Lodowata woda górskiego strumienia w końcu zmyła z mojej skóry gęstą, śmierdzącą juchę wiwerny. Przejechałam dłońmi po ramionach i udach, upewniając się, że nie został na mnie ani ślad po tym bydlaku.
Moje ciało wciąż drżało, ale doskonale wiedziałam, że to nie z powodu nocnego chłodu. To był wywar z krwawego korzenia. Cholerna mikstura wciąż krążyła w moich żyłach, pompując krew w nienaturalnie szybkim tempie. Podczas walki napędzała moje zmysły, wyostrzała refleks, wypełniała siłą, aby położyć potwora trupem. Teraz, gdy adrenalina powoli opadała, eliksir pokazywał swoje drugie, znacznie bardziej uciążliwe oblicze.
A przynajmniej uciążliwe wtedy, kiedy byłam sama w środku niczego.
Wyostrzone zmysły sprawiały, że każdy powiew wiatru na nagiej, mokrej skórze przyprawiał mnie o dreszcze. Moje sutki stwardniały niemal boleśnie, a w dole brzucha czułam ten znajomy, ciężki puls, który z każdą minutą stawał się coraz bardziej palący. Oddychałam głęboko, próbując zapanować nad ciałem. Mokre, rude kosmyki lepiły mi się do karku i łopatek. Potrzebowałam rozładować to napięcie. I to szybko. W przeciwnym razie magia wywaru nie da mi zasnąć przez kolejne trzy dni.
Wyszłam na brzeg z zamiarem wyciągnięcia z juków czystego ubrania, gdy moje nienaturalnie wyczulone uszy wyłapały dźwięk, który nie pasował do szumu lasu.
Brzęk metalowej sprzączki. W moim obozie, który myślałam, że sprytnie ukryłam wśród gęstych krzewów.
Zamarłam. Odruchowo sięgnęłam po broń leżącą na pobliskim głazie. Mój miecz został przy ognisku, więc w dłoni wylądował krótki, doskonale wyważony sztylet. Drugą ręką chwyciłam pierwszą lepszą rzecz ze stosu moich ubrań – cienką, lnianą koszulę. Narzuciłam ją na siebie, szybko sznurując ją niedbale i zapewne krzywo. Mokry materiał natychmiast przykleił się do moich piersi i brzucha, nie pozostawiając za dużo dla wyobraźni, a z dołu ledwo zakrywał pośladki.
Nie dbałam o to. Byłam u siebie, a ktoś właśnie prosił się o poderżnięcie gardła.
Ruszyłam przez krzaki, bezszelestnie stawiając bose stopy na mchu. Poruszałam się jak drapieżnik, którego terytorium zostało naruszone.
Ognisko zdążyło już przygasnąć jakiś czas temu, rzucając na niewielką polanę tylko słabe, pomarańczowe światło. Przy moich jukach klęczała wysoka sylwetka. Intruz przerzucał moje rzeczy z irytującym spokojem, najwyraźniej przekonany, że śpię gdzieś w zaroślach albo zginęłam w walce z wiwerną. Zrobiłam dwa szybkie, bezgłośne kroki i znalazłam się tuż za jego plecami.
Zanim zdążył w ogóle zorientować się, że nie jest sam, wplotłam palce lewej dłoni w jego ciemne włosy na potylicy i pociągnęłam mocno do tyłu. W ułamku sekundy przyłożyłam zimne, naostrzone jak brzytwa ostrze prosto do jego gardła. Nachyliłam się tak, że moje mokre, gorące ciało wbiło się w jego plecy.
– Szukasz czegoś konkretnego, czy po prostu masz fetysz grzebania w nieswojej bieliźnie? – mruknęłam mu prosto do ucha.
Mój głos był niski, zachrypnięty od eliksirów. Wciąż kobiecy, ale tracił na swojej delikatności za każdym razem, kiedy je spożywałam. Tym razem był to tylko wywar z krwawego korzenia, lecz niektóre z nich potrafiły naprawdę namieszać w moim ciele.
Złodziej znieruchomiał. Czułam, jak jego mięśnie napięły się pod skórzaną kurtką, ale o dziwo, nie wyczułam w nim paniki. Powoli, bardzo powoli uniósł obie ręce w geście poddania.
– Szukam czegoś, co rzekomo ma pewna ruda, bardzo niebezpieczna najemniczka – odpowiedział. Jego głos był gładki, pewny siebie i cholernie intrygujący. – Ale muszę przyznać, że nie spodziewałem się powitania w tak... ciekawym stylu.
Nacisnęłam ostrzem odrobinę mocniej, aż na jego skórze pojawiła się maleńka kropelka krwi. Irytowała, jak i ciekawiła mnie jego pewność siebie.
– Ostatnia szansa, zanim zafunduję ci drugi uśmiech na szyi. Kim jesteś i czego tu szukasz?
Mężczyzna odwrócił powoli głowę na tyle, po ile pozwalał mu mój sztylet. Nie miałam nic przeciwko. Ba, nawet cofnęłam lekko ostrze. Chciałam, żeby w razie podjęcia głupiej decyzji wiedział, kto go zabił. Ot, taka wrodzona (czy może nabyta?) próżność.
Światło żarzących się węgli oświetliło jego twarz. Był zaskakująco przystojny. Miał kilkudniowy zarost, ostre rysy i ciemne oczy, w których tańczyły wesołe iskierki wraz z diablikami strachu. Jego wzrok bezczelnie powędrował w dół, oceniając moją mokrą koszulę i sterczące sutki, po czym wrócił do oczu. Uśmiechnął się zawadiacko, jakbyśmy spotkali się na balu, a nie w środku lasu z nożem na jego gardle.
– Nazywają mnie Kael – odpowiedział powoli, niespecjalnie zrażony groźbą. – I myślę, Liszko z Ravari, że oboje mamy coś, czego to drugie bardzo, ale to bardzo teraz potrzebuje.
Prychnęłam cicho, czując, jak wibracja jego głębokiego głosu rezonuje na mojej nagiej klatce piersiowej. Był cholernie blisko. Za blisko jak na kogoś, kogo powinnam właśnie pozbawić głowy. Sztylet ani drgnął, wciąż opierając się o jego skórę, ale eliksiry sprawiły, że mój węch oszalał.
Kael pachniał sosnowymi igłami, dobrze wygarbowaną skórą i męskim potem – mieszanką tak naturalną i surową, że aż zakręciło mi się w głowie. Dół mojego brzucha zareagował niemal natychmiastowym, bolesnym skurczem pożądania. Własne ciało mnie zdradzało. Na razie, niestety, musiałam jeszcze polegać na eliksirach i ich efektach ubocznych.
– Masz tupet, złodziejaszku – mruknęłam, przesuwając wolną dłonią po jego ramieniu, niby to sprawdzając, czy nie ukrywa broni, ale tak naprawdę chłonąc ciepło jego mięśni. – Włamałeś się do obozu Liszki z Ravari. Ludzie tracili palce za mniejsze przewinienia. Co takiego masz, co powstrzymuje mnie przed rzuceniem twojego truchła padlinożercom?
Kael przełknął ślinę, a jego gardło otarło się niebezpiecznie o płaz mojego ostrza. Jego dłonie wciąż uniesione były w uspokajającym geście, a na wargach błąkał się ten sam bezczelny uśmiech. Mimo to widziałam, że boi się o swoje życie.
Słusznie.
– Szukałem gruczołu jadowego tej wiwerny, którą tak widowiskowo rozszarpałaś kilka godzin temu. Śledziłem cię – przyznał bez bicia, a jego ciemne oczy ani na moment nie uciekły od mojego spojrzenia. – Gildia w mieście da ci za niego marne grosze. Oszukają cię, zanim w ogóle zdążysz zmyć z siebie resztę krwi. Ale ja... ja wiem, komu możesz to sprzedać za potrójną stawkę.
– Zamieniam się w słuch. I radzę ci mówić szybko, bo moja cierpliwość jest dzisiaj wyjątkowo krótka.
– Lord Vane. Ten fircykowaty arcymag z Obsydianowej Wieży – powiedział Kael, powoli odwracając się w moją stronę. Pozwoliłam mu na to, odsuwając sztylet o milimetr. Teraz klęczał przede mną, z dłońmi wciąż uniesionymi do góry. – Skupuje rzadkie alchemiczne składniki i płaci czystym złotem. Problem w tym, że jego wieża jest zamknięta dla takich prostych najemników jak my. Ma magiczne bariery, których nie sforsujesz mieczem. Ale ja znam słowo klucz, które otwiera główne wrota. Planowałem… skorzystać z twoich talentów i zabrać gruczoł, po czym samemu dobić z nim targu. Ale skoro już tu jesteśmy... proponuję spółkę. Ja daję ci klucz do wieży maga, ty sprzedajesz towar, a potem dzielimy się zyskiem. I, co najważniejsze, zdejmujesz mi tę zabawkę z szyi.
Zapadła cisza, przerywana tylko trzaskiem dogasającego ogniska. Mój wzrok leniwie zjechał po jego twarzy. Miał twardą szczękę pokrytą ciemnym zarostem i usta stworzone do uśmiechania się w najmniej odpowiednich momentach.
Powoli, demonstracyjnie opuściłam sztylet. Kael wypuścił z płuc powietrze, które chyba podświadomie wstrzymywał, i opuścił ręce. Myślał, że wygrał. Uśmiechnął się szerzej i cofnął pół kroku, po czym wstał powoli.
Dopiero teraz, gdy staliśmy naprzeciwko siebie bez groźby natychmiastowej śmierci, pozwolił sobie na dokładne zlustrowanie mojego ciała. A miał na co patrzeć i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Lniana, niedbale narzucona koszula wciąż ociekała wodą ze strumienia, a cienki materiał stał się niemal całkowicie przezroczysty, opinając moje pełne, jędrne piersi i sterczące sutki.
Kael prześlizgnął się wzrokiem po moim płaskim, zarysowanym mięśniami brzuchu, naznaczonym tu i ówdzie drobnymi, srebrzystymi bliznami, by na ułamek sekundy zatrzymać się na szerokich, krągłych biodrach i wyrzeźbionych udach, których materiał nawet nie próbował zasłonić.
Byłam wyższa niż „dama powinna być”, acz wciąż niższa od Kaela. Moje ciało wyrzeźbiły lata walki i morderczych treningów na szlaku, jednak w żaden sposób nie pozbawiło mnie to kobiecych, kuszących kształtów. Gęste, rude jak ogień włosy opadały mokrymi pasmami na kark i ramiona, ostro kontrastując z bladą w świetle ogniska skórą.
Kiedy Kael wreszcie odważył się podnieść wzrok wyżej, napotkał moje oczy – duże, o drapieżnym wykroju i szmaragdowym odcieniu, w których wciąż tańczyły resztki alchemicznego pobudzenia. Zauważyłam, jak jego źrenice gwałtownie się rozszerzyły, a oddech stał się odrobinę płytszy.
– Umowa stoi? – zapytał, choć jego głos był teraz zauważalnie niższy, chropowaty. Oczy dosłownie pożerały mój dekolt. Podeszłam krok bliżej, aż nasze klatki piersiowe prawie się zetknęły.
– Hasło do wieży maga w zamian za to, że wypuszczę cię stąd z głową na karku? – szepnęłam, wsuwając sztylet do pochwy przy udzie. – Umowa stoi. Kupiłeś sobie życie, Kael.
Złodziej uśmiechnął się z ulgą i zrobił ruch, jakby chciał wycofać się w stronę lasu. Nie zdążył.
Moja ręka wystrzeliła do przodu jak żmija. Złapałam go mocno za skórzany kołnierz kurtki i z nadludzką, napędzaną eliksirem siłą pchnęłam do tyłu. Kael potknął się o własne nogi, poleciał na plecy i z głuchym stęknięciem wylądował prosto na moim rozłożonym przy ognisku posłaniu ze skór.
Zanim zdążył chociażby unieść głowę w geście protestu, byłam już na nim. Usiadłam okrakiem na jego biodrach, przygniatając go swoim ciężarem. Przez cienki materiał koszuli od razu poczułam, że mój niespodziewany atak wywołał u niego bardzo konkretną, fizyczną reakcję, której nie dało się ukryć pod spodniami.
– Co ty... – zaczął, opierając się na łokciach. W jego oczach mieszało się zaskoczenie z czystym pożądaniem.
Pochyliłam się nad nim. Rude włosy opadły kurtyną, odgradzając nas od reszty lasu.
– Hasło kupiło ci życie, złodziejaszku – powiedziałam, przesuwając dłonią po jego twardej klatce piersiowej, by zaraz potem zjechać niżej, prosto do klamry paska. – Ale wciąż jesteś mi winien rekompensatę za grzebanie w moich jukach. A tak się składa, że wywar z krwawego korzenia buzuje mi w żyłach i potrzebuję cholernie dobrej rozrywki, żeby w końcu zasnąć. Więc dzisiaj w nocy to ty będziesz moją zapłatą.
Kael patrzył na mnie z dołu. Omiótł wzrokiem moją twarz, ociekającą wodą koszulę i uda zaciskające się na jego biodrach. Jego bezczelny uśmiech powrócił, ale tym razem był o wiele bardziej drapieżny.
– Jeśli to jest twoja definicja wymierzania sprawiedliwości, Liszko – mruknął, kładąc duże dłonie na moich nagich udach i przesuwając nimi powoli w górę – to niech mnie szlag, będę okradał cię każdego pieprzonego dnia.
Nie czekałam na nic więcej. Złapałam go za włosy, przyciągnęłam do siebie i wpiłam się w jego usta. Moje usta zmiażdżyły jego wargi w brutalnym, głodnym pocałunku. Żadnych delikatności. Wywar z Krwawego Korzenia nie pozwalał na subtelności – pompował mi w żyłach czystą, pierwotną żądzę, która po walce z wiwerną potrzebowała rozładowania tak, jak miecz potrzebuje krwi.
Jęknęłam mu prosto w usta, gdy jego język odpowiedział mi z równą siłą, ale to ja dyktowałam tempo. Złapałam go za włosy obiema dłońmi i wpiłam się głębiej, gryząc dolną wargę tak mocno, że poczułam smak jego krwi. Kael wydał z siebie niski, gardłowy pomruk – nie protestu, tylko czystej, zwierzęcej aprobaty.
Jego dłonie wbiły się w moje nagie uda, palce zacisnęły się boleśnie przyjemnie, ale nie próbował mnie zepchnąć. Wręcz przeciwnie – uniósł biodra, ocierając się o mnie twardym, pulsującym wybrzuszeniem pod spodniami.
– Cholera, Liszko… – sapnął, gdy oderwałam się na sekundę, by złapać oddech. Jego oczy płonęły. – Bierz mnie. Całego.
Nie musiał powtarzać dwa razy. Zerwałam się z niego tylko na moment – akurat tyle, by złapać obie połowy jego skórzanej kurtki. Pociągnęłam z całej siły. Skóra trzasnęła, guziki poleciały w trawę, a pod spodem powitała mnie cienka, czarna lniana koszula. Rozerwałam ją jednym szarpnięciem od dekoltu aż po pępek. Materiał rozdarł się z głośnym chrzęstem, odsłaniając twardą, umięśnioną klatkę piersiową pokrytą ciemnymi włoskami i bliznami. Idealne ciało złodzieja i wojownika w jednym.
Kael zaśmiał się chrapliwie, z zachwytem
– Lubię, kiedy jesteś taka… bezpośrednia!
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego zsunęłam się niżej, chwytając klamrę jego pasa. Szarpnęłam. Pasek ustąpił. Spodnie zjechały mu do kolan jednym ruchem, razem z bielizną. Jego kutas wyskoczył na wolność: pulsujący, gruby, już tak cholernie twardy, z nabrzmiałą główką lśniącą od pierwszej kropli.
Wyglądał tak dobrze, że aż ślina napłynęła mi do ust, ale nie miałam czasu na pieszczoty. Eliksir palił mnie od środka. Domagał się akcji. Więcej, więcej, więcej…
Ponownie usiadłam na nim okrakiem. Tym razem nic już nas nie dzieliło. Moja mokra, gorąca cipka otarła się o całą długość jego twardej męskości. Jęknęłam głośno, gdy poczułam, jak pulsuje pode mną, jak ociera się o moją kobiecość nabrzmiałą główką.
Jedną ręką złapałam go za gardło. Niezbyt mocno, bo nie miałam zamiaru go tu udusić, ale wystarczająco, by pokazać, kto tu rządzi. Drugą skierowałam jego kutasa dokładnie tam, gdzie go potrzebowałam. Jęknęłam cicho, czując główkę na wejściu.
Byłam zdecydowanie zbyt napalona dla mojego własnego dobra. Zagryzłam wargę i spojrzałam na Kaela, który obserwował mnie z pewną obawą, ale przede wszystkim: dzikim pożądaniem.
– Patrz na mnie – powiedziałam i przechyliłam lekko głowę na bok. Od razu spojrzał mi prosto w oczy. – Patrz na mnie, złodziejaszku.
Otworzył usta, by coś odpowiedzieć, lecz nie zdążył. Opadłam na niego jednym, pewnym, szybkim ruchem. Wsunął się we mnie niemal do samego końca. Krzyknęłam z rozkoszy i bólu jednocześnie. Był spory, może nie największy, jakiego miałam, ale zdecydowanie należał do tych większych. Rozciągał mnie idealnie.
Kael wygiął się w łuk pode mną. Jego palce wbiły się w moje biodra tak mocno, że wiedziałam, że zostawi ślady. Czy mi to przeszkadzało? Absolutnie, kurwa, nie.
– Liszko, jesteś szalona – wychrypiał, mrużąc oczy. Uśmiechnęłam się do niego drapieżnie.
– To komplement? – zapytałam i zaczęłam go od razu ujeżdżać. Szybko, mocno, bez litości.
– O kurwa, tak – wyrzucił tylko Kael, patrząc na moją cipkę.
– To na pewno wezmę za komplement!
Zaśmiałam się i oparłam obiema dłońmi o jego przyjemną w dotyku klatkę piersiową. Moje biodra poruszały się pewnie i zdecydowanie. Wiedziałam doskonale, czego chcę i czego potrzebuję. Nasze ciała zderzały się ze sobą, wydając przy tym charakterystyczne dźwięki. Te mokre plaśnięcia, które w tym momencie brzmiały cholernie podniecająco.
Każdy ruch w górę i w dół powodował kolejne fale rozkoszy. Moje piersi podskakiwały pod mokrą, przylegającą do ciała koszulą, a sutki przyjemnie tarły się o materiał. Kaelowi obrazek widocznie się spodobał, bo nagle złapał mój biust obiema dłońmi i ścisnął mocno. Mało subtelnie, ale teraz nie potrzebowałam wcale subtelności.
Zaskoczył mnie. Pozytywnie. Myślałam, że nie odważy się mnie ot tak dotknąć. Tymczasem mężczyzna zaczął pieścić piersi, ściskać dłońmi. Kciukami masował twarde sutki. W połączeniu z tarciem materiału było to cholernie przyjemne. Jęknęłam raz, drugi, trzeci. Z każdym coraz głośniej. Byliśmy w końcu w lesie, nie bałam się o świadków.
A zresztą: nawet jakbyśmy byli w karczmie, to zachowywałabym się podobnie, ignorując fakt, że piętro pod nami dziesiątki osób próbuje zjeść w spokoju.
W pewnym momencie jego biodra uniosły się, spotykając moje w pół drogi. Uderzenie było tak mocne, że aż zawyłam. Poczułam nagle uderzenie na tyłku. Ostry dźwięk rozszedł się po okolicy. Kael złapał mnie mocno jedną dłonią za tyłek, rozchylił szerzej i zaczął wbijać się we mnie z dołu – szybko, mocno i cholernie przyjemnie. Jakby znał moje ciało od lat.
Każde pchnięcie trafiało dokładnie tam, gdzie trzeba. Zadrżałam na całym ciele. Moja cipka zaczęła zaciskać się na twardej męskości. Kael uśmiechnął się drapieżnie, a jego oczy błysnęły niebezpiecznie.
– Tak… właśnie tak… – mruknął głosem pełnym zachwytu.
Nie potrzebowałam wiele. Przyjemność rozchodziła się falami po całym moim ciele, niczym gorąco, którego nie da się opanować. Przyspieszyłam, pochylając się nad nim, rude włosy opadły mu na twarz. Złapałam go za ramiona i rżnęłam go jak zwierzę: szybko, głęboko, desperacko. Pot spływał mi po plecach.
Moje jęki przeszły w gardłowe krzyki. Czułam, jak orgazm buduje się w dole brzucha – potężny, brutalny, zwielokrotniony eliksirem. Kael musiał to wyczuć, bo nagle jedną ręką sięgnął między nas i jego kciuk znalazł moją łechtaczkę. Zaczął masować ją w idealnym rytmie moich ruchów – mocno, szybko, bez litości
– Dojdź na mnie – powiedział zaskakująco pewnym głosem. – Chcę to czuć, Liszko. Chcę czuć, jak dochodzisz.
Jak tu odmówić takiej prośbie? Całe ciało zadrżało mi gwałtownie. Krzyk wyrwał mi się z gardła, gdy orgazm uderzył jak fala tsunami. Moja cipka zacisnęła się wokół niego mocno. Wyprostowałam ręce i na chwilę zamarłam, po czym zaczęłam się nabijać na całą jego długość mocnymi, szybkimi ruchami.
Spodziewałam się, oczywiście, orgazmu, ale jak zawsze po eliksirze byłam zaskoczona jego intensywnością. Krzyknęłam krótko, po czym zaczęłam jęczęć… chyba, bo odpłynęłam. Miałam mroczki przed oczami, a kiedy zamknęłam powieki, to barwy eksplodowały mi pod nimi. Nie wiedziałam, czy to ja ujeżdżam Kaela, czy to on mnie pieprzy i nie miało to znaczenia.
Liczyło się tylko to, jak rozkosznie się czułam.
Czy trwało to kilkanaście sekund, czy parę minut – nie miałąm pojęcia. Otrzeźwiałam lekko dopiero wtedy, kiedy mężczyzna złapał mnie obiema rękoma za piersi.
– Liszko, zejdź ze mnie, ja zaraz…
– Nie ma mowy – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się drapieżnie. Złapałam go obiema dłońmi za gardło i zaczęłam bujać się na nim biodrami. – Dojdziesz teraz we mnie, jasne?
Nie odpowiedział. Przynajmniej nie słowami. Ledwie kilka ruchów bioder i poczułam, jak sam dopycha się mocniej. Zamknął oczy i zacisnął moje piersi tak, jakby były jego jedyną kotwicą w rzeczywistości. Trysnął. Raz, drugi, trzeci, nawet czwarty i piąty, albo nawet szósty…
– O kurwa, o kurwa… - wyrzucił z siebie mało przytomnie.
Dobrze się sprawił, więc poruszałam się na nim jeszcze chwilę. W końcu jednak, kiedy jego oddech się uspokoił, opadłam na posłanie obok niego. Zarzuciłam nogę na jego tułów, a paznokciami wodziłam po klatce piersiowej. Objął mnie jednym ramieniem, oddychając ciężko.
Przez chwilę milczeliśmy. Gładził mnie leniwie po plecach pod mokrą koszulą. Miał całkiem przyjemne dłonie, nawet jeśli nie najzwinniejsze.
– Kurwa… – rzucił w końcu, śmiejąc się lekko. – Liszko z Ravari… jesteś najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek ukradłem.
Zamruczałam zadowolona i spojrzałam na niego, mrużąc oczy. Był całkiem przystojny z tej perspektywy. Miał ten surowy wdzięk, który zawsze mnie pociągał.
– Oczywiście, że jestem najlepsza. Śmiałeś myśleć inaczej?
– Życie mi miłe, więc zdecydowanie nie! – Kael zaśmiał się, a ja wraz z nim. – Po prostu… nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, Liszko.
– Takiego, czyli jakiego? – zapytałam, wędrując dłonią w dół. Złapałam półtwardą męskość, wciąż śliską od moich soków i nasienia, po czym zaczęłam ją masować.
– O właśnie takiego… o tak… – zamruczał zadowolony, przymykając oczy.
Ścisnęłam go lekko u nasady, a potem przesunęłam kciukiem po główce, rozsmarowując resztki wilgoci. Kael jęknął cicho, zamykając oczy. Widziałam, jak twardnieje w mojej dłoni, jak nabrzmiewa, rośnie, wypełniając moją pięść.
Kontynuowałam te leniwe, ale pewne ruchy: w górę i w dół, w górę i w dół. Lekko koliście, nieco zmieniając tempo, aby dodać więcej doznań. Jego biodra uniosły się mimowolnie, wpasowując się w rytm. Palcami drugiej ręki dotknęłam jego jaj, masując je delikatnie, czując, jak się napinają. Kael oddychał coraz ciężej, jego dłoń złapała moją za nadgarstek, ale nie po to, by mnie zatrzymać.
– Liszko... cholera, jesteś mistrzynią – wychrypiał, patrząc na mnie przez przymrużone powieki.
Uśmiechnęłam się drapieżnie, przyspieszając ruchy. Jego kutas był ponownie twardy jak skała, pulsujący w mojej dłoni, z główką lśniącą od nowej kropli. Czułam, jak moje własne podniecenie rośnie. Eliksir sprawiał, że sama byłam mokra, gotowa, ale chciałam go podrażnić, zbudować to napięcie.
Po kilku minutach takiej zabawy, kiedy już dyszał głośno, a jego biodra poruszały się w rytm moich ruchów, puściłam go nagle. Kael otworzył oczy, patrząc na mnie z mieszanką frustracji i pożądania.
– Nie przestawaj – sapnął, sięgając po moją rękę.
– O nie, złodziejaszku. Teraz moja kolej na zabawę – powiedziałam, podnosząc się na kolana.
Odwróciłam się do niego tyłem, czując jego głodny wzrok na tyłku. Usiadłam okrakiem na jego biodrach, ale tyłem do jego twarzy. Moja cipka otarła się o twardego kutasa, a ja złapałam go ręką od tyłu, ustawiając tuż przy wejściu.
Opadłam na niego. Tym razem niespiesznie. Powoli. Chciałam poczuć centymetr po centymetrze całą jego długość. Jęknęłam raz, drugi i trzeci, kiedy poczułam dłonie Kaela na pośladkach. Kiedy opadłam do końca, niemal krzyknęłam. W tej pozycji wypełniał mnie cudownie, głęboko, inaczej, niż w poprzedniej.
Poczułam, jak męskie palce wbijają mi się w skórę. Był coraz pewniejszy siebie, nieco brutalniejszy. Podobało mi się to. Zaczęłam się poruszać. W górę i w dół, w przód i tył. Ocierałam się o niego, moja łechtaczka była tak cudownie nabrzmiała…
Każdy ruch był wolny na początek, by poczuć go w pełni. Moje ręce oparłam na jego udach dla równowagi, a włosy opadły mi na plecy. Nie spieszyłam się tym razem. Mokre plaśnięcia naszych ciał rozbrzmiewały w lesie, mieszając się z moimi jękami i jego ciężkimi westchnięciami. Resztki eliksiru wciąż pulsowały we mnie, rozpalając moje zmysły na nowo.
– Kurwa, Liszko, twój tyłek jest idealny – mruknął Kael i sprzedał mi klapsa. Jednego, drugiego i trzeciego, po czym złapał mnie mocno za pośladki.
– Taaak? – zapytałam i obróciłam się do niego z uśmieszkiem. – To śmiało, pobaw się nim. Jest dzisiaj cały dla ciebie.
Kael nie potrzebował więcej zachęty. Jego dłonie zacisnęły się na moich pośladkach, ściskając je mocno, rozchylając, uderzając raz po raz. Czułam każdy palec wbijający się w skórę – boleśnie przyjemnie, zostawiając ślady, które jutro będą sinieć. Czy myślałam o tym w tym momencie? Ledwo co, bo skupiałam się na przyjemności.
Było mi tak dobrze…
Zaczęłam ujeżdżać go wolniej, głębiej. Każdy ruch w dół był powolny, celowy, jakbyśmy mieli dla siebie cały czas na świecie. Opadałam na niego do samego końca, czując, jak kutas wypełnia mnie przyjemnie, pulsuje w środku. Potem unosiłam się równie leniwie, zaciskając mięśnie, by go ścisnąć, by poczuł każdy centymetr.
Jęknęłam cicho, czując, jak nagle zaczął pulsować we mnie mocniej. Zdecydowanie reagował na moje ruchy. Kael zresztą nie pozostał długo bierny. Jego biodra unosiły się lekko, spotykając mnie w pół drogi, ale nie spieszył się. To było jednocześnie mocne, bo każde zderzenie naszych ciał było głębokie, wstrząsające, ale przy tym powolne. Jak taniec, w którym każdy krok stopniowo buduje napięcie.
Jego ręce wędrowały po moim tyłku, masując, klepiąc raz po raz, nie za mocno, ale wystarczająco, by wysłać dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Jeden klaps, drugi, trzeci – każdy głośny, echo roznoszące się po lesie.
– Tak... właśnie tak... – mruknęłam, odchylając głowę do tyłu.
Moje włosy falowały z każdym ruchem, a piersi podskakiwały lekko pod koszulą. Czułam, jak eliksir potęguje wszystko: każdy dotyk, każdy puls, każdą falę ciepła rozchodzącą się po brzuchu. Przyspieszyłam minimalnie, ale wciąż utrzymywałam powolne tempo. Kręciłam biodrami, jak byłam w górze, ocierając się o niego w kołach, czując, jak główka kutasa przyjemnie ociera się o moje czułe punkty.
Moja łechtaczka tarła się o szorstką skórę przy każdym opadaniu, dodając iskry rozkoszy. Kael jęknął gardłowo, jego palce wbiły się głębiej, rozchylając mnie szerzej. Czułam, jak patrzy, jak podziwia widok – to tylko mnie nakręcało.
Kontynuowałam tak niespiesznie, budując powoli rozkosz w nas obojgu. Moje oddechy stawały się cięższe, jęki głośniejsze. Ciało drżało lekko z wysiłku i podniecenia. On zaczął mruczeć coś pod nosem: słowa pochwały, przekleństwa, ale nie słuchałam. Skupiałam się na rytmie: w dół, w górę, w przód i w tył. Mocno, głęboko, bez pośpiechu.
W końcu poczułam, jak orgazm zaczyna się budować. Inaczej niż wcześniej. Eliksir wciąż go potęgował, lecz tym razem to kontrolowałam… częściowo. Wolno, jak fala przypływu, która narasta stopniowo, ale nieubłaganie, szczyt rozkoszy zbliżał się, obejmując wszystkie zmysły.
Moje ruchy stały się bardziej desperackie, choć wciąż powolne. Każde opadnięcie było mocniejsze, każde uniesienie dłuższe. Słyszałam, jak Kael oddycha coraz ciężej, jak jego ruchy na moim tyłku stają się coraz bardziej chaotyczne, a klapsy mocniejsze.
Podobało mi się to. Oj zdecydowanie mi się to podobało.
Oparłam się mocniej jedną ręką o jego udo, a drugą sięgnęłam do łechtaczki. To było jak iskra w magazynie prochu. Leciutki dotyk wystarczył, abym nagle eksplodowała. Instynktownie, jak dzikie zwierzę szukające ujścia dla swoich popędów, przyspieszyłam ruchy bioder. Wciąż poruszałam się mocno i pewnie, nabijając się do samiutkiego końca, lecz nie budowałam już żadnego napięcia. Po prostu pozwalałam, aby zmysły ogarnęły całe moje ciało.
Orgazm był jednocześnie szybki, jak i powolny. Pierwsza fala uderzyła mnie i ponownie sprawiła, że miałam mroczki przed oczami. Moja cipka zaciskała się wokół twardej męskości coraz mocniej, fale rozkoszy narastały i opadały, rozchodząc się po całym ciele.
Druga “część” orgazmu rozlała się inaczej. Jak gorąca woda, która wypełniła moje ciało przyjemnością, jak i błogim spokojem. Tym razem nie krzyczałam, tylko jęczałam zmysłowo. Wciąż poruszając biodrami, doprowadzałam się do szczytów przyjemności. Ten typ orgazmu był mniej dziki i bardziej okiełznany, niż pierwszy, a przy tym był zdecydowanie przyjemniejszy.
Trwało to długo. Przedłużam to cudowne uczucie, nabijając się na Kaela raz po raz. W końcu opadłam do przodu, dysząc ciężko, a jego męskość wysunęła się ze mnie. Dłonie ułożyłam sobie na piersiach, skubiąc sutki, aby dostarczyć sobie jeszcze chwili przyjemności.
Kael jednak nie dał mi odpocząć. Nagle ponownie poczułam dłoanie na pośladkach. Jeden klaps, potem drugi. Jęknęłam i spojrzałam przez ramię na niego zdziwiona. Miał chłop kondycję! Złapał mnie mocno za biodro jedną ręką i podciągnął tak, żebym miała tyłek wysoko.
– Chyba nie myślałaś, że na tym skończymy, co? – zapytał z uśmieszkiem i raz jeszcze mnie uderzył.
– Och… szczerze to tak myślałam, ale możesz mi udowodnić, że się myliłam.
Nie potrzebował większej zachęty. Pewnie nie potrzebował żadnej, prawdę mówiąc.
Kael zaśmiał się chrapliwie. Jego głos był pełen tej surowej, męskiej pewności, która sprawiała, że dreszcz przebiegał mi po plecach. Jego dłonie, duże i szorstkie, pokryte bliznami, złapały mnie za biodra z taką siłą, że aż syknęłam z mieszanki bólu i podniecenia.
Podciągnął mnie wyżej, zmuszając, bym wygięła się w łuk, tyłek wypięty w jego stronę, kolana i dłonie wbite w wilgotną trawę. Czułam chłód nocy na skórze, kontrastujący z gorącem, które wciąż paliło we mnie od eliksiru.
Byłam mokra, rozpalona, gotowa na więcej – a on to wiedział i doskonale to wykorzystywał. Klepnął mnie po raz kolejny, jakby zaznaczając swoją obecność.
– Udowodnię ci, Liszko – mruknął gardłowo w taki sposób, że aż dreszcze przebiegły mi wzdłuż kręgosłupa.
Złapał mnie mocno za tyłek jedną ręką. Drugą przejechał po moich plecach. Od tyłka, przez dolne plecy, po mokrej koszuli, aż do karku. Ścisnął mnie nagle w tym miejscu, a ja zamruczałam zadowolona i pomachałam lekko tyłkiem, ocierając się o twardą męskość.
Poczułam główkę jego kutasa ocierającą się o moją cipkę. Tym razem to on się nie spieszył. Drażnił mnie, poruszając powoli biodrami przód i tył. Ocierał się o moją cipkę, zahaczał o łechtaczkę, co wywoływało we mnie jęki i westchnięcia. Które widocznie Kaela nakręcały, bo jego kutas pulsował raz po raz, ocierając się o mnie jeszcze przyjemniej.
W końcu wszedł. Jednym, mocnym pchnięciem, głęboko, aż po same jaja. Krzyknęłam krótko, czując, jak rozciąga mnie na nowo i zacisnęłam dłonie na trawie. W tej pozycji czułam go absolutnie idealnie. Uwielbiałam być brana od tyłu. Kael zresztą widocznie też lubił tę pozycję.
Świat wirował mi przed oczami, kiedy poczułam dłoń, wplatającą się w moje włosy. Jęknęłam z bólu, ale pozwoliłam mu na to. Kael złapał mnie za włosy i pociągnął mocno do tyłu, zmuszając mnie, abym się wygięła. Podniosłam się na czworaka, opierając się na wyprostowanych rękach. Mój “złodziejaszek” tym razem dominował całkowicie. Jego biodra uderzały o mój tyłek z głośnym klaskaniem. Mocno, rytmicznie i bez litości
Każde pchnięcie było głębokie, wstrząsające, jakby chciał mnie naznaczyć, jakby chciał, żebym poczuła go w każdym skrawku rozpalonego ciała. I po prawdzie: szło mu to znakomicie. Jednak nie mogłam mu tego wprost powiedzieć, prawda?
– Rżnij mnie, złodzieju, rżnij – rzuciłam, patrząc przed siebie i zagryzając wargi.
Powiedziałam to pewnym głosem, ale w środku się rozpływałam. W odpowiedzi poczułam kolejne dwa klasy na oba pośladki. Kael zacisnął stanowczo dłoń na moich włosach i ciągnął za nie za każdym razem, wbijając się we mnie kutasem. Tak, tak, tak… to było boskie…
– Lubisz to, co? – wysapał ciężko, głosem drżącym od wysiłku i zwierzęcego podniecenia.
Przyspieszył po chwili, wbijając się we mnie zdecydowanymi, długimi ruchami. Moje piersi kołysały się pod koszulą. Sutki znowu miałam twarde jak małe kamyczki, które ocierając się o materiał, dostarczały mi ponownie przyjemności. Wolną dłonią Kael błądził po moim ciele tak, jakbym już cała należała do niego.
Nie przeszkadzało mi to, a wręcz przeciwnie. Ból mieszał się z rozkoszą, eliksir potęgował to wszystko, sprawiając, że fale ciepła rozchodziły się po brzuchu, po udach, po całym ciele.
Jęczałam głośno, nie hamując się wcale a wcale. Las był naszym świadkiem, a ja nie dbałam o nic poza tym, aby dostarczyć sobie jak najwięcej rozkoszy. Sama zaczęłam odpychać się od Kaela, dostosowując się do jego rytmu. Moja cipka zaciskała się raz po raz, a soków z niej spływało tyle, iż uda miałam już całe mokre.
Mimo to złodziejaszek kontrolował tempo tym razem, a nie ja.tym rytmem. Czułam, jak pulsuje we mnie, jak jego dłoń niecierpliwie pieści moje ciało. Czasem zwalniał, czasem przyspieszał, wsuwał się raz cały, raz tylko do połowy, po czym nagle uderzał mnie mocno w tyłek. Jego dłoń na moich włosach ciągnęła mocniej, zmuszając, bym patrzyła w gwiazdy nad nami, a druga wędrowała po moim ciele: po plecach, po tyłku, klepiąc ostro, zostawiając piekące ślady.
Nasze spocone ciała splątały się w tym dzikim, zwierzęcym tańcu. Moje jęki przeszły w gardłowe pomruki, czułam, jak kolejny orgazm buduje się we mnie, wolno, ale nieubłaganie. Kael przyspieszył, jego pchnięcia stały się brutalniejsze, głębsze. Sięgnął pode mnie dłonią, kciukiem masując moją łechtaczkę w rytm ruchów. Mocno i szybko, bez zbędnych delikatności.
Nie potrzebowałam dużo. Eksplodowałam, drżąc na całym ciele, cipka zacisnęła się wokół niego po raz kolejny tego wieczoru. Fale rozkoszy przetaczały się przeze mnie. Drżałam na całym ciele, od stóp przez biodra i brzuch aż po głowę. Trzeci orgazm był już nieco słabszy od drugiego, ale wciąż przywitałam go z radością.
Kael w tym czasie wcale nie przestawał. Rżnął mnie dalej, jakbym była jego zabawką. Trzymał mnie mocno, wbijając się we mnie dalej, przedłużając moje drżenie. Jego oddech był ciężki, chrapliwy, dłonie niecierpliwe. Już nie trzymał mnie za tyłek czy włosy, po prostu błądził po całym moim ciele, uderzając moje pośladki raz po raz.
Nagle wysunął się ze mnie i odsunął lekko. Zdezorientowana spojrzałam za siebie. Nie zdążyłam nic powiedzieć, a on stanął nade mną i złapał mnie za włosy. Odchylił moją głowę do tyłu, a ja posłusznie klęknęłam, patrząc na niego z dołu.
Jego oczy płonęły, twarz miał wykrzywioną pożądaniem. Wyglądał z tej perspektywy i w tej chwili wyjątkowo apetycznie.
– Otwórz usta – rozkazał niskim, gardłowym głosem.
Masturbował się drugą ręką tuż przy moich wargach. Otworzyłam je posłusznie i złapałam go jedną dłonią za jaja, masując je okrężnymi ruchami. Nie potrzebował wiele.
Masturbował się szybko i mocno, patrząc mi w oczy. Po chwili jęknął głośno, a całe jego ciało napięło się od stóp po czubek głowy. Trysnął nagle. Gorący, gęsty strumień trafił mi prosto do ust. Byłam zaskoczona objętością. Myślałam, że po jednym wytrysku będzie tego mniej, lecz Kael widocznie był mężczyzną wielu sekretów.
– Bierz to, Liszko, bierz – warknął na mnie, a ja go grzecznie słuchałam.
Kolejny strzał, potem trzeci. Miał słony, nieco nieprzyjemny smak, jednak w po orgazmicznym szaleństwie zupełnie nie zwracałam na to uwagi. Połknęłam, co mogłam, a ostatnie dwa strzały wylądowały już na moich wargach.
Kiedy Kael skończył dochodzić, odetchnął głęboko i strzepnął kutasa. Resztki spermy trafiły na moją twarz. Zebrałam wszystko palcem i wsunęłam do ust, po czym uśmiechnęłam się do niego. Polizałam półtwardego już kutasa, po czym zassałam lekko główkę. Kael zadrżał i przymknął oczy.
– Kurwa, Liszko… Jesteś obłędna, nie wiem, jak…
– Ty też jesteś niczego sobie – przerwałam mu, nim zdołał cokolwiek więcej powiedzieć.
Tego wieczoru, tej nocy, nie potrzebowaliśmy już więcej słów.
Słońce ledwo zdążyło musnąć wierzchołki sosen, gdy otworzyłam oczy. Obudziłam się gładko, nawet drżeniem nie zdradzając, że byłam w pełni świadoma. Zazwyczaj wstawałam od razu, ale tym razem postanowiłam nieco zamarudzić i nie zrywać się jak dzika na równe nogi.
Leżałam na boku, przyciśnięta plecami do ciepłej, nagiej klatki piersiowej Kaela. Jego ciężkie ramię wciąż spoczywało na mojej talii, a dłoń leniwie opierała się na brzuchu. Było mi tak cholernie wygodnie, że aż samej trudno było mi w to uwierzyć. Wywar z krwawego korzenia wreszcie przestał buzować w moich żyłach, zostawiając po sobie przyjemne uczucie satysfakcji i całkowitego fizycznego rozluźnienia.
Obróciłam się powoli w jego ramionach, żeby na niego spojrzeć. Złodziej wciąż spał. Bez tego swojego bezczelnego uśmieszku, z rozrzuconymi ciemnymi włosami i zarostem, wyglądał równie przystojnie, co wczoraj. Przesunęłam palcem po głębokich zadrapaniach na jego ramieniu – pamiątkach po tym, jak wbijałam w niego paznokcie ubiegłej nocy. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Mój dotyk musiał go wybudzić, bo jego powiek drgnęły, a dłoń na mojej talii odruchowo przyciągnęła mnie bliżej. Otworzył jedno oko i spojrzał na mnie zaspanym, ale ciepłym wzrokiem.
– Dzień dobry, Liszko – zamruczał nisko, głosem zdartym od nocnych krzyków. – Myślałem, że obudzę się sam, z poderżniętym gardłem i pustymi kieszeniami.
– Z takimi umiejętnościami, jakie zaprezentowałeś w nocy? Byłabym kretynką, gdybym cię zabiła – parsknęłam śmiechem, opierając brodę na jego klatce piersiowej. – A co do kieszeni, to sam wiesz, że nie miałeś w nich nic ciekawego. W przeciwieństwie do tego, co kryło się pod spodem.
Kael zaśmiał się chrapliwie i wsunął dłoń w moje rude włosy, mierzwiąc je lekko.
– Eliksir odpuścił? – zapytał, przyglądając mi się badawczo.
– Odpuścił – przyznałam, przeciągając się leniwie, aż moje nagie piersi otarły się o jego brzuch. Zauważyłam, jak jego wzrok natychmiast uciekł w dół, a w jego oczach znów zapaliła się ta znajoma iskra. – Ale to nie znaczy, że przestałeś mi się podobać, złodziejaszku. Po prostu teraz mam kontrolę nad tym, kiedy i gdzie zedrę z ciebie ubranie.
Złożył krótki, ale bardzo przyjemny pocałunek na moim czole, po czym westchnął z udawanym żalem.
– Kusząca propozycja. Czy to oznacza, że…
– Nie ma mowy – przerwałam mu i cmoknęłam krótko w usta. – Lubię się z tobą pieprzyć, Kael, ale jestem chciwą materialistką.
Mężczyzna zaśmiał się lekko, po czym przeciągnął się i złapał mnie ponownie. Wiedziałam, że miał ochotę na więcej i po prawdzie też miałam. Jednak najpierw pieniądze, potem przyjemności.
– Niech ci będzie, Liszko. W takim razie, jeśli chcemy złapać arcymaga Vane'a w dobrym nastroju, musimy ruszać. Skurczybyk zamyka się w swoim laboratorium przed południem i udaje, że nie istnieje.
Szybko wygrzebałam się z futer. Poranek był chłodny, ale szybko naciągnęłam na siebie skórzane spodnie i tunikę. Kael też się ubrał, z niemałym żalem oglądając rozerwaną przeze mnie koszulę. Rzuciłam mu z juków kawałek suszonego mięsa i bukłak z wodą. Zjedliśmy szybkie, improwizowane śniadanie, siedząc ramię w ramię przy wygasłym ognisku, jakbyśmy znali się od lat, a nie od wczoraj.
Kiedy ruszyliśmy w drogę, las tętnił już życiem. Kael narzucił równe, szybkie tempo, ale poruszał się przy tym niemal bezszelestnie. Z każdym kilometrem przekonywałam się, że to nie jest zwykły rzezimieszek z rynsztoka.
– Skąd w ogóle znasz hasło do wieży kogoś takiego jak Lord Vane? – zapytałam w końcu, przeskakując nad zwalonym pniem. – Magowie raczej nie dzielą się takimi informacjami w podrzędnych karczmach.
Kael zerknął na mnie przez ramię, uśmiechając się cwaniacko.
– W karczmach nie. Ale jego młodszy uczeń bardzo lubi obstawiać walki psów w niższym mieście. I bardzo nie lubi przegrywać. Kiedy zaciągnął u mnie dług, który wielokrotnie przewyższał jego możliwości, uznałem, że hasło do wieży mistrza będzie uczciwą zapłatą.
– Jesteś lichwiarzem? – uniosłam brew, zrównując z nim krok.
– Nazywam to „inwestycjami podwyższonego ryzyka” – powiedział lekkim tonem i puścił do mnie oko. – Poza tym, Vane ma w swojej kolekcji kilka zabawek, na które mam kupców. Twój gruczoł wiwerny to idealny pretekst, żeby dostać się do środka jako oficjalny gość i trochę się tam rozejrzeć.
Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową.
– Jeśli przez twoje lepkie rączki ten fircyk zamieni nas w garstkę popiołu, to przysięgam, Kael, że znajdę cię w zaświatach i skopię ci tyłek.
– Urocza wizja – odparł, zwalniając krok i przepuszczając mnie przodem na wąskiej ścieżce. Wyraźnie poczułam, jak jego wzrok zjeżdża na mój tyłek opięty skórzanymi spodniami. – Zawsze możesz mnie nawiedzać jako duch. W ogóle nie będę protestował.
Podróż mijała nam na takich właśnie przepychankach. Opowiadałam mu o zleceniu na wiwernę i o tym, jak bydlak omal nie odgryzł mi głowy, na co on rewanżował się historiami o włamaniach do miejskich skarbców. Był czarujący, bystry i nie próbował zgrywać wielkiego bohatera czy legendarnego złodzieja, co niesamowicie mi odpowiadało.
Chociaż parę razy skłamał… chyba. Tak mi się wydawało. Czasem trudno było stwierdzić, co dokładnie ma na myśli.
Kiedy słońce zaczęło zbliżać się do zenitu, zatrzymaliśmy się nad niewielkim, wartkim strumieniem. Zmyłam z twarzy kurz z drogi, a Kael napełnił nasze bukłaki. Usiadł obok mnie na trawie, tak blisko, że nasze ramiona się stykały.
– Wiesz, Liszko... – zaczął, patrząc na nurt wody, a jego ton nagle stał się trochę poważniejszy. – Zazwyczaj po takich nocach jak wczorajsza, najemnicy mojego fachu i łowcy twojego fachu idą w swoje strony i udają, że się nie znają.
Odwróciłam głowę w jego stronę. Miał na twarzy lekki uśmiech, ale w oczach widziałam szczere pytanie o to, na czym stoimy. Oparłam dłoń na jego udzie, wsuwając palce nieco wyżej, tuż pod krawędź jego tuniki.
– Zazwyczaj nie trafiam na facetów, którzy potrafią dotrzymać mi kroku w łóżku i w drodze – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Nie obiecuję ci miłości po grobową deskę, Kael. Ale dopóki dobrze nam się współpracuje na różnych frontach, nie widzę powodu, żebyśmy mieli się rozstawać zaraz po wyjściu z wieży.
Jego uśmiech poszerzył się, wracając do tego bezczelnego, pełnego pewności siebie wyrazu, który tak bardzo lubiłam. Nakrył moją dłoń swoją.
– W takim razie lepiej zróbmy dobre wrażenie na tym magu, żebyś szybko zarobiła swoje złoto. Bo po tym, co wczoraj pokazaliśmy, zacząłem odczuwać pewne braki kondycyjne, które chętnie bym z tobą potrenował.
Zanim zdążyłam rzucić mu jakąś ciętą ripostę, Kael wstał i pociągnął mnie za rękę w górę. Wskazał palcem między rzednące drzewa.
– Zresztą, koniec obijania się. Jesteśmy na miejscu.
Spojrzałam w tamtym kierunku. Ponad koronami dębów wznosiła się potężna, idealnie gładka iglica z czarnego obsydianu. Wieża arcymaga Lorda Vane'a.
Z bliska robiła jeszcze bardziej upiorne wrażenie. Gładki, czarny obsydian zdawał się pochłaniać światło słoneczne, a wokół potężnych, okutych żelazem dębowych wrót wyczuwałam wyraźne mrowienie w powietrzu. Zapach ozonu – znak rozpoznawczy silnych barier magicznych – drażnił moje wyczulone nozdrza.
Kael podszedł do samych drzwi, z absolutnym spokojem ignorując fakt, że jedno niewłaściwe słowo mogło zamienić go w kupkę dymiącego popiołu. Odkaszlnął, poprawił kołnierz swojej podartej koszuli, jakby szykował się na audiencję u króla, i wypowiedział hasło, wyraźnie akcentując każdą sylabę:
– Cień w obsydianie krwawi złotem.
Przez ułamek sekundy nic się nie działo. Złapałam mocniej rękojeść miecza, gotowa do uniku, gdyby bariera postanowiła nas zaatakować. Jednak powietrze nagle zafalowało, zapach ozonu zniknął, a ciężkie wrota z cichym, wręcz nienaturalnym sykiem otworzyły się do wewnątrz.
Złodziej odwrócił się do mnie, posyłając mi szeroki, triumfalny uśmiech i zapraszającym gestem dłoni wskazał wejście.
– Panie przodem.
Środek wieży ostro kontrastował z surowością naszej leśnej przeprawy. Ba, kontrastował nawet z samym wyglądem budynku z zewnątrz. Znaleźliśmy się w rozległym, okrągłym holu, którego podłogę wyłożono dywanami. Ściany zdobiły regały uginające się pod ciężarem starożytnych woluminów, a w powietrzu unosiły się lewitujące, kryształowe kule, rzucające ciepłe światło. Tu i ówdzie znajdowały się niewielkie sofy czy fotele.
Sam hol mógłby posłużyć za domostwo dla całej chłopskiej rodziny. Jednak wbrew moim obawom i reputacji Vane’a, nie było tu obrzydliwie bogato. Nawet mi się tu podobało. Kaelowi zresztą też, chociaż z innego powodu. Szybko zauważyłam, jak jego wzrok począł biegać po pomieszczeniu, taksując wartość srebrnych świeczników i zdobionych szkatułek.
Zrobił krok w stronę najbliższego regału, wyciągając dłoń.
– Jeśli dotkniesz tego srebra, przysięgam na wszystkie demony otchłani, że zamienię twoje palce w popiół.
Głos był niski, szorstki i pozbawiony chociażby cienia arystokratycznej maniery. Brzmiał jak warknięcie kogoś, komu właśnie przerwano niesamowicie ważną pracę.
Spojrzałam w stronę krętych schodów ukrytych w cieniu. Spodziewałam się zobaczyć uperfumowanego lorda w jedwabiach, obwieszonego sygnetami jak choinka. Zamiast tego po spiralnych stopniach schodził mężczyzna, który wyglądał, jakby od trzech dób nie opuszczał kuźni.
Lord Vane miał na sobie proste, ciemne spodnie i rozchełstaną pod szyją, lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami. Jego umięśnione przedramiona pokrywały wyblakłe, srebrzyste blizny i skomplikowane runiczne tatuaże. Dłonie miał ubrudzone zaschniętym atramentem i drobinami czegoś, co wyglądało jak siarka. Ciemne, opadające na czoło włosy były niedbale związane rzemieniem na karku.
Oprócz tatuaży tym, co nade wszystko zdradzało jego potęgę, były oczy. Jasne, przenikliwe, niemal lśniące własnym światłem, które teraz wpatrywały się w nas z mieszanką absolutnej wściekłości i wyczerpania.
Kael uśmiechnął się niewinnie i szybko cofnął dłoń.
– Również miło cię widzieć, milordzie.
Vane zignorował go całkowicie. Przeniósł wzrok na mnie, zjeżdżając spojrzeniem po moich zakurzonych butach, skórzanych spodniach i mieczu przy pasie.
– Czego tu chcecie? – warknął, stając na najniższym stopniu. – Bariera miała odsiewać natrętów, a tymczasem wpuszcza mi do salonu najemników i rynsztok. Wynoście się, zanim użyję was jako nawozu do moich mandragor. Zepsujecie mi stabilizację mikstury.
Zamiast wdawać się w pyskówki, zrobiłam to, co umiem najlepiej: przeszłam do interesów. Zrobiłam dwa pewne kroki do przodu, ignorując jego mordercze spojrzenie, i rzuciłam na najbliższy, solidny dębowy stół krwawiący, skórzany worek.
Materiał klasnął głucho o blat. Vane aż drgnął, a wokół jego palców zatańczyły błękitne iskry, gotowe do ataku. Zanim jednak rzucił zaklęcie, specyficzny, cierpki zapach krwi wiwerny dotarł do jego nozdrzy. Iskry zgasły.
– Mniej gadania, magu, a więcej interesów – powiedziałam chłodno, stając w lekkim rozkroku z dłońmi skrzyżowanymi na klatce piersiowej. – Masz tu nienaruszony, świeży gruczoł jadowy dorosłej wiwerny. Czyste cięcie. Zero uszkodzeń tkanki. Wiem, że skupujesz takie rarytasy i wiem, ile są warte. Płacisz złotem, i to od ręki, a my zabieramy nasz zapach z powrotem do lasu.
Mag zmarszczył brwi. Podszedł bliżej stołu, wyraźnie zaciekawiony. Jego kroki były bezszelestne pomimo ciężkich butów. Powoli rozwiązał rzemień worka. Kiedy zobaczył pulsujący, fioletowawy organ, jego irytacja wyparowała w ułamku sekundy, ustępując miejsca czystej, profesjonalnej fascynacji.
– Niesamowite... – mruknął bardziej do siebie niż do nas. Przesunął palcami milimetry od tkanki, sprawdzając jej aurę. – Cięcie wykonane precyzyjnie między kręgami, bez naruszenia błony z jadem. Zazwyczaj bezmózgie rębajły przynoszą mi posiekane na miazgę resztki. A potem żądają fortuny.
– Jestem Kira, zwana Liszką z Ravari – odpowiedziałam śmiałym głosem, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. – Nie jestem amatorką.
Podniósł głowę i spojrzał na mnie, tym razem z wyraźnym zainteresowaniem. Omiótł mnie wzrokiem, zatrzymując się na ułamek sekundy na moim dekolcie, po czym wrócił do oczu. Poczułam dziwny, przyjemny dreszcz na karku. To nie był fircyk. To był drapieżnik, tylko polujący w swoim własnym, zamkniętym laboratorium.
– Słyszałem o tobie. Jesteś ciekawą osobą, Kiro z Ravari – powiedział wolniej, a jego głos wibrował niskim tonem. – Złoto mam na górze. Ty, najemniczko, pójdziesz ze mną. Muszę zważyć organ i sprawdzić stężenie toksyn. A twój... – rzucił okiem na Kaela – ...wytrych zostanie tutaj. I radzę mu usiąść na kanapie i trzymać ręce na widoku.
Kael uśmiechnął się krzywo, wzruszając ramionami, po czym ciężko opadł na najbliższy welurowy fotel.
– Będę grzeczny jak aniołek.
Kiedy Vane odwrócił się i ruszył z powrotem po schodach, rzuciłam złodziejowi krótkie spojrzenie. Ten przyglądał się czemuś na regale. Czemu dokładnie: nie chciałam wiedzieć.
Chwyciłam worek z gruczołem i ruszyłam w górę, wpatrując się w szerokie, spięte plecy maga. Moje eliksiry przestały działać rano, ale ten szorstki facet niespodziewanie obudził we mnie zupełnie inny, naturalny apetyt. Zdecydowanie miałam zamiar sprawdzić, czy pod tymi wszystkimi runicznymi tatuażami kryje się coś więcej niż tylko arogancki naukowiec.
---
Spodobało Ci się spotkanie z Liszką? To dopiero rozgrzewka przed tym, co czeka ją dalej!
Historia, którą właśnie przeczytałeś, to tylko pierwszy rozdział sagi. Pełna wersja e-booka „Kroniki Liszki: Głód Krwi” to ponad 130 stron mrocznej przygody, surowej alchemii i jeszcze odważniejszych scen, których ze względu na regulaminy nie mogę opublikować tutaj w całości.
W pełnym e-booku znajdziesz:
🔥 Ciąg dalszy: Co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami pracowni arcymaga Vane'a? (Spoiler: to, co działo się z Kaelem, było tylko wstępem).
⚔️ Pościg i zemsta: Jak Liszka wytropiła złodziei i jak krwawy finał czeka ich na Szlaku Skowytu?
🔞 Brak cenzury: Gęste, surowe opisy i pełna wersja epilogu, która otwiera drogę do mroźnego Norvaldu.
Link w moim profilu!
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
abigail
Nadalia
@abigail coś nie tak? 😅
abigail
@Nadalia chyba nie tak
Ale to nie tak jak myślisz. Po prostu ja nie jestem fanką opowiadań SF, moje zdziwienie polegało raczej na tym, że mimo wszystko mi się podoba
abigail
@Nadalia zresztą wiedziała byś o tym gdyby można było podejrzeć kto zaznacza na tak przy pytaniu czy opowiadanie ma być publikowane
Nadalia
@abigail to akurat jest fantasy, nie sci-fi :> Sci-fi to też nie mój konik. Ale dziękuję bardzo za miłe słowa 🤍 Cieszę się, że się spodobało!
abigail
@Nadalia jak zwał tak zwał ważne że się dogadałyśmy
WOczekiwaniu
Ruda Nimfetka była dobra, ale to jest zdecydowanie lepsze, przede wszystkim fajny klimat no i duża dawka ciekawie opisanego seksu. Masz talent.
Nadalia
@WOczekiwaniu dziękuję bardzo i zapraszam po więcej! 🤍