Strażnicy cienia II część 31

Na ławce przed zajazdem przy południowej bramie siedział pijany krasnolud.
     – Za pensa popilnuję koników – wybełkotał, gdy magowie zatrzymali się w pobliżu.
     – Dostaniesz dwa, jeśli nie zginą – zaproponowała mu Veronika.
     – A dlaczego miałyby zginąć, skoro ja będę pilnował?

     Czarodzieje zabrali ze sobą co cenniejsze rzeczy i weszli do środka. Poza nimi nie było tam żadnych gości. Kobieta od razu zamówiła śniadanie i trzy piwa, po czym zajęła stół w rogu izby. Jose zaniósł krasnoludowi trunek, a gdy wrócił, usiadł naprzeciwko swojej towarzyszki. Cały czas błądził gdzieś myślami. Niekiedy na jego twarzy pojawiał się głupawy uśmiech.
     
     – Jak to jest? Co czujesz? – zapytała go po posiłku.
     – W tej sytuacji niepokój. Wiem, że mam małe szanse.
     – Ale skąd wiesz, że to zakochanie i dlaczego się tak uśmiechasz?
     Westchnął.
     – Gdybym nie był zakochany, pewnie nie czułbym tego niepokoju. Pewnie zabrałbym ją na jakąś świetną zabawę, upił i kto wie? Może by mi się poszczęściło… Ja po prostu trzęsę się ze strachu, że ona może wyjechać. Chyba pojechałbym za nią. Choćbym miał się pojedynkować codziennie, dopnę swego.
     – Jeśli nie będzie cię chciała, niczego tym nie wskórasz – stwierdziła Veronika. – Co z tego, że wygrasz pojedynek?
     – W Estalii jest trochę inaczej. Upór może bardzo zaimponować kobiecie. Chociaż nie wiem dokładnie, jak to jest. Nie wiem, czy kobiety z przekory są tam niedostępne, czy po prostu facet nie od razu robi na nich wrażenie – zaczął się zastanawiać.
     – Ja bym stawiała na przekorę.
     – Więc myślisz, że to jest z góry przesądzone?
     – Tak, a jakbyś zabił w pojedynku kogoś jej bliskiego, znienawidziłaby cię… A co oprócz tego niepokoju? – wróciła do pierwotnego tematu.
     – Jest piękna. – Znów na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Najpiękniejsza na świecie. Nie mogę przestać o niej myśleć, ale to może dlatego, że ciągle kombinuję jak się do tego zabrać. Zależy mi na tym. I martwi mnie ten narzeczony – przyznał.
     – Mogę się nim zająć – zaproponowała.
     – Nie, tak nie można – od razu zaprotestował. – Poza tym byłaby nieszczęśliwa.
     – Jakby ją rzucił, mogłaby być na niego wściekła i wpaść wprost w twoje ramiona.
     Jose zamyślił się.
     – Ona nie jest z tych – stwierdził.
     – A ty ją znasz, tak? Proszę cię, ty nie masz pojęcia, jaka ona jest.
     – Jest doskonała – powiedział z westchnieniem.
     Veronika roześmiała się szczerze rozbawiona tym stwierdzeniem.
     – Bredzisz. Może jak spędzisz z nią kilka dni, to zmienisz zdanie. Zaczekajmy. O czym my w ogóle gadamy? – Pokręciła głową i przeniosła wzrok w stronę drzwi.
     Do zajazdu weszły cztery zakapturzone osoby w brudnych, beżowych płaszczach. Było ciepło, więc nie był to najodpowiedniejszy strój. Zaniepokojona tym widokiem kobieta kopnęła pod stołem rozmarzonego czarodzieja. Spojrzał na nią zaskoczony.
     Wtedy jeden z nowoprzybyłych wyciągnął dwa pistolety i skierował je w stronę magów. Pozostali zrobili to samo. Veronika od razu zaczęła wypowiadać formułę zaklęcia Strefa zamętu. Pod wpływem tego czaru napastnicy byliby nieszkodliwi i bezbronni, jednak nie skoncentrowała się dostatecznie i magia, którą splatała, rozproszyła się. Jose poderwał się gwałtownie.
     Niestety napastnicy zdążyli wystrzelić. Kule sięgnęły kobietę i jej towarzysza. Mimo to Estalijczyk zdołał cisnąć we wrogów ognistymi kulami. Zakapturzony, stojący najbliżej drzwi, został trafiony dwukrotnie. Pierwszy pocisk targnął jego ciałem, drugi zrobił w nim dziurę na wylot. Martwy padł na ziemię. Pozostali byli jedynie ranni, w związku z czym nadal stanowili poważne zagrożenie.  
     Jose sięgnął po rapier i ruszył do przodu. Krew z rany na głowie spływała mu po twarzy. Veronika czuła przeszywający ból w prawej ręce, jednak ponownie spróbowała rzucić na wrogów Strefę zamętu. Pomimo tego, że tym razem zrobiła to poprawnie, zaklęcie zadziałało jedynie na karczmarza. Od tego momentu stał nieruchomo za barem z przerażeniem malującym się na twarzy.
     Napastnicy rzucili się do ataku, wydając przy tym nieludzkie warknięcia. Jeden z nich błyskawicznie znalazł się przed czarodziejką i zamachnął się na nią. Dostrzegła, że jego palce zakończone były długimi, ostrymi szponami. Nie zdołała uniknąć tego ciosu. Pazury niemal rozszarpały jej lewą rękę, którą odruchowo się zasłoniła. Odrzuciło ją w bok, dzięki czemu nie sięgnął jej drugi z wrogów.
     W tym czasie Jose rapierem punktował swojego przeciwnika. Na szczęście udawało mu się trzymać go na dystans.
     Nagle drzwi zajazdu gwałtownie się otworzyły i do środka wbiegła grupa uzbrojonych mężczyzn. Zakapturzony zadał wtedy kobiecie tak silny cios w udo, że oderwało ją od ziemi. Była to lewa noga, przy której wisiał miecz. Jego pochwa znacznie złagodziła uderzenie.
     Veronika wpadła między stoły. Jak zza ściany docierały do niej odgłosy walki. Ostatkiem sił chwyciła w rękę swój sztylet, ale nie była w stanie się podnieść. Paraliżował ją ból.
     W pewnym momencie, jakby znikąd, pojawiła się przy niej postać w kapturze. Pochyliła się i wtedy czarodziejka dostrzegła jej kły. To był wampir, który właśnie zamierzał ją ugryźć. Poczuła ogromną złość, wywołaną kompletną bezsilnością jej ciała. Nie mogła w żaden sposób się bronić.
     Gdy jego zęby dotknęły jej szyi, głowa potwora gwałtownie odskoczyła w bok, a kobietę coś ochlapało. Nad nią stał krasnolud sprzed zajazdu. W ręku trzymał ucho kufla. Doskoczył do oszołomionego wampira leżącego na brzuchu i zaczął go okładać pięściami.

     Zgiełk panujący w karczmie nie ustawał. Veronika z bólu zacisnęła oczy. Gdy je otworzyła, był przy niej Jose. Oglądał ją zatroskany.
     – Co ty robisz?! – usłyszała niedaleko głos Gerta. Zadał to pytanie krasnoludowi, który nadal tłukł swoją ofiarę.
     – Trzeba go przesłuchać – powiedziała cicho łamiącym się głosem.
     – Przestań kopać tego wampira! – wrzasnął Gert.
     Na te słowa krasnolud gwałtownie się cofnął.
     – Muszę się napić – stwierdził, odchodząc w stronę baru chwiejnym krokiem.
     Gert natychmiast zaczął krępować ręce nieprzytomnemu wampirowi. Nie mając niczego odpowiedniejszego, użył do tego swojej garoty.
     – Tygodniami nie rzucę zaklęcia – kobieta wyszeptała do Jose, który tamował krwawienie z jej ran.
     – Niestety trafił ci się Czarodziej z Kolegium Ognia. Nie umiem pomóc.
     – Będę bezużyteczna. – Martwiła się.
     Ból nadal był okropny, ale mogła już panować nad swoim ciałem. Była w stanie się ruszać.
     – Czy ktoś z was potrafi opatrywać rany?! – krzyknął zdenerwowany Gert.

     Mężczyzna w średnim wieku, który był jednym z najemników zatrudnionych z okazji wyjazdu, podszedł do Veroniki i gwizdnął.
     – Co za szkoda – przyklęknął obok niej na podłodze – ale chyba przeżyjesz. – Nożem zaczął rozcinać jej ubranie w miejscach, gdzie krwawiła. – Nie wyciągnę tej kuli. Ktoś inny będzie musiał się tym zająć. Trzeba będzie poszukać dobrego medyka – mówił, pospiesznie zakładając opatrunek.
     – Gert, chodź tutaj – poprosiła.
     Bardzo chciała, by przy niej był. Z każdą chwilą czuła się coraz słabsza.

183 czyt.
100%3
Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1275 słów i 7486 znaków ·

Dodaj komentarz