.
  W końcu, po krótkim namyśle, na chybił – trafił skręciła w prawo i lekko pochylona, ruszyła przed siebie. Szła w dobrym kierunku, lecz po pierwsze, jej dom był dobre dziesięć kilometrów stąd, o czym dziewczyna nie miała oczywiście pojęcia, poza gwałtem, pobiciem i nocną wizytą nie rozumiała niczego, wszystko jej się wiło i plątało, do tego deszcz zaczynał padać coraz mocniej, ale na to też nie zwracała uwagi.  
  Przeszła już dobre dwieście metrów, ale nie mając sił na dalszą podróż, przysiadła na pierwszej, lepszej ławeczce. W głowie kręciło się jak po kilkugodzinnej libacji i było coraz zimniej, skuliła się więc i nagle usłyszała:
  – Hej, mała, chodź na piwo!
  Od razu otrzeźwiała, lecz nie ruszała się z miejsca, strach nie pozwolił jej na wykonanie jakiegokolwiek ruchu.
  – Ej, co z tobą? – męski głos był już tuż przed nią, skuliła się więc jeszcze bardziej, milcząc. – Ty, co z nią? – zapytał głos.
  – Nie wiem, pewnie się najebała – zaśmiał się inny głos.
  – Ej, wszystko ok? – ktoś chwycił ją za ramiona i to wystarczyło.
  – Zostaw mnie, pomoocyy! – wrzasnęła, zszokowana, wyszarpując się chłopakowi.
  – Danny, zostaw, to jakaś świruska, pewnie ostro przyćpała – śmiech spotęgował się do radości kilku osób i zaczął się powoli oddalać, stawał się cichszy i cichszy, w końcu zniknął gdzieś za zakrętem.
  Podniosła głowę – ulica nadal była bez życia, czując się więc nieco bezpieczniej wstała i wznowiła podróż, ale była już tak wykończona, że padła po kilkunastu metrach.
Leżała bardzo krótko, po kilku minutach się ocknęła, nie pamiętając, co się stało, czując tylko piekący ból tylnej części głowy. Deszcz już nie padał, tylko lał, przez co zrobiło jej się okropnie zimno, chciałaby znaleźć się w jakimś ciepłym, przytulnym miejscu. Tkwiła na chodniku jeszcze chwilę, lecz nagle przypomniała sobie "głosy” i najszybciej, jak umiała, podniosła się z ziemi. Była już w samym centrum, lecz nadal nie było tu żywej duszy, od czasu do czasu słyszała tylko przejeżdżający samochód. Ból głowy stawał się coraz większy, położyła więc na nią rękę i udała się w dalszą podróż, nie mając pojęcia, gdzie idzie, szła, aby iść, zupełnie bezsensownie.  
  Po kilku minutach, przemoknięta do suchej nitki i totalnie zziębnięta, przysiadła w końcu na zadaszonym przystanku, podkulając kolana, aby było jej trochę cieplej. Czuła senność, nie miała siły ani ochoty iść dalej, koniecznie chciała odpocząć i czując (gdyż pewności nie miała), że oddaliła się już spory odcinek od szpitala, oparła głowę o szybę i zamknęła oczy. Nie patrzyła na to, jak wygląda i czy ktoś jej nie widzi, chciała tylko odpocząć...  
  Tylko odpocząć...

  
  – Hej – ktoś jej dotknął, ale jeszcze nie kontaktowała. – Hej, dziewczyno – usłyszała damski, bardzo ciepły głos i mimo, że mówiła do niej płeć żeńska, znów się wystraszyła i tym razem, ale już nie z krzykiem, tylko ze słowami: "Zostaw mnie, proszę cię, nic mi nie rób, daj mi spokój”, ponownie schowała głowę, skręcając się na ławeczce.
  – Co ci się stało? – przybyszka nie ustępowała, lecz Laura już nie reagowała, bardzo się bała. – Ma szpitalną koszulkę i rozbitą głowę, co ona tu robi? – zapytała nieznajoma "kogoś”.
  – Nie wiem, może zadzwońmy po karetkę? – z męskich ust rozległa się odpowiedź.
  – Nie, proszę, nie po karetkę, nie do szpitala, proszę!!! Zostawcie mnie!!! – Laura natychmiast się rozchodziła i nie podnosząc głowy, uwolniła z siebie płacz przerażenia.
  – Jak się nazywasz? – zapytała kobieta, a może raczej młoda dziewczyna, najłagodniej, jak chyba tylko umiała. – Gdzie mieszkasz?
  – Nie wiem – bąknęła nastolatka, nie mając do końca pojęcia, co się dzieje i gdzie jest.
  – David, co robimy? Powinna jechać do szpitala, ale chyba panicznie się boi, to może wezwij policję...?
  Laura, słysząc to, wpadła w kolejną histerię, powtarzając notorycznie te same prośby, lecz przez jej szloch przybyli nie do końca zrozumieli, co wykrzykuje, wyłapali tylko:” Znowu będzie to samo”, "Ja nie chcę nic mówić”, "Chcę do domu, nic nie powiem, chcę do domu...” i tym podobne apele.
  – Ktoś bardzo ją skrzywdził i wystraszył, może zabierzmy ją do domu, a jutro pomyślimy, jak znaleźć jej adres i powiadomić rodzinę – rzekła przybyszka i po chwili ktoś uniósł brunetkę do góry.
   Chyba w końcu załapała, że nieznajomi mają przyjacielskie zamiary, bo nie wyrywała się i nie panikowała, poza tym nie miała już sił stawiać oporu. Niósł ją kilka sekund i po chwili poczuła pod sobą coś miękkiego. Samochód ruszył.

1 545 czyt.
100%71
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 3320 słów i 18745 znaków, zaktualizowała 7 sty 2017

Komentarze (1)

 
  • Mlody1

    Mlody1 7 sty 2017

    dosyć ostre, ale mam jakiś niedosyt...