Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

MONSTRA I POTWORY Cz. 2 Wykorzystana do cna

MONSTRA I POTWORY Cz. 2 Wykorzystana do cnaMarta wciąż drżała, kolana jej się uginały, a sznury wrzynały się w nadgarstki za każdym razem, gdy próbowała złapać oddech. Lepka, gorąca sperma trolla ściekała jej po wewnętrznej stronie ud, kapała na zimne kamienie lochu, tworząc małe, parujące kałuże. Stwór nie odsunął się. Wręcz przeciwnie – jego szorstkie, czarne łapy zacisnęły się mocniej na jej biodrach, unosząc ją kilka centymetrów nad ziemię, jakby była szmacianą lalką.

– Jeszcze… – warknął gardłowo, a z jego krtani wydobył się dźwięk przypominający jednocześnie charkot i basowy pomruk lawiny. – Jeszcze nie koniec, mała suczko, jeszcze mnie trochę poczujesz...
Jego drugi, wciąż twardy członek – cieńszy, ale wyraźnie dłuższy i pokryty pulsującymi żyłami – uniósł się w górę i dotknął jej brzucha. Marta instynktownie próbowała się cofnąć, ale nie miała dokąd. Plecy oparła o wilgotną, omszałą ścianę, a potwór pochylił się niżej. Wielki, płaski język przejechał po jej szyi, zostawiając za sobą smugę śliny i zapachu mokrej ziemi.
Nagle usłyszała nowy dźwięk – chrobotanie pazurów i ciche, świszczące oddechy. Z bocznego korytarza wyłoniły się dwie kolejne sylwetki. Mniejsze od pierwszego trolla, ale wciąż przerażająco masywne. Jeden miał skórę w odcieniu zgniłej zieleni, drugi niemal czarną jak smoła. Obaj dyszeli ciężko, a ich oczy lśniły w półmroku tym samym głodnym, pomarańczowym blaskiem.

– Podziel się, masz taką smakowitą sunię… to daj nam jej pokosztować! – warknął zielony, oblizując wargi czarnym językiem.

Pierwszy troll prychnął, ale nie puścił Marty. Zamiast tego obrócił ją gwałtownym ruchem – teraz stała twarzą do ściany, piersi przyciśnięte do zimnego kamienia, pupa wypięta do tyłu. Sznury napięły się boleśnie, gdy szarpnęła się odruchowo.
Czarny troll podszedł pierwszy. Nie tracił czasu na pieszczoty – jednym ruchem rozdarł resztki jej czerwonej spódniczki, a potem jednym pchnięciem wszedł w nią od tyłu. Marta krzyknęła, ale krzyk szybko przeszedł w zduszony jęk, bo jednocześnie pierwszy stwór złapał ją za włosy i wepchnął jej swojego wciąż śliskiego, ogromnego kutasa między wargi.

– Ssij – warknął. – Albo zacznę od nowa.
Nie miała wyboru. Jej usta rozciągnęły się do granic możliwości, policzki zapadły się, gdy próbowała objąć go wargami. Smak był słony, gorzki, metaliczny – mieszanka jego spermy, jej soków i czegoś dzikiego, zwierzęcego. Łzy płynęły jej po policzkach, tusz spływał czarnymi smugami.Tymczasem zielony troll uklęknął przed nią. Jego pazury rozdarły resztki koronkowego stanika, odsłaniając piersi. Chwycił je mocno, a potem – ku jej przerażeniu i wstydliwej fali gorąca, która przeszła przez podbrzusze – zaczął ssać sutki, na przemian gryząc i liżąc. Jego zęby zostawiały czerwone ślady.Trzy potwory pracowały w brutalnym, zwierzęcym rytmie. Jeden rżnął ją od tyłu, drugi wypełniał jej usta, trzeci maltretował piersi i brzuch szorstkim językiem. Marta czuła, jak jej ciało zdradza ją na każdym kroku – mięśnie pochwy zaciskały się mimowolnie na czarnym członie, biodra drgały wbrew jej woli, a z gardła wydobywały się coraz bardziej zduszone dźwięki.
W pewnym momencie pierwszy troll złapał ją za gardło – nie mocno, ale wystarczająco, żeby poczuła, kto tu rządzi.

– Zaraz cię napełnimy wszyscy naraz – wysyczał. – I wtedy dopiero zacznie się prawdziwa zabawa.
Zielony odsunął się na moment, tylko po to, by chwycić jej nogi i rozłożyć je jeszcze szerzej. Czarny przyspieszył, a wielki stwór zaczął poruszać biodrami, wpychając się głębiej w jej gardło, aż poczuła, jak główka uderza o krtań.
Wtedy usłyszała odległy, niski ryk – coś znacznie większego zbliżało się korytarzem.
Trzej trolle na moment znieruchomieli.

– On tu idzie… – szepnął zielony z mieszaniną strachu i podniecenia.Marta, z oczami pełnymi łez i członkiem głęboko w gardle, poczuła, jak jej serce zamiera.
Bo jeśli to, co nadchodzi, jest większe od tego, który już ją prawie rozrywał……to ona naprawdę nie miała już szansy wyjść stąd żywa.
.Powietrze w lochu stało się nagle gęstsze, cięższe, jakby samo oddychanie kosztowało więcej wysiłku. Marta czuła każdy szczegół: szorstkość liny na nadgarstkach, zimny kamień przyciśnięty do sutków, gorąco bijące od trzech masywnych ciał, które otaczały ją jak ściana żywego mięsa. Serce waliło jej tak mocno, że wydawało się, iż trolle też je słyszą.
Największy z nich – ten, którego nazywała w myślach Potworem – wciąż trzymał ją za włosy, ale teraz nie pchał już brutalnie. Trzymał ją nieruchomo, zmuszając, żeby czuła każdy centymetr swojego grubego, pulsującego członka na języku. Nie poruszał biodrami. Po prostu pozwalał, żeby stała tam z otwartymi ustami, z policzkami zapadniętymi, ze śliną spływającą kącikami warg, i żeby powoli docierało do niej, jak bardzo jest bezbronna.

– Patrz na mnie – wyszeptał ochryple.
Marta podniosła wzrok. Jego oczy płonęły pomarańczem, źrenice zwężone do cienkich szparek. Patrzył na nią tak, jakby widział każdą myśl, każdy wstydliwy skurcz w jej podbrzuszu.
Zielony troll – ten najchudszy i najbardziej nerwowy – klęczał tuż przed nią. Nie gryzł już sutków. Teraz lizał je powoli, leniwie, okrążając językiem najpierw jeden, potem drugi, a potem wracał i delikatnie zasysał, jakby smakował najdroższy przysmak. Za każdym razem, gdy jego zęby muskały skórę tuż przy brodawce, Marta mimowolnie napinała mięśnie brzucha i ud. Ciało reagowało szybciej niż umysł.
Czarny, ten najbardziej milczący, stał z tyłu. Nie wszedł w nią ponownie. Zamiast tego położył dłonie na jej biodrach – palce tak szerokie, że prawie się stykały na jej talii – i zaczął powoli, bardzo powoli przesuwać je w dół, a potem w górę po wewnętrznej stronie ud. Z każdym ruchem zostawiał za sobą smugę ciepła i wilgoci. Jego pazury nie drapały. Tylko muskały. Lekko. Groźnie. Obiecująco.
Marta zamknęła oczy, próbując odciąć się od tego wszystkiego, ale wtedy Pierwszy szarpnął ją lekko za włosy.

– Otwórz oczy. Chcę, żebyś widziała, co z tobą robimy.
Zielony w tym samym momencie złapał jej lewą pierś całą dłonią i ścisnął – nie mocno, ale wystarczająco, żeby poczuła, jak sutek twardnieje jeszcze bardziej pod jego szorstką skórą. Jednocześnie Czarny w końcu wsunął jeden palec między jej wargi sromowe. Jej oddech stał się urywany, płytki. Piersi unosiły się szybko, sutki bolały od ciągłego napięcia. Między nogami czuła, jak robi się coraz bardziej mokro, jak ta zdradziecka wilgoć spływa po udach, mieszając się z tym, co zostało po pierwszej fali.
Pierwszy nachylił się tak blisko, że poczuła jego oddech na swojej twarzy.

– Powiedz, że tego chcesz – szepnął. – Powiedz głośno, że tego pragniesz…
Marta otworzyła usta, żeby coś powiedzieć – zaprotestować – ale zamiast słów wydobył się tylko cichy, zduszony dźwięk. Coś pomiędzy westchnieniem a błaganiem.
Zielony uśmiechnął się szeroko, pokazując ostre zęby. Powoli, bardzo powoli zaczął ssać jej sutek mocniej, jednocześnie muskając paznokciem drugi – ledwie dotykając, ale wystarczająco, żeby przeszył ją prąd.
Czarny w tym samym momencie zrobił jedną, jedyną, powolną rzecz: przesunął opuszkę palca po łechtaczce. Raz. W górę. Bardzo delikatnie.
Marta drgnęła całym ciałem.  

– No proszę… – mruknął Pierwszy z triumfem w głosie.  
Wtedy wszyscy trzej zsynchronizowali swe działania:
Zielony ugryzł sutek – nie mocno, ale wystarczająco, żeby ból przemienił się w iskrę.
Czarny wsunął dwa palce głęboko, ale nie ruszał nimi – po prostu wypełnił ją, rozciągnął, zmusił, żeby czuła każdy centymetr.
A Pierwszy… Pierwszy pchnął biodra do przodu – powoli, boleśnie powoli – aż główka jego członka weszła jej do gardła i zatrzymała się tam. I wtedy wszyscy znieruchomieli znowu.
Żadnego ruchu.

Tylko jej własny puls dudniący w uszach, w cipce, w gardle, w sutkach.
Marta czuła, że za chwilę oszaleje.

Ciało bolało ją od bezruchu, od ciągłego napięcia mięśni, od tego, jak bardzo starała się nie drgnąć, nie zacisnąć, nie zdradzić ich jeszcze bardziej.
– Proszę… – wyszeptała najpierw cicho, prawie bezgłośnie, wargi wciąż rozciągnięte wokół grubego trzonu Pierwszego. Głos jej się załamał. – Proszę… puśćcie mnie…
Słowa wyszły zduszone, z bąbelkami śliny na kącikach ust.
Pierwszy nie ruszył się ani o milimetr. Tylko jego oczy zwęziły się jeszcze bardziej, a kącik warg uniósł się w paskudnym, powolnym uśmiechu.

– Głośniej – warknął cicho. – Chcę to usłyszeć wyraźnie.
Marta przełknęła ślinę, ale to tylko sprawiło, że główka jego kutasa głębiej wcisnęła się w jej gardło. Zakrztusiła się, oczy zaszły jej łzami.– Błagam was… – powiedziała tym razem wyraźniej, choć głos drżał i łamał się na każdej sylabie. – Puśćcie mnie… nie chcę… proszę, nie róbcie mi tego… ja… ach…

Z każdym słowem jej biodra mimowolnie drgnęły do przodu – dosłownie milimetr, ale wystarczająco, żeby palce Czarnego, które wciąż nieruchomo spoczywały w jej cipce, poczuły ten drobny, zdradziecki ruch.
Zielony troll wydał z siebie niski, chrapliwy śmiech. Pochylił się i musnął językiem jej sutek – ledwie dotyk, ale wystarczająco, żeby brodawka stwardniała jeszcze bardziej.

– Słuchajcie jej – powiedział z rozbawieniem, prawie pieszczotliwie. – Błaga, żebyśmy przestali… a sutki jej stoją.
– Ach.. nie… – wychlipała Marta, ale to zabrzmiało żałośnie, jak prośba o litość. – Proszę… ja naprawdę… naprawdę nie chcę… puśćcie mnie … błagam was… na wszystko…
Pierwszy złapał ją mocniej za włosy, odchylając jej głowę do tyłu. Teraz patrzyła mu prosto w oczy, z członkiem wciąż głęboko w ustach.

– Powiedz to jeszcze raz – szepnął. – Powiedz „błagam was, nie rżnijcie mnie więcej”. Powiedz to powoli. I patrz mi w oczy.
Łzy spływały jej po policzkach, tusz rozmazywał się w czarne smugi.
– Błagam was… – wyszeptała drżącym głosem, patrząc mu prosto w pomarańczowe źrenice. – Nie rżnijcie mnie więcej… proszę… nie chcę już… nie dam rady… błagam…
Ostatnie słowo przeszło w cichy szloch.I wtedy stało się coś strasznego.
Kutas Pierwszego zadrgał jej w ustach – wyraźnie, mocno, jakby samo to błaganie sprawiło, że stwardniał jeszcze bardziej. Poczuła, jak pulsuje na jej języku, jak robi się gorętszy.
Zielony prychnął z podniecenia i złapał ją za obie piersi, ściskając je mocno, ale nie brutalnie – tak, żeby czuła, jak bardzo mu się to podoba.

– Kurwa… – sapnął. – Jak ona ładnie błaga… jeszcze raz, mała. Powiedz „nie chcę, żebyście mnie wypełniali spermą”.
Marta potrząsnęła głową, ale ruch tylko sprawił, że policzki otarły się o żyły na trzonie Pierwszego.
– Nie… proszę… – wyszeptała. – Nie chcę, żebyście… żebyście mnie wypełniali… spermą… błagam, nie róbcie tego…
Czarny, który do tej pory milczał, nagle poruszył palcami – bardzo powoli, bardzo głęboko, rozchylając ją od środka. Nie pieścił. Po prostu rozciągał. Pokazywał jej, jak bardzo jest mokra, jak bardzo jej cipka zaciska się na jego palcach mimo tych wszystkich „nie” i „błagam”.

– Ona płacze, że nie chce… – mruknął Czarny po raz pierwszy niskim, dudniącym głosem – …a jej cipka ssie mi palce jak głodna.
Marta zamknęła oczy, ale Pierwszy szarpnął ją za włosy.
– Oczy otwarte. Patrz na nas, jak błagasz.
Zrobiła to. Patrzyła na nich wszystkich – na ich wyszczerzone kły, na oczy płonące pożądaniem, na kutasy, które stawały się coraz większe i twardsze właśnie od jej słów.
– Proszę… – wyszeptała po raz ostatni, głosem już prawie złamanym. – Puśćcie mnie… ja… ja zrobię, co chcecie… tylko nie wszyscy naraz… błagam…To ostatnie zdanie było błędem.
Bo kiedy wypowiedziała „nie wszyscy naraz”, coś w nich pękło.
Pierwszy uśmiechnął się szeroko, drapieżnie.
– Słyszeliście? – powiedział do pozostałych. – Sama właśnie poprosiła o to na co zasługuje.
Zielony roześmiał się głośno. Czarny wyjął palce z jej cipki – mokre, lśniące – i oblizał je powoli, patrząc jej w oczy.

A potem wszyscy trzej jednocześnie ruszyli. Nie brutalnie. Nie szybko. Powoli.
Bardzo, bardzo powoli. Tak, żeby czuła każdy centymetr, każde pchnięcie, każdy skurcz ich mięśni. Żeby błagania, które wciąż wydobywały się z jej ust, tylko ich bardziej nakręcały. Bo im głośniej błagała, tym mocniej ją brali. I tym bardziej jej własne ciało zdradzało ją na każdym oddechu.

Pierwszy nie czekał dłużej.
Złapał ją obiema łapami za głowę, rozchylając usta jeszcze szerzej, i jednym długim, bezlitosnym pchnięciem wepchnął się do samego końca gardła.
Główka uderzyła o krtań, a potem jeszcze głębiej – aż poczuła, jak jej szyja wybrzusza się od środka. Nie dał jej oddechu.
Trzymał tak przez kilka sekund, patrząc, jak oczy wychodzą jej na wierzch, jak łzy lecą strumieniami, jak policzki robią się purpurowe.– Jeszcze błagaj – warknął, wyciągając się na moment, tylko po to, żeby zaraz wbić się z powrotem, jeszcze mocniej.  

– Błagaj z kutasem w gardle.
Marta próbowała. Ale wyszło tylko bulgotanie, charczenie, mokre mlaskanie śliny i spermy mieszającej się na jej wargach.
Czarny z tyłu nie był już delikatny. Obiema dłońmi rozchylił jej pośladki tak szeroko, że poczuła zimne powietrze lochu na najwrażliwszych miejscach. Potem bez żadnego przygotowania, bez żadnego dodatkowego nawilżenia – wbił się w nią jednym brutalnym ruchem.
Cały naraz. Gruby, czarny trzon rozciągnął ją do granic, a ból przemieszał się z palącym, niekontrolowanym pulsowaniem rozkoszy.
Krzyknęła. Pod wpływem wbijania się tego tęgiego pala – a krzyk przeszedł w zduszony jęk, bo troll od razu zaczął rżnąć jej gardło krótkimi, mocnymi pchnięciami.
Tymczasem Zielony złapał jej piersi jak imadło. Palce wbijały się w miękkie ciało, zostawiając sine odciski. Ssał sutki tak mocno, że bolało – gryzł, ciągnął zębami, a potem puszczał i patrzył, jak podskakują czerwone, nabrzmiałe brodawki.

W pewnym momencie oderwał się, splunął na nie gęstą śliną i zaczął klepać je otwartą dłonią – raz, drugi, trzeci – aż skóra zapłonęła ogniem.
– Mocniej – warknął do Czarnego. – Chcę słyszeć, jak jej cipka mlaska.
Czarny posłuchał. Zaczął wbijać się w nią z taką siłą, że biodra Marty uderzały o jego podbrzusze z głośnym plaśnięciem za każdym razem.
Każde pchnięcie wypychało powietrze z jej płuc, powodowało, że jej ciało podskakiwało do przodu i nabijało się głębiej na kutasa w gardle. Pierwszy przyspieszył.
Teraz po prostu trzymał za uszy jak za uchwyty i rżnął gardło jak cipkę: szybko, płytko, bezlitośnie.

Ślina lała się jej po brodzie, po szyi, po piersiach – gęsta, biała, lepka.
Zielony w końcu nie wytrzymał. Wstał, złapał swojego kutasa i zaczął nim klepać jej policzki – raz z lewej, raz z prawej – zostawiając mokre ślady.
Piersi tymczasem były maltretowane szorstkimi łapami i zębami. Czarny złapał ją za biodra i uniósł lekko – teraz wisiała prawie w powietrzu, jej nogi bezwładnie dyndające dowodziły jej pełnej bezwolności.
Każde pchnięcie wpychało ją głębiej na pozostałych dwóch. Marta już nie błagała. Nie mogła. Tylko charczała, dławiła się, śliniła, drżała.
Zielony promieniał.

– Patrzcie… – sapnął z triumfem. – Mała suka lubi dawać.
Pierwszy roześmiał się gardłowo, nie wyjmując kutasa z jej ust.
– To dopiero początek – powiedział, przyspieszając jeszcze bardziej. – Zaraz ją tak wypełnimy, że będzie z niej ściekać przez tydzień.
Czarny wbił się ostatni raz – najmocniej jak potrafił – i znieruchomiał w niej głęboko.
Poczuła, jak pulsuje, jak nabrzmiewa jeszcze bardziej. A potem zaczęli dochodzić.
Najpierw Czarny – gorące, gęste strumienie wlały się w nią tak mocno, że poczuła, jak wypełniają każdy zakamarek, jak wylewają się na zewnątrz.
Potem Zielony – strzelał jej po twarzy, po piersiach, po włosach – lepkie, gorące smugi lądowały wszędzie.

Na koniec Pierwszy – głęboko w gardle, tak głęboko, że musiała połknąć wszystko albo się udławić. Trwali tak jeszcze kilkanaście sekund – pulsując, dysząc, trzymając ją nieruchomo, żeby poczuła każdy skurcz, każdą kroplę. Dopiero wtedy powoli zaczęli się wycofywać.Marta opadła na kolana – nogi nie trzymały jej już wcale.
Sperma ściekała jej z ust, z cipki, z twarzy, z piersi.
Cała drżała, dyszała, oczy miała szkliste. Ale kiedy podniosła wzrok – zobaczyła, że ich kutasy wciąż stoją.
Twardsze niż przed chwilą.  

Tymczasem z korytarza dochodził coraz bliższy, niski, basowy ryk. Coś znacznie większego zbliżało się. Trolle zarechotały.
Ryk, który dochodził z korytarza, przeszedł w ogłuszający basowy huk – jakby ziemia sama się rozstępowała.

Potem pojawił się On.
Ogromny.
Wyższy od pozostałych o dobre półtora metra, szerszy w barach niż drzwi lochu. Skóra szara jak skała, popękana głębokimi bruzdami, z których sączyła się czarna, lepka maź. Ramiona grubsze niż uda Marty, dłonie wielkości jej tułowia. A między nogami…
To nie był członek. To był pal. Gruby jak przedramię dorosłego mężczyzny u nasady, zwężający się lekko ku końcowi, ale wciąż monstrualny, pokryty grubymi, pulsującymi żyłami i guzowatymi naroślami. Główka – ciemna, nabrzmiała, ociekająca gęstą, przezroczystą mazią – kołysała się na wysokości jej piersi, gdy stwór wszedł do komnaty.Trzej mniejsi odsunęli się na boki jak psy, które oddają kość alfie.
Uśmiechali się szeroko, dyszeli ciężko, ich kutasy wciąż twarde i lśniące od jej soków i ich własnej spermy.

– Patrzcie na nią – warknął Pierwszy, wskazując na Martę klęczącą w kałuży spermy i śliny. – Już błaga, a on nawet jej jeszcze nie dotknął.
Olbrzym nie odezwał się. Tylko podszedł. Jednym ruchem złapał ją pod pachy – jak szczeniaka – i podniósł do góry. Nogi Marty dyndały bezwładnie.
Przysunął ją do siebie, tak że główka jego monstrualnego kutasa dotknęła jej podbrzusza, zostawiając gorącą, lepką smugę.
– Nie… proszę… – wyszeptała Marta, głosem już prawie złamany na amen.

– Nie dam rady… to mnie zabije… błagam, puśćcie mnie… nie róbcie mi tego…  
Olbrzym nie odpowiedział.
Zamiast tego uniósł ją wyżej – biodra na wysokości jego pasa – i powoli, bardzo powoli zaczął opuszczać ją w dół.
Główka dotknęła jej warg sromowych.
Rozchyliła je natychmiast, jakby były zrobione z wosku.

Marta wrzasnęła.
– Nie! Błagam! Nie wchodź we mnie! To za duże! Proszę, proszę, proszę!
Ale on wchodził dalej. Centymetr po centymetrze.
Jej cipka rozciągała się boleśnie, skóra paliła, mięśnie drżały w panice.
Czuła każdą żyłę, każdy puls.
– Kurwa, patrzcie, jak się rozciąga – sapnął Zielony, waląc konia z furią. – Mała suka bierze pala jak szmata!
– Błagam… przestańcie… nie chcę… – łkała Marta, ale jej głos przerywały mokre, obsceniczne plaśnięcia, gdy olbrzym wciskał się głębiej. – Nie chcę… proszę…  
Czarny podszedł bliżej, złapał ją zapiersi i zaczął ciągnąć w dół, pomagając olbrzymowi.
– Przyjmuj go – warknął. – Niby po co masz tę dziurkę między nogami?
Złapał ją za włosy i odchylił głowę do tyłu.
– Patrz, jak cię nabija. Patrz, jak twój brzuch wybrzusza się od jego kutasa.
I rzeczywiście – pod skórą brzucha Marty widać było wyraźny zarys, poruszający się w górę i w dół z każdym powolnym pchnięciem. Jakby nosiła w sobie obcego.
Olbrzym przyspieszył. Teraz już nie delikatnie. Wbijał się w nią z siłą, która sprawia, że jej całe ciało podskakiwało w jego łapach.
Każde pchnięcie kończyło się głośnym plaśnięciem.
Marta krzyczała już bez słów – tylko gardłowe, zwierzęce jęki.
– Dawaj jej mocniej! – wrzeszczał Zielony. – Rozjeb jej tę cipę!  Patrzcie, jak jej brzuch faluje – śmiał się Pierwszy. – Jeszcze trochę i będzie wyglądać, jakby jej urósł bęben!
Marta szlochała, łzy lały się strumieniami.
– Błagam… nie…

Olbrzym po raz pierwszy wydał z siebie głos – niski, dudniący jak lawina.
– Muszę – powiedział powoli, każde słowo dudniło. – Muszę się w tobie spuścić. Żeby zostawić w tobie nasienie. Żebyś wyszła stąd z pamiątką. Żebyś niosła w świat nasze plemię.

Wbił się ostatni raz – najgłębiej jak potrafił. Marta poczuła, jak główka uderza o sam koniec jej macicy.
A potem… Zaczął dochodzić. Gorące, gęste strumienie wlały się w nią z taką siłą, że poczuła, jak jej brzuch pęcznieje od środka. Fala za falą.
Czuła, jak wylewa się na zewnątrz, spływa po udach grubymi, białymi, gęstymi strugami.  

Trzej pozostali podeszli bliżej i też zaczęli dochodzić – strzelając na jej brzuch, piersi, twarz – jakby chcieli oznaczyć ją całą.  
Olbrzym trzymał ją jeszcze długo po tym, jak przestał pulsować. Trzymał głęboko w sobie, żeby nic nie wyciekło.
– Teraz… – powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy – …jesteś nasza. Zupełnie w naszej mocy! Na zawsze.

Marta osunęła się na ziemię – brzuch lekko wybrzuszony, całe ciało pokryte  nasieniem - wszystko to tworzyło obraz puentujący zajście w lochach.


Historyczka

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użyła 3853 słów i 22292 znaków. Tagi: #potwory #nasienie

Dodaj komentarz