Strażnicy cienia II część 45

– Dlaczego potajemnie spotkałaś się z Alexem? – zapytał Gert, przyglądając się narzeczonej. – Po tym jak go zwolniłaś, spotykasz się z nim w stajni sam na sam…
     – Poszłam go obudzić – wyjaśniła. – Mówiłam ci już.
     – Trzeba było posłać Kaspara – stwierdził. – A gdyby on tam leżał nago?
     – Nie leżał. Poza tym myślisz, że ja nagiego faceta nie widziałam?
     – Yhm… Więc teraz możesz sobie patrzeć na każdego nagiego faceta?
     – Nie robi to na mnie wrażenia – zapewniła.
     – W to akurat nie wierzę.
     – Pojadę się rozejrzeć – powiedział głośno Alex, wsiadając na konia kilkanaście kroków od narzeczonych.

     Veronika patrzyła na Gerta, gdy ten wzrokiem odprowadzał najemnika.
     – Trzeba będzie się go pozbyć – stwierdził w końcu.
     – Dlaczego? – zapytała nieco zaskoczona tym pomysłem.
     – A dlaczego nie? Ot tak… Powiedzmy, że jestem zazdrosny, chorobliwie zazdrosny.
     – To nieprawda. W ogóle nie jesteś o mnie zazdrosny. Może byłeś w Talabheim, ale teraz z pewnością nie jesteś.
     – Dobrze. Udowodnię ci – obiecał.
     – Zabijając kogoś?
     – Nie obojętnie kogo. – Skinął w stronę Alexa.
     – Po co niby miałbyś to robić? Dobrze się czujesz? – Irytowała ją ta rozmowa, co było już słychać w tonie jej głosu.
     – Przecież mówiłem ci, że jestem chorobliwie zazdrosny.
     – Wiesz co? Przestań już, bo to nawet nie jest śmieszne.
     – A ty na dodatek negujesz moją zazdrość… – Z dezaprobatą pokręcił głową.
     – Oczywiście, że tak. Prowadzisz ze mną jakieś gierki, a ja tylko tracę czas i strzępię język… Powiedz mi, czy ty mówisz poważnie? – zapytała.
     – Yhm.
     – Więc wygląda na to, że z tobą jest coś nie tak – stwierdziła.
     – Każdy ma jakieś odchyły. Czuję taką potrzebę i nic na to nie poradzę… Kręci się koło ciebie. Nie wiem, po co on tu w ogóle przyjechał. Ty to wiesz?
     – Był przekonany, że staniemy do walki z wampirami. Sam nie mógł nic zrobić, więc chciał nam towarzyszyć – wyjaśniła.
     – A skąd w nim to przekonanie, skoro my przed nimi uciekamy?
     – Jest dość inteligentny i pewnie zorientował się, że zamierzamy coś zrobić w tej sprawie.
     – To kolejny powód, by się go pozbyć. Nie wiadomo, czego jeszcze się domyślił. Tak czy inaczej, jestem zazdrosny i udowodnię ci to.
     – To jest chore – powiedziała. – Nic nas nie łączy, a nasz kontakt wkrótce się urwie.
     – Z pewnością się urwie. Ty byłabyś gotowa zabić Estelę, żeby zatrzymać przy sobie Jose. To jest normalne?
     – Tak – odparła zdenerwowana już Veronika.  
     – Żebyś ty chociaż chciała się pozbyć konkurencji, to bym zrozumiał.
     – To jest wyższy cel. Chodzi o walkę z Chaosem – uniosła się.
     – Powinnaś zostać łowcą czarownic… I spalić wszystkie kobiety, twierdząc, że to wyższy cel – zasugerował złośliwie, co akurat ją rozbawiło.
     – To, co ty wygadujesz, przechodzi ludzkie pojęcie – podsumowała. – Powinniśmy już jechać. Nie ma krasnoludów, więc chyba i mnie się nie udało.
     Wtedy, jak na zawołanie, otworzyły się drzwi zajazdu i wyszły przez nie wspomniane krasnoludy. Ten, który podczas rozmowy z czarodziejką udzielał się najbardziej, wyszedł na przód, przeciągnął się i rozejrzał.
     – To gdzie są te wampiry? – zapytał.
     Veronika szczerze się uśmiechnęła.
     – Ostatnio były widziane na tej drodze. – Ręką wskazała kierunek.
     – Tam? – Spojrzał na północ. – Chodźcie – polecił swoim towarzyszom i od razu ruszyli.
     Gert obserwował to z niedowierzaniem.
     – Wygląda na to, że w negocjacjach jestem od ciebie lepsza – zwróciła się do niego zadowolona z siebie kobieta.
     – Widocznie nawet krasnoludy doceniają piękno twojego biustu – skwitował.
     Czarodziejka popatrzyła na niego z udawaną niechęcią, po czym omiotła wioskę wzrokiem. Wyraźnie wystraszeni nadchodzącym niebezpieczeństwem miejscowi zachowywali się dość nerwowo, a do narzeczonych właśnie zbliżała się barmanka niosąca trzy łopaty.
     – Ile za to? – zapytała ją Veronika.
     – Będą nam potrzebne do pracy. Nie są na sprzedaż – odparła dziewczyna.
     – Kupicie sobie nowe.
     – Nowe? Nowe kosztowałyby z trzy korony…
     Czarodziejka od razu zapłaciła, dokładając do tego złotą monetę. Dziewczyna zabrała pieniądze i odeszła bez słowa, zostawiając sprzęt na ziemi.
     Gert obejrzał łopaty i wybrał sobie jedną.
     – Ta wygląda dobrze. Będzie pasowała do mojego wzrostu. Szkoda, że nie ma orzechowej. Pasowałaby do paska – stwierdził, śmiejąc się z tego, co powiedział.
     – Każ się zbierać swoim chłopakom – poprosiła go narzeczona, której trudno było ukryć rozbawianie.
     – Panowie, za chwilę ruszamy. Byłbym wdzięczny, gdybyście zasiedli na koniach – zwrócił się do najemników. – Przesadziłem? – zapytał Veronikę.
     – Tak – potwierdziła, kierując się już na tył zajazdu.

     Za budynkiem znalazła siedzących na ławce Jose i Estelę. Faktycznie trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy. Mag opowiadał o czymś z przejęciem. Jako pierwszy zauważył zbliżającą się kobietę i przywitał się z nią.
     – Jesteśmy gotowi – oznajmił.
     – Świetnie, bo my już ruszamy. Tylko was nam brakuje – powiedziała, po czym zawróciła.
     – Zaczekaj – usłyszała za sobą głos Esteli. – Veroniko, poczekaj.
     Czarodziejka się zatrzymała.
     – Zaraz do ciebie przyjdę – Estalijka zwróciła się do towarzysza. – Rozmawiałam z Jose i uświadomił mi, w czym tkwi problem – zaczęła, gdy zostały same.
     – A o co chodzi?
     – O nasze relacje – wyjaśniła.
     – Myślę, że z nimi wszystko w porządku. – Veronika nie miała najmniejszej ochoty na tego typu rozmowy.
     – Jestem innego zdania. Zresztą, gdy przemyślałam jego słowa, doszłam do wniosku, że winna ci jestem przeprosiny za moje zachowanie podczas naszego pierwszego spotkania.
     – Doceniam, ale to naprawdę nie jest konieczne – odparła chłodno czarodziejka.
     – Mogło wyjść nietaktownie, choć uwierz mi, że nie miałam nic złego na myśli – wyjaśniła, po czym wyciągnęła rękę w stronę rozmówczyni.
     Veronika odpowiedziała tym samym.
     – W moim kraju jestem osobą na stanowisku i przyzwyczaiłam się do pewnego sposobu rozmawiania. Jestem dowódcą i zazwyczaj wymagam posłuchu. Oczywiście mam też przełożonych i przed ich obliczem sama zajmuję pozycję, powiedzmy, niższą. Po prostu przywykłam do hierarchii – tłumaczyła Estela.
     – Rozumiem – przyznała kobieta. – Hierarchia panuje wszędzie. Każdy jest pod kimś albo nad kimś, ale ani ja, ani Jose byle kmiotami nie jesteśmy.
     – Wiem, aczkolwiek, nie widząc żadnych insygniów wojskowych, doszłam do wniosku, że nie jesteście osobami z tym związanymi, a tym bardziej moimi przełożonymi, więc… Naprawdę trudno jest mi to wyjaśnić. Tak czy inaczej, przepraszam. – Bardzo zależało jej na zgodzie.
     – W porządku.
     – A to, że chciałam tam na moście… Chciałam pomóc… – ciągnęła.
     – Rozumiem.
     – Mam doświadczenie w walce. Nadal uważam, że to był dobry pomysł, chociaż nigdy nie miałam do czynienia z wampirami i pierwszy raz jestem tak daleko na północy – przyznała Estalijka. – Poza tym jestem młoda i wciąż się uczę.
     – Ja także nie mam doświadczenia z wampirami i po prostu wydało mi się to zbyt ryzykowne. To wszystko – powiedziała czarodziejka. – Mam nadzieję, że mój pomysł jest lepszy.
     – Ja też. – Uśmiechnęła się. – Zrealizujmy go.
     
     Gdy kobiety wyszły zza budynku, wszyscy już byli gotowi do drogi. Co dziwne, niedaleko na ciężkim pociągowym koniu siedziała barmanka. Na plecach miała miecz w skórzanej pochwie zrobionej przez niezbyt uzdolnionego amatora.
     Veronika pytająco popatrzyła na Gerta.
     – Co? – zapytał szeptem, gdy do niego podeszła.
     – Wziąłeś sobie dziewczynę?
     – Nie – zaprzeczył od razu.
     – To co ona tu robi?
     – Chce jechać z nami – odpowiedział.
     – I ty się zgodziłeś?
     – Powiedziała, że będzie kopać – wyjaśnił. – Mam kazać jej zostać?
     – Skoro już się zgodziłeś… – Wzruszyła ramionami.
     – Najchętniej zabrałbym wszystkich, ale wygląda na to, że nie ma więcej chętnych.
     – Ale nie próbowałeś ich przekonać? – zapytała narzeczonego.
     – Jej też nie przekonałem. Nie rozmawiałem z nią ani razu. Nie odezwałem się do niej słowem – zarzekał się. – Mogę rozkazać któremuś z najemników, by powiedział jej, że ma zostać.
     – Nie trzeba. – Wsiadła na swojego rumaka. – Jedziemy?
     – Za tamtymi krasnoludami! – polecił najemnikom.
     – Czy to jakiś rasizm? – odezwał się Gottri.
     – Wybacz. Za tamtymi dżentelmenami – poprawił się Gert.
     – Znacznie lepiej. – Zadowolony krasnolud pokiwał głową.

     Nieco spłoszona barmanka stała na uboczu, gdy koło niej przejeżdżali.
     – Może powinieneś z nią porozmawiać? Chyba czuje się nieswojo – Veronika zagadnęła narzeczonego.
     – W ogóle mnie to nie interesuje – odparł. – Jak tak dalej pójdzie, to wszystkie kwiaty nam uschną.
     – O czym ty mówisz? – zapytała zdezorientowana.
     – O plantacji. Zmieniłem temat na bezpieczniejszy – wyjaśnił. – Jest za sucho. Wody w rowach nie starczy na długo. Kiedy ostatnio padało?
     – Nie mam pojęcia. – Kobieta patrzyła na Gerta, jakby ten postradał rozum.
     – Zły temat?
     – Genialny – rzuciła, po czym spięła konia.
     – Nie musisz się tak spieszyć! – usłyszała za sobą. – Pamiętaj, że ci dżentelmeni wyznaczają tempo!
     – Nie będziemy się za nimi wlec! Dogonią nas!

     Krasnoludy zeszły z drogi, gdy je wyprzedzali.
     – Zaczekamy na was! – krzyknął do nich Gert. – Trzeba je jeszcze odnaleźć!

     Po drodze nie widzieli miejsc, w których mogłyby się ukryć wampiry. W końcu dotarli do Alexa, który siedział na sporym kamieniu przy drogowskazie. Jego koń pasł się obok.
     Wstał, gdy byli już blisko.
     – Tam? – zapytała Veronika, patrząc w lewo.
     – Tam i tam. – Wskazał w przeciwnym kierunku. – Sporo tego tałatajstwa… To jest droga do wsi, a tam jest las.
     – Co najpierw? – zapytała. – Wieś. Będzie prościej – zdecydowała.
     – W lesie jest dla nich bezpieczniej – stwierdził Gert. –  Tam bym go szukał.
     – Ale tu będzie nam łatwiej.
     – Z pewnością – zgodził się z narzeczoną.
     – To niedaleko. Załatwmy najpierw wieś, a potem pojedziemy do lasu. Mamy czas. Krasnoludy… – Obejrzała się do tyłu.
     Gert popatrzył na swoich ludzi i zwrócił się do dowódcy:
     – Proszę wyznaczyć kogoś, kto zaczeka na tamtych dżentelmenów i skieruje ich do wsi. Chociaż w tym tempie mogą nie zdążyć… Albo nie. Niech wyjedzie im na spotkanie…
     – Niech idą w stronę lasu – wtrąciła czarodziejka.
     – Co? – zapytał.
     – Niech idą w stronę lasu – powtórzyła.
     – Wiem, słyszałem. Nie mogłaś tak od razu?
     – Wygląda na to, że nie mogłam – powiedziała, po czym ruszyła w wyznaczonym przez siebie kierunku.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1805 słów i 11147 znaków.

2 komentarze

 
  • Margerita

    łapka w górę czyżby przez Gerta przemawiała zazdrość

  • Fanriel

    @Margerita, dziękuję. :) Pewnie, że tak. ;)

  • AnonimS

    Przeczytane. Pozdrawiam

  • Fanriel

    @AnonimS Dziękuję. Wzajemnie. :)