Strażnicy cienia III część 14

– Przyjechał z tobą? Pytam z ciekawości – dodał ojciec po chwili milczenia z jej strony. – Jesteś dobrze ubrana. Mówisz, że masz pieniądze i wyglądasz na zadowoloną.
     – On także ma pieniądze, jest dobrze ubrany i wygląda na zadowolonego. W zasadzie, gdy go poznałam, nie miałam jeszcze tych pieniędzy i byłam gorzej ubrana.
     – To chyba wszystko w porządku. – Uśmiechnął się serdecznie. – A myślałaś, że o co chodzi?
     – Nie wiem. Po prostu zaskoczyło mnie to pytanie – przyznała.
     – Rozumiem, że go tu nie ma, skoro go nie zaprosiłaś. Chyba że się bałaś? – Pochylił się lekko w jej stronę.
     – Nie wiedziałam, jak zareagujecie… To mogło być trudne spotkanie.
     – Prawdę mówiąc, straciliśmy już nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Na początku było oczywiste, że wrócisz prędzej czy później. To była pierwsza myśl. Druga była taka, że coś ci się stało. Potem to już… – zamilkł i pokręcił głową, odganiając przykre wspomnienia.
     – Złość – dokończyła czarodziejka.
     – Nie – zaprzeczył – złość była na początku. Potem był strach, rozpacz i żałoba… Aż w końcu, nie wiadomo kiedy, nadszedł dzień, w którym pojawiło się przeświadczenie, że już się nie zobaczymy… Pięć lat… Nikt cię nie widział, nikt o tobie nie słyszał. Jak kamień w wodę.
     – Przykro mi, że dostarczyłam wam… – przerwała, by znaleźć odpowiednie słowa – tylu niepotrzebnych emocji.
     – Mogłaś chociaż dać znać, że żyjesz – odezwała się matka. – To z pewnością dałoby nam trochę spokoju.
     – Szczerze mówiąc, w tamtym czasie nie sądziłam, że będziecie odczuwać niepokój. Postrzegałam to jako ulgę. Tak to widziałam… Teraz, z perspektywy osoby dorosłej, zdaję sobie sprawę, że się myliłam – przyznała Veronika.
     – Czasami mówi się jedno, a myśli się coś innego. Zawsze cię kochaliśmy – powiedział ojciec.
     – Ja widziałam to zupełnie inaczej.
     – My po prostu chcieliśmy cię czegoś nauczyć – wyjaśnił.
     – Wiem. I zdaję sobie sprawę z tego, że mieliście przed sobą nie lada wyzwanie.
     – Nieważne – stwierdził. – Dobrze, że ci się ułożyło. Teraz będziesz mogła nas częściej odwiedzać.
     – A co u was? – czarodziejka zmieniła temat.
     – Interesy idą dobrze – zaczął. – Pewnie zauważyłaś, że matka przeszła chorobę. To była ospa, w zeszłym roku. I tak miała szczęście, bo zaraza zabiła prawie pięćset osób.
     – Przykro mi – Veronika zwróciła się do matki, po czym zapadła niezręczna cisza. – W domu na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło – przeszła na neutralny temat.
     – W zasadzie masz rację – przyznał ojciec, rozglądając się. – Nie mamy więcej dzieci, więc w przyszłości będziesz mogła tu zrobić, co będziesz chciała…
     – Dokąd jedziesz? – zapytała matka.
     – Teraz do Averheim – odparła. – Mam tam coś do załatwienia.
     – Nie chodzi o interesy? – domyślił się ojciec.
     – Szukam przyjaciół – przyznała. – Prawdopodobnie udali się w tamtą stronę, a nie zdążyliśmy załatwić pewnej sprawy do końca.
     – To brzmi dość tajemniczo. Masz jakieś kłopoty? – zaniepokoił się.
     – Nie, od dawna nie mam kłopotów – zapewniła Veronika.
     – Nie bądź taki wścibski – jej matka upomniała męża.
     – To ma związek z moją pracą – wyjaśniła czarodziejka.
     – Pracujesz? – zapytał mężczyzna. – Czym się zajmujesz?
     Rodzice obserwowali Veronikę z niepokojem, gdy bez słowa podeszła do drzwi. Po tym, jak je zamknęła, wróciła na swoje miejsce.  
     – Mogę wam to zdradzić pod warunkiem, że zachowacie to dla siebie – powiedziała.
     – Jeśli to tajemnica… – niepewnie zaczęła matka. – Myślę, że nie musisz nam jej zdradzać…
     – To zajęcie wymaga dyskrecji… – zaznaczyła czarodziejka. – I mylisz się, to nic złego.
     – Nic takiego nie powiedziałam. – Kobieta zdawała się być poruszona.
     – Wiem, co myślisz i to jest uzasadnione, ale wiele się zmieniło.
     – Wnioskuję, że na lepsze – odezwał się ojciec. – To dobrze… W zasadzie tajemnica to tajemnica. Różne są tajemnice…
     – To nawet nie jest tajemnica. Po prostu nie chcę, by wszyscy o tym wiedzieli. Niektórzy znają szczegóły – wyjaśniła Veronika.
     – Więc mów – zachęcał ją. – Ja jestem ciekaw.
     – Mama nie chciała tego słuchać.
     – Powiedziałam tylko, że jeśli to tajemnica, to powinnaś ją zachować dla siebie – przypomniała kobieta. – Jakoś przeżyjemy bez tej wiedzy.
     Czarodziejka spojrzała na ojca.
     – Pracuję dla Kolegium Magii – wyznała. – Ważne jest, by nie wszyscy o tym wiedzieli… Pracuję dyskretnie.
     – A twój narzeczony o tym wie? Też się tym zajmuje? – dopytywał mężczyzna.
     – Wie. Podróżuje ze mną i pomaga mi.
     – To znaczy, że on nie pracuje?
     – Ma wspólnika, który wszystkiego dogląda. Podobnie jak ty zajmuje się handlem – wyjaśniła.
     – Jest z Nuln? Może go znam? Chociaż pewnie nie. Ja nie pracuję z młodymi. Nie rozumiem tych ich dialogów i… szybko szybko, aby aby i po sprawie. Pracuję cały czas z tymi samymi ludźmi… To co robisz dla tego Kolegium? Pracujesz w jakimś ich urzędzie, tak?
     – Jestem magiem – powiedziała, co wyraźnie wstrząsnęło rodzicami.
     Patrzyli na nią, jakby właśnie oznajmiła im, że postanowiła zostać mutantem.
     – Wspomniałam, że się uczyłam – ciągnęła. – Studiowałam w Kolegium.
     – Ale tam trafiają… – Ojciec bezskutecznie próbował nad sobą zapanować.
     – Okazało się, że mam talent – wyjaśniła Veronika.
     – Skąd?! – uniosła się matka. – Jak to? Przecież u nas w rodzinie nigdy nie było takich przypadków. – Spojrzała z wyrzutem na męża, który tylko wzruszył ramionami.
     – Na szczęście czasami się to zdarza – powiedziała czarodziejka, zachowując całkowity spokój.
     – Ale w Nuln nie ma Kolegiów – zauważyła zdenerwowana kobieta.
     – Opuściłam Kolegium jakiś czas temu. Każdy czarodziej musi w pewnym momencie je opuścić i sprawdzić się poza. To normalna kolej rzeczy.
     – To znaczy, że nie mieszkasz tam, ale jesteś członkiem Kolegium, tak? – upewniła się matka.
     – Naturalnie – odparła Veronika. – Jakże mogłoby być inaczej?
     – Dzięki bogom. – Odetchnęła z ulgą. – Powiedziałaś, że opuściłaś Kolegium, a nie, że się wyprowadziłaś.
     Czarodziejka zrozumiała, że zdanie rodziców na jej temat kompletnie się nie zmieniło.
     – Mówisz, że da się z tego żyć? – zapytał w końcu ojciec.
     – Tak, całkiem nieźle – przyznała.
     – Niektórzy magowie cieszą się szacunkiem i dobrą reputacją. – Starał się znaleźć pozytywy.
     – To bardzo wykształceni ludzie. Zasługują na szacunek – powiedziała czarodziejka.
     – Chyba nie wszyscy, bo różne rzeczy opowiadają.
     – Zapewniam cię, że wszyscy z Kolegiów. Przez te kilka lat zdążyłam się zorientować w temacie.
     – Młoda jesteś, na pewno jeszcze nie we wszystko cię wtajemniczyli – stwierdził.
     – Z pewnością wiem więcej od ludzi, którzy rozsiewają plotki.
     – Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Więc wkrótce ślub, tak? – zmienił temat. – Na pewno nie chcesz zostać?
     – Nie, być może jeszcze dziś wieczorem opuszczę miasto – odmówiła po raz kolejny, starając się ukryć rozczarowanie. Łudziła się, że rodzice będą z niej dumni, a odniosła wrażenie, że znów było zupełnie inaczej.     
     – Gdybyś chciała zostać nawet na jeden dzień, to nie ma problemu – zapewnił ją.
     – Nie tym razem, bo mam jeszcze coś do załatwienia, ale skoro jest, jak jest, to przy następnej okazji tak zaplanuję podróż, bym mogła zostać trochę dłużej. – Uśmiechnęła się lekko.
     – Jak to „skoro jest, jak jest”? Jesteśmy twoimi rodzicami. Przecież nie mogłaś mieć o nas aż tak złego zdania. Na jakiej podstawie? W końcu sama powiedziałaś, że jesteś dorosła i przemyślałaś wiele rzeczy, więc…
     – Owszem – przerwała ojcu – ale wy też mogliście to przemyśleć i stwierdzić, że po takim numerze, jaki wywinęłam, nie chcecie mnie więcej widzieć. Nie mogłam mieć pewności, jak zareagujecie na mój widok. Przecież to oczywiste.
     – Kiedy przyjechałaś? – zapytał ojciec, ucinając kolejny temat.
     – Dzisiaj o świcie.
     – Może chcesz się przejść po okolicy? Kilku twoich znajomych jeszcze tu mieszka. W domu pewnie byśmy się zanudzili, dlatego proponuję ci spacer po mieście… Bez matki – dodał – ona niechętnie wychodzi.
     – Ja też wolałabym zostać – przyznała Veronika, po czym zaczęła wypytywać, co słychać u przyjaciół ojca.
     Ten temat okazał się dużo łatwiejszy.

     – Powinnam już iść – stwierdziła czarodziejka, gdy zbliżało się południe.
     – Wpadniesz jeszcze, gdy już załatwisz swoje sprawy? Może na obiad albo kolację? – zapytał ją ojciec.
     – Na kolację na pewno nie, a co do obiadu, postaram się, ale nie obiecuję.
     – Ale przed wyjazdem jeszcze do nas zajrzysz? – odezwała się matka.
     – Nie wiem, czy dam radę, ale zajrzę do was w drodze powrotnej. Pewnie nie wcześniej niż za kilka tygodni.
     – Do Averheim przecież jest blisko – powiedział zdziwiony ojciec.
     – Averheim to tylko przystanek. Cel, jak sądzę, jest dalej – wyjaśniła Veronika. – Zresztą z podróżami zawsze tak bywa. Gdy mają być krótkie, trwają długo i na odwrót, więc trudno cokolwiek zaplanować.
     – Mnie na szczęście zawsze jakoś udaje się zaplanować podróż. Zazwyczaj nie wybieram się daleko, więc może dlatego. – Uśmiechnął się.
     – Ja już zwiedziłam prawie całe Imperium. Ostatnio byłam w Talabheim, Hergig, a wcześniej ze swoim mistrzem podróżowaliśmy prawie przez rok bez przerwy.
     – Rok z mistrzem? Przekaż mu moje wyrazy szacunku – poprosił. – Może zaproś go tu kiedyś.
     – Jest bardzo zajęty. Nie sądzę, aby skorzystał. Mamy ręce pełne roboty, mało czasu na prywatne sprawy.
     – To czym ty się właściwie zajmujesz? – zapytał.
     – Ogólnie rzecz ujmując, to walką z Chaosem – odparła czarodziejka.
     – Co?! Jesteś magiem bitewnym? – nie dowierzał.
     – Nie – zaprzeczyła – poza tym nie ma żadnej wojny. Gdyby była, pewnie wzięłabym w niej udział, ale przecież Chaos i kultyści są wszędzie nawet w czasie pokoju. Chyba słyszeliście o tym w świątyni?
     – Ale od tego są łowcy czarownic – powiedział. – Czarodzieje zajmują się magią.
     – Zgadza się – potwierdziła – zajmujemy się magią I przy jej użyciu walczymy z wrogami Imperium.
     – Niektórzy mówią, że ta cała magia to Chaos – mruknął.
     – Czarodziej najlepiej wie, jak pokonać czarnoksiężnika – tłumaczyła, ignorując jego ostatnią wypowiedź.
     – Czarnoksiężnika? Szukasz czarnoksiężnika?! – uniósł się. – To przeklęci ludzie. Nawet zbliżanie się do kogoś takiego jest niebezpieczne, nie wspominając już o ich plugawych sztuczkach. – Pokręcił głową i spojrzał na córkę. – Przecież to ryzykowne.
     – Jak każda walka – skwitowała. – Ta przynajmniej jest w słusznej sprawie.
     – Dlaczego oni przyjęli kobietę do tego Kolegium? – Nie mógł tego zrozumieć. – Przecież, jeśli jest tak, jak mówisz, to wymaga jakiegoś…
     – Czego? – przerwała mu. – Chyba nie miecza dwuręcznego?
     – Nie wiem. Kogoś mniej wrażliwego niż kobieta. Mężczyzny.
     – Nie martw się. Świetnie sobie radzę – zapewniła go Veronika.
     – Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Słyszałaś to kiedyś? – zapytał poruszony.
     – Każdy musi jakoś umrzeć – odparła spokojnie. – To chyba nie jest najgorsza z opcji. Myślę, że lepiej tak, niż przez przypadek w ciemnym zaułku. Ja jestem bardzo zadowolona z tego, co robię. Jestem z tego dumna.
     – Mogą z ciebie zrobić kalekę – wyraził kolejną obawę.
     – To może się zdarzyć każdemu i wszędzie – powiedziała z westchnieniem.
     – Nie w przytulnym pałacyku. – Spojrzał na nią wymownie.
     – Jest jeszcze kwestia jakości życia. Nie zamieniłabym takiego na przytulny pałacyk. Przecież wiecie.
     – A co jest złego w pałacu?! – zapytał nieco podniesionym głosem.  
     – Szczerze?
     – Nie jestem pewna – prawie szeptem odezwała się matka.
     – Myślę, że w pałacu może zrobić się bardzo nudno, a w mojej pracy mi to nie grozi – Veronika zwróciła się do ojca. – Przy okazji jest bardzo pożyteczna…  
     – W takim pałacu jest zawsze dużo pracy – przerwał jej.
     – Proszę cię, nie każ mi wierzyć, że stawiasz pracę gospodyni ponad pracę osoby, która dba o dobro Imperium i skutecznie walczy z Chaosem.
     – Ja tylko mówię, że tam nie musi być nudno. To tylko przykład – wyjaśnił ojciec. – Przecież są tysiące różnych zajęć. Jesteś wykształcona, mogłabyś pracować jako skryba. W Nuln już nawet dopuszczają kobiety do samodzielnego prowadzenia spraw przed sądem.
     – Przepraszam cię, ojcze, ale czy ty siebie słyszysz? – zapytała zdumiona jego słowami. – Z całym szacunkiem, jestem magiem, ukończyłam studia w Kolegium Magii, a ty mówisz mi, że mogłabym być skrybą? Skrybą może zostać każdy, kto potrafi pisać i czytać.
     – Ty potrafisz, a taka praca z pewnością nie wiąże się z ryzykiem. Do tego na takiej sali sądowej zawsze dużo się dzieje – argumentował.
     – Wyobrażasz sobie czarodzieja, który pracuje jako skryba? – podniosła nieco głos.
     – Nie unoś się – upomniał ją łagodnym tonem. – A co w tym złego?
     Powoli traciła wiarę w sens tej rozmowy.
     – Ja tylko twierdzę, że to mniej ryzykowne i może być ciekawe – ciągnął.
     – Nie wiem, co może być ciekawego w pracy skryby – rzuciła.
     – A książki? – zapytał ojciec. – Przepisując książki w bibliotece, mogłabyś poznawać mnóstwo interesujących miejsc i rzeczy, nie ruszając się przy tym z miejsca. Niczego ci nie narzucam, tylko mówię, co myślę.
     – Może zmieńmy temat – zaproponowała matka. – Tak miło nam się rozmawiało.
     – Powinnam już iść – oznajmiła Veronika, wstając.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2320 słów i 14244 znaków.

2 komentarze

 
  • Margerita

    łapka  w górę i ja się muszę zgodzić z Verką jej rodzice są strasznie wnerwiający

  • Fanriel

    @Margerita, dziękuję. ;)

  • AnonimS

    Przeczytałem. Po raz pierwszy zgadzam się z Veroniką. Nudni i niereformowalni ci "starzy' . Nie dziwię się że poszła swoją drogą. Akcja wyhamowała, może znowu nabierze tempa.

  • Fanriel

    @AnonimS Dziękuję za komentarz. Akcja wkrótce nabierze tempa, zwolnienie jest chwilowe. Pozdrawiam.