Strażnicy cienia IV część 13

Gdy nieco oddalili się od zajazdu, uwagę Veroniki przykuł zakapturzony mężczyzna, który stał w bocznej uliczce. Przyjrzała się mu dyskretnie i stwierdziła, że był tęższy od Casimira, ale nie miała pewności, czy to nie był ich wróg.
     – Dobrze by było sprawdzić, co to za jeden – powiedziała do Viktora.
     Ten zerknął w stronę mężczyzny, opuścił szyk i skierował się w jego stronę. Gdy wyciągnął miecz, zakapturzony natychmiast uniósł ręce do góry.
     – Pokaż twarz – rozkazał mu Viktor.
     Mężczyzna powoli zsunął kaptur z głowy. Nie wyglądał znajomo i sprawiał wrażenie przerażonego, mimo to czarodziejka podjechała do niego i skoncentrowała się na magii. Nie wyczuła działania żadnego zaklęcia.
     – Ja nic nie zrobiłem – zapewnił – naprawdę.
     – Dlaczego tu sterczysz? – zapytała Veronika.
     – Czekam na kogoś – odpowiedział drżącym głosem.
     – Na kogo?
     – Na kobietę. Jesteście od pana Albrechta? – Rozejrzał się nerwowo.
     – A dlaczego ukrywasz twarz pod kapturem? – Czarodziejka zignorowała jego pytanie.  
     – Wolałbym, żeby nikt z jego ludzi mnie nie widział – wyjaśnił przestraszony mężczyzna.
     – A czemuż to unikasz pana Albrechta? – zainteresował się Viktor, wsuwając miecz do pochwy.
     – Spotykam się z jego córką, a on…
     – Jedźmy – czarodziejka zwróciła się do swojego towarzysza i po chwili dołączyli do pozostałych, którzy czekali na nich nieopodal, czujnie rozglądając się po okolicy.

     Po tym jak przejechali przez rzekę, dwie godziny podróżowali polną dróżką, która prowadziła do lasu. Veronika narzuciła tempo, bo chciała jak najszybciej dotrzeć do zajazdu. Liczyła na to, że uda jej się wypocząć przed nocną wartą.
     W południe zatrzymali się na postój. Wtedy dostrzegli zmierzający w ich kierunku wóz, którym podróżował stary, brodaty człowiek. Zbliżając się, zerkał ukradkiem w stronę zbrojnych. Przyspieszył od razu, gdy ich minął, co wywołało uśmiech na twarzy Veroniki.
     – Co cię rozbawiło? – zapytał ją Viktor.
     – Jego zachowanie. – Skinęła w stronę oddalającego się wozu.
     – To normalne – stwierdził.
     – Czego my moglibyśmy od niego chcieć? – Popatrzyła na staruszka.
     – Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby miał coś na sumieniu, skoro ucieka… Czego? Wozu, konia, jego towarów.
     Wzruszyła ramionami i odwróciła się w stronę Zygmunta, który właśnie czyścił swojego wierzchowca. Uznała, że to odpowiedni moment, by z nim porozmawiać.
     
     – Poświęci mi pan chwilę? – zapytała, zmierzając w jego stronę.
     Służący natychmiast przerwał pracę i zwrócił się do niej przodem.
     – Viktor zaproponował panu zmianę posady – zaczęła.
     – Owszem – potwierdził mężczyzna.
     – Co konkretnie chciałby pan robić? Zależy panu na pracy w dużym domu czy niekoniecznie?
     Zygmunt spojrzał na nią zaskoczony, po czym szybko spuścił wzrok.
     – Nie mam już tylu lat, żebym mógł wybierać.
     – Viktor zaoferował panu możliwość pracy u jego znajomego…
     – Tak i jestem mu bardzo wdzięczny – powiedział.
     – A ja chętnie zaproponowałabym panu pracę u siebie.
     Znów na nią zerknął i wtedy dostrzegła, że zaszkliły mu się oczy, a usta lekko się rozchyliły.
     – Może pan wybierać – kontynuowała. – Tylko że ja nie będę miała dużego domu i rzadko w nim będę, ale… – zamilkła, z trudem panując nad wzruszeniem, gdy zobaczyła, jak drżącą dłonią wytarł łzę, która spłynęła po jego policzku. – Myślę, że mogłabym mieć dom, gdyby ktoś się nim zajął.
     – Będę szczęśliwy, mogąc pracować gdziekolwiek, byle nie tam, gdzie byłem zmuszony spędzić ostatnie dziesięć lat.
     – Teraz ma pan wybór. – Uśmiechnęła się.
     – To dla mnie zbyt wiele... Sama pani widzi.
     – Powiem tak, u mnie na pewno źle by panu nie było, tylko że, zanim dotarlibyśmy na miejsce… Zresztą to raczej nie będzie dłuższa wyprawa niż podróż do Talabheim. Jeszcze nie zdecydowałam, gdzie kupię ten dom, ale myślę o Averheim albo Altdorfie. Jak dotrzemy na miejsce, wybiorę coś, a pan się tym zajmie.
     – Jeśli życzy sobie pani, żebym dla pani pracował, to będę to robił z przyjemnością.
     – A jaka jest pana cena? – zapytała.
     – To zależy od tego, w jakim charakterze miałbym pracować.
     – Dom będzie nieduży. Zatrudnimy jedną osobę do sprzątania i do kuchni. Pan będzie pilnował, by ta osoba zachowywała się jak należy i by w domu niczego nie brakowało.
     – W niedużym domu jest niedużo pracy – stwierdził. – Cztery korony miesięcznie. Taka jest obecnie stawka na tym stanowisku.
     – A ile chciałby pan dostać, żeby był pan zadowolony?
     – Byłbym zadowolony, gdybym dostał tyle, ile się należy za pracę na tym stanowisku.
     – To ja dam panu dziesięć – postanowiła Veronika. – Czy tak będzie dobrze?
     – Oczywiście, ale… tu nie chodzi o pieniądze.
     – Czyli jesteśmy umówieni? – upewniła się. – Zaczeka pan na mnie w Leichebergu, a potem pojedziemy na południe i kupimy gdzieś tam dom. – Podała mu rękę.
     Chwycił ją za dłoń i pocałował, kłaniając się.
     – Cieszę się, że się pan zgodził – powiedziała wyraźnie zadowolona.
     – Jest mi niezmiernie miło i jestem bardzo wzruszony tą ofertą. Mam nadzieję, że się pani nie zawiedzie.
     – Wiem, że się nie zawiodę.
     – Od kiedy mam zacząć pracę? – zapytał rzeczowo.
     – Myślę, że od teraz, chociaż jeszcze nie mamy domu.
     – A jakie są moje obowiązki na ten czas? Domyślam się, że wynajmowanie pokoju w zajeździe, przynoszenie posiłków… Rozumiem, że to wykracza poza zakres moich przyszłych obowiązków, ale biorąc pod uwagę okoliczności, nie mógłbym wypełniać swojej roli, zwłaszcza że nie ma domu. Czy mam się opiekować pani koniem?
     – Nie – pokręciła głową – stajenni się tym zajmą.
     – Niektórzy państwo nie życzą sobie, by obcy dotykali czegokolwiek, co do nich należy – powiedział.
     – Niech dotykają. Nic mu się nie stanie. A pan niech sobie odpocznie po poprzedniej pracy. Powiedzmy, że to taki płatny urlop. I proszę się niczym nie przejmować. Jak będziemy mieli dom, będzie pan robił to, co pan potrafi, a czego ja nie umiem. Na trakcie my sobie świetnie radzimy.
     – Jak pani sobie życzy. – Niezbyt skutecznie ukrywał radość.
     Veronika uśmiechnęła się do Zygmunta, po czym rozejrzała się. Dostrzegła Viktora opartego o drzewo. Obserwował ją z założonymi na piersiach rękoma.
     
     – Jak poszło? – zapytał, gdy przed nim stanęła.
     – Dobrze, zgodził się. Kupię dom i będzie dla mnie pracował.
     – Cieszysz się? – zapytał, choć odczytał to z jej twarzy.
     – Tak – potwierdziła.
     Spojrzał na jej rumaka, a potem przeniósł wzrok na Zygmunta.
     – Lubisz oryginalne okazy, co?
     – Owszem – przyznała, objęła go i pocałowała. – Gdzie ja mam kupić ten dom? Chyba w Averheim – zaczęła się zastanawiać. – W Averheim będzie najlepiej. Lubię to miasto. Spędziłam tam wiele czasu… Chociaż w Streissen jest do kupienia ładny pałacyk, ale pałac to za dużo. Nie jest mi potrzebny, skoro mam tam zajeżdżać tylko czasami… W Averheim mam przyjaciół. Altdorf też by się nadawał. A może jakieś małe miasteczko? – Gwałtownie spojrzała w bok, bo poczuła coś niepokojącego.
     Skoncentrowała się na magii i zlokalizowała jej źródło w pobliskim lesie.
     – Zaalarmuj ludzi – powiedziała do Viktora. – Coś tam jest.
     Viktor gwizdnął, po czym wskazał na las. Najemnicy, którzy mieli kusze, ponaciągali je, pozostali złapali za miecze, tarcze i włócznie. Błyskawicznie ustawili się w szyku gotowi do walki.
     Koń Ulrycha spłoszył się, gdy ten gwałtownie ściągnął z niego młot.
     – Co się dzieje?! – krzyknął Marcus.
     – Chyba tu jest – odpowiedziała Veronika. – Zostańcie tutaj. Viktor, chodź ze mną.
     – Pójdę pierwszy – oznajmił i ruszył w stronę lasu.

     Kobieta podążała za nim. Gdy byli już między drzewami, zatrzymała go i ponownie skoncentrowała się na magii. Nie była w stanie dokładnie określić, skąd dochodziła. Według Veroniki energia, którą czuła, była tak ogromna, że przekraczała możliwości jakiegokolwiek czarodzieja. Odnosiła wrażenie, jakby sam las nią emanował. To nie było naturalne.
     – Co to za miejsce? – zapytała.
     – Stara Knieja – odparł Viktor.
     – Coś więcej?
     – Widziałem nazwę na mapie. To wszystko.
     Odwrócili się gwałtownie, słysząc za sobą zbliżające się kroki. W ich stronę zmierzali dwaj najemnicy i Zygmunt.
     – Co się dzieje? – czarodziejka zwróciła się do nich.
     – Tu podobno straszy, ale w dzień nie trzeba się bać – powiedział Zygmunt. – Lepiej nie wchodzić do lasu, zwłaszcza w nocy. Jest tam nawet droga od zajazdu do zajazdu i ludzie nią podróżują, ale tylko w dzień. Nocą podobno znikają. Całe dobytki, ludzie, wozy, wszystko. Różne rzeczy gadają na ten temat. Mówią, że to bandyci, że to mutanty, duchy, a tak naprawdę to nie wiadomo.
     Viktor rozejrzał się, a Veronika przeszła jeszcze parę kroków w głąb lasu, koncentrując się na magii. Skądś wypływała i rozlewała się jak mgła. Nie była w stanie stwierdzić, gdzie konkretnie leżało źródło. Żałowała, że nie miała na to czasu. Chętnie zgłębiłaby tajemnicę tego miejsca.
     – Na pewno to nie on? – zapytał Viktor, cały czas trzymając przed sobą miecz.
     – Nie – pokręciła głową – to zbyt potężna energia.
     – Potężna? Kto za to odpowiada? Czarnoksiężnik? – dopytywał.
     – Raczej nie, to bardzo mało prawdopodobne. Magia jest zbyt silna – stwierdziła. – Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś dysponował taką mocą. Z daleka odebrałam to inaczej. Chciałabym sprawdzić co to… Raczej nie dzisiaj. Nie można się tak rozpraszać. Mamy już na głowie Casimira i Sylvanię. Może zajmę się tym w drodze powrotnej… Przyjadę tu – zdecydowała. – Myślę, że nic się nie zmieni do tego czasu.
     – Z pewnością. – Znów się rozejrzał. – Chyba że wybuchnie jakiś wielki pożar.
     – Gdy natkniemy się na Casimira, powinniśmy załatwić to sami – zasugerowała, wracając do obozu. – Twoi ludzie powinni być jak najbardziej rozproszeni. W ten sposób zminimalizujemy ewentualne straty. Zaklęcia obszarowe, których się uczymy, zazwyczaj obejmują teren o średnicy około dziesięciu kroków.
     Viktor słuchał jej z uwagą. W międzyczasie dał podwładnym znak do opuszczenia broni. Marcus, zmierzając w stronę czarodziejki, zatrzymał Ulrycha gestem.
     – Co się dzieje? – zapytał ją poważnie zaniepokojony.
     – Wyczułam magię, ale nie jest to raczej sprawka człowieka – wyjaśniła.
     – Ja nic nie czuję – powiedział Hoefer.
     Spojrzała na niego zaskoczona.     
     – To wyjątkowo silna magia. Wygląda na to, że od teraz sama będę wartować.
     – Nie jestem czarodziejem – usprawiedliwił się. – Co tam jest? – Zerknął w stronę lasu.
     – Nie mam pojęcia – odparła. – Zajmę się tym w drodze powrotnej.
     – Zbyt wiele na siebie bierzesz – stwierdził Marcus. – Nie rozpraszaj się.
     – Przecież nie poszłam dalej.
     – Myśl o tym, co nas czeka – poradził.
     – Może znajdziemy Jose i poproszę go o pomoc – powiedziała.
     – Odsuńcie się od lasu – polecił swoim ludziom Viktor. – Niech dwóch obserwuje, co tam się dzieje. Reszta niech odpoczywa.
     – Jedziemy? – Veronika zwróciła się do niego.  
     Obaj mężczyźni uśmiechnęli się.
     – Dopiero się zatrzymaliśmy – zauważył Viktor. – Zdenerwowałaś się?
     – Owszem – potwierdziła. – Cały dzień czuję niepokój.
     – Przejdzie ci, jak dotrzemy do Sylvanii – powiedział Hoefer, po czym udał się do swoich towarzyszy.
     Czarodziejka odprowadziła go wzrokiem.
     – Ma poczucie humoru – skwitował Viktor.

     Veronika zadbała o to, by postój nie był zbyt długi i wkrótce ruszyli. Po drodze zatrzymała się na wzgórzu, by sprawdzić, czy nikt za nimi nie jedzie. W oddali dostrzegła piętnaście wozów i ich eskortę. Pomyślała, że dobrze by było zatrzymać się, ukryć i zobaczyć kto podróżuje tą karawaną, ale zdawała sobie sprawę z tego, że nie miała na to czasu. Musiała się przespać przed swoją wartą.
     – Zostaw tu dwóch swoich ludzi – poprosiła Viktora. – Niech się przyjrzą z ukrycia tym, którzy tu jadą. Niech się upewnią, że wśród nich nie ma Casimira.
     Od razu spełnił jej prośbę. Polecił, by najemnicy nic nie robili, jeśli zobaczą czarnoksiężnika. Zabronił im zbliżać się do karawany. Mieli ją przepuścić, a potem dołączyć do swojej grupy.

     Zatrzymali się późnym popołudniem mniej więcej sto kroków od lasu. Taką odległość uznali za bezpieczną. Na tym odcinku drogi nie było zajazdu, więc noc musieli spędzić na dworze.
     – Idźcie do lasu nazbierać drzewa – rozkazał Viktor, wskazując pięciu podwładnych. – Nie będziemy tam wchodzić po zmroku. Ralf, rozbij namiot dla Veroniki. – Odwrócił się w stronę zbliżających się najemników, którzy mieli przyjrzeć się karawanie.
     Gdy zatrzymali się przy dowódcy, czarodziejka podeszła do nich.
     – Nie widzieliśmy czarnoksiężnika. To kupcy i ochrona. Z nikim nie rozmawialiśmy zgodnie z rozkazem – zameldował jeden z mężczyzn.
     – Co wiozą? – zapytał Viktor.
     – Na jednym z wozów widziałem sukna, ale odniosłem wrażenie, że ci kupcy handlują różnymi towarami i zebrali się na czas podróży.
     – Mieli jakieś wolne konie? – zapytała Veronika.
     – Jednego.
     – Jak wyglądał? – dopytywała.
     – Brązowy, zwykły wierzchowiec. Nie rumak.
     – Czy konno jechał ktoś, kto nie wyglądał na ochroniarza?
     – Nie – zaprzeczył mężczyzna – wszyscy byli uzbrojeni. Mieli łuki, miecze, kombinowane zbroje. Typowa ochrona, dość dobrze wyposażona. Chyba skądś znam ich dowódcę. Gdzieś już go widziałem.
     – Zatrzymali się, czy jeszcze jadą? – zapytała Veronika.
     – Gdy byliśmy na tym wzniesieniu – ręką wskazał pagórek – jeszcze jechali.

     – Przyjrzę się im, gdy rozbiją obóz – powiedziała do Viktora, gdy zostali sami.
     Niepokoił ją wolny koń. Czarnoksiężnik mógł wyglądać jakkolwiek i przyłączyć się do kupców dla niepoznaki.
     – Pójdę z tobą – zadeklarował.
     – Chciałam to załatwić po swojemu, tak, żeby nikt mnie nie widział.
     – Rozumiem. Odprowadzę cię i zaczekam w ukryciu. W razie kłopotów, będę w miarę blisko.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2419 słów i 14640 znaków, zaktualizowała 24 sty 2018.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Trzynasta część... Nie skomentuję żeby nie wywołać pecha :)

  • Fanriel

    @AnonimS Ktoś tu jest przesądny. ;)

  • AnonimS

    @Fanriel bardziej to wykręt :blackeye: