Strażnicy cienia III część 34

– Las jest gęsty. Trzymaj głowę nisko – poradził Veronice porywacz, gdy siedzieli już na wierzchowcu.
     Było ciemno i teren był niesprzyjający, jednak jechali dość pewnie. Bez wątpienia doskonale wiedzieli dokąd.

     Po trzech godzinach kobieta była wykończona. Cały czas dokuczały jej mdłości. By choć trochę to złagodzić, zamknęła oczy, uniosła do góry głowę i starała się głęboko oddychać.
     – Trzymaj głowę niżej. Zaraz będziemy na miejscu – odezwał się towarzyszący jej mężczyzna.
     Tym razem go nie posłuchała. Nie zwracała już uwagi na gałęzie, które raz po raz uderzały w jej twarz.

     W końcu zatrzymali się w miejscu niczym nie różniącym się od trasy, którą ostatnio przemierzali. Czarodziejka zaczęła się rozglądać. Domyślała się, że tu powinien być ten, który zlecił porwanie, ale nikogo takiego nie dostrzegła.

     Mężczyźni pozsiadali z koni i powiązali je ze sobą.
     – Przytrzymam cię – powiedział do niej przywódca, gdy sam stał już na ziemi.
Wyciągnął ręce do Veroniki, by mogła zsunąć się w jego ramiona. Miała wielką ochotę zsiąść sama z drugiej strony, ale była zbyt słaba, więc skorzystała z jego pomocy.
     – Rozpalcie ogień. Warty jak zwykle – zaczął wydawać krótkie polecenia. – Tu zaczekamy… Zaraz coś zjesz, a wtedy poczujesz się lepiej – zwrócił się do kobiety, którą cały czas podtrzymywał. – Jak będziesz miała… jakieś potrzeby, to daj znać… Przygotujcie posłanie – rzucił do podwładnych. – Nie wiem, jakie on ma wobec niej plany. Lepiej, żeby nie miał pretensji o to, że towar był źle potraktowany.
     Veronika posłała mu wrogie spojrzenie, ale zupełnie to zignorował.
     – Jesteś głodna? – zapytał ją.
     Przecząco pokręciła głową.
     – Ale zrozumiałaś, kiedy powiedziałem, że to może ci pomóc? Tak? Jak chcesz. – Wzruszył ramionami.
     Potem zawołał jednego ze swoich ludzi i nakazał ją przeszukać, zaznaczając, że mają do czynienia z magiem. Mężczyzna nie znalazł sztyletu w jej bucie. Zabrał tylko to, co miała w kieszeniach.
     W międzyczasie na stercie chrustu rozłożyli koce. Tam została posadzona. Od razu wróciła do rozsupływania więzów. Zaplanowała rzucić na siebie zaklęcie niewidzialności i uciec, gdy tylko uda jej się uwolnić ręce.

     Szybko rozbili obóz, ale nie kładli się. Większość z nich w milczeniu rozsiadła się przy ognisku, nad którym piekli kawał mięsa. Ich przywódca stał pod drzewem kilka kroków od nich i obserwował Veronikę.
     
     – Czego on od niej chce? – po jakimś czasie zapytał jeden z bandytów. Jego głos sugerował młody wiek.
     Kilku kompanów spojrzało na niego, ale żaden mu nie odpowiedział. Po tej reakcji chłopak pokręcił głową i zaczął dłubać patykiem w ziemi. Wytrzymał tak tylko chwilę, po czym wstał i poszedł w las, znikając w ciemności.

     Gdy skończyli piec mięso, jeden z mężczyzn odkroił spory kawałek i zaniósł go dowódcy. Ten spojrzał na swoją rację i odszedł parę kroków. Wkrótce i pozostali oddalili się od ognia. Wtedy pościągali chusty i zaczęli jeść.
     Czarodziejka ich obserwowała. Widziała zarysy twarzy, ale nie była w stanie dostrzec szczegółów. Musiała przyznać, że sprytu im nie brakowało.
     Po posiłku znów się zamaskowali. Część położyła się spać, reszta wartowała.  

     Przywódca podszedł do kobiety i kucnął przed nią. Przez chwilę jej się przyglądał.
     – Jesteś głodna? – zapytał. – Skiń głową, jeśli tak.
     Wiedziała, że musi zbierać siły, więc odpowiedziała twierdząco.
     – Jeśli spróbujesz rzucić zaklęcie, któryś z moich ludzi przypali ci język – ostrzegł ją, po czym poszedł w stronę ogniska.
     
     – Rozwiążę ci ręce – powiedział, gdy wrócił z porcją mięsa.
     Odłożył jedzenie, które przyniósł w misce, zdjął jej knebel, a potem ją rozwiązał.
     Niestety przy nim nie była w stanie nic zrobić. Przez jego medalion nie mogła posłużyć się magią. Był zbyt blisko. Musiała zaczekać na dogodniejszą okazję. Wiedziała, że będzie miała tylko jedną szansę. Niepowodzenie prawdopodobnie zakończyłoby się jej śmiercią.
     – Jedz. – Podsunął jej miskę.
     Zanim ją wzięła, rozmasowała obolałe nadgarstki. Mocne więzy już pozostawiły ślady na jej skórze.

     Stał tuż za nią, gdy jadła.
     – Macie tu wodę? – zapytała, przełykając suchy kęs.
     – Pieter, woda – rozkazał, nie ruszając się z miejsca.  
     Jeden z wartujących podszedł do ich rzeczy, podniósł bukłak i rzucił go dowódcy. Ten ostrożnie położył go obok czarodziejki. Zauważyła, że miał silne ręce.
     Gdy skończyła posiłek, opłukała dłonie. Nie chcąc moczyć ubrania, otrzepała je i zerknęła na swojego strażnika.
     – Załóż ręce z tyłu – powiedział.
     – Kim on jest? – zaczęła, wykonując jego polecenie.
     – Kto? – zapytał, wiążąc ją.
     – Ten, który wam to zlecił.
     – Wkrótce się przekonasz – odpowiedział po chwili. – Pewnie go znasz. – Sprawdził więzy i podniósł z koca knebel.
     – To chyba zbędne. – Spojrzała na materiał, który trzymał w dłoni. – Nie jestem gadatliwa, a zaklęcia też nie rzucę bez wolnych rąk.
     – Ale możesz zacząć krzyczeć.
     – I co? Drzewa przyjdą mi z pomocą?
     – Te drzewa nie – odparł.
     – Innych tu nie widzę.
     – Nie próbuj się drzeć. Połóż się – polecił jej.
     Zrobiła, co kazał. Nie odszedł, więc po chwili zerknęła na niego i zobaczyła, że na nią patrzy. Wtedy zawołał do siebie jednego z ludzi.
     – Jeśli piśnie, ogłusz ją – rzucił i ruszył w stronę ogniska.
     – Możemy chwilę porozmawiać? – zapytała.
     – O czym? – Zatrzymał się i odwrócił do niej przodem.
     – Zakładam, że robicie to dla złota. Zapłacę wam dwa razy więcej niż tamten – zaproponowała. – To chyba dobry interes?
     – Jesteś w błędzie… Jeśli piśnie, ogłusz ją – powtórzył, zwracając się do strażnika i odszedł w cień.
     Veronika pomyślała, że skoro nie chodzi o pieniądze, muszą to robić w imię swoich ideałów. Wyglądało na to, że miała do czynienia z kultystami.

     Świtało, gdy poczuła, że jest w stanie w miarę szybko się uwolnić. Jej strażnik stał dwa kroki przed nią. Był dość czujny i rozglądał się zwrócony do niej twarzą. Pozostali spali przy ognisku. Ich przywódca też tam był. Kobieta wiedziała, że jeszcze kilku kręci się gdzieś po okolicy, ale ich byłaby w stanie ominąć. Gdyby zadziałała bardzo szybko, mogłaby zaskoczyć tego, który jej pilnował.
     Musiała spróbować.
     Powoli, bez zbędnych ruchów, zsunęła sznur z rąk. Osłabienie i ból ustąpiły podnieceniu. Wszystko stawiała na jedną kartę. Zaczekała na moment, gdy strażnik spuści ją z oczu, szybko usiadła i po cichu wypowiedziała formułę Sztyletów cienia. Spojrzał na nią, gdy magiczne pociski sięgnęły celu, złapał się za pierś i uklęknął. Patrzył na Veronikę, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje.
     Poderwała się gwałtownie. Nie mogła dopuścić do tego, by zaalarmował pozostałych. By go dobić, ponownie rzuciła w niego sztyletami. Uderzyły tak mocno, że zanim upadł, przez otwór w jego ciele zobaczyła to, co było za nim.
     Szybko się rozejrzała, by sprawdzić, czy sytuacja się nie zmieniła i zauważyła, że przywódca otworzył oczy. Natychmiast rzuciła na siebie Całun niewidzialności. Nie mieliby szans jej zobaczyć, jeśli udałoby jej się zachować dystans.
     – Alarm! Więzień uciekł! – krzyknął porywacz, zerwał się z miejsca i ruszył biegiem w stronę jej posłania, po drodze wyciągając miecz.
     Czarodziejka błyskawicznie odskoczyła w bok i zaczęła uciekać. Pędziła najszybciej, jak potrafiła. Wiedziała, że to jej jedyna szansa na ocalenie.
     – Tam jest! – usłyszała za sobą obcy męski głos.
     – Nic nie widzę! – ktoś mu odpowiedział.
     – Pilnuj koni!

     Podążali za nią, więc gwałtownie skręciła w prawo. Wtedy zdała sobie sprawę, że oni nie widzą jej, tylko poruszane przez nią krzaki i gałęzie oraz liście podrywające się z ziemi. Zatrzymała się i omiotła wzrokiem okolicę w poszukiwaniu dogodniejszego terenu. Delikatnie, by nie poruszyć roślin, zeszła im z drogi, żeby mogli ją wyprzedzić.
     Udało się. Pięciu mężczyzn zatrzymało się dziesięć kroków od niej. Rozglądając się, powoli zaczęli się rozpraszać. Zanim całkiem się rozeszli, po cichu wypowiedziała zaklęcie Strefa zamętu. Czar objął cały obszar, na którym się znajdowali. Mężczyźni zaczęli łapać się za głowy, kulić i padać na ziemię. Ogarnął ich paraliżujący strach.  
     Przywódca, bezpieczny dzięki medalionowi, stał pośród nich i rozglądał się dokoła. Nasłuchiwał, choć z pewnością przeszkadzały mu w tym jęki i krzyki kompanów.
     Wykorzystując sytuację, Veronika bardzo ostrożnie zaczęła się od nich oddalać. Nie mogła sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
     Dowódca zaczął krążyć, ale nie był w stanie jej wypatrzyć.
     
     – Wstawać! Znaleźć ją! Inaczej wszyscy mi za to zapłacicie! Musi gdzieś tu być! Szukać śladów! – w pewnym momencie doszedł ją krzyk porywacza.
     Z każdą chwilą oddalała się od nich. Gdy zniknęli jej z oczu, przyspieszyła. Starała się robić jak najmniej śladów i rozglądała się, nie zapominając o pozostałych, którzy patrolowali okolicę. Cały czas podtrzymywała zaklęcie.

     Po jakimś czasie dotarła do pagórka, z którego zobaczyła, że dwóch mężczyzn podąża za nią. Dalej puściła się biegiem. Nie miała wyjścia, musiała postawić na szybkość. Po drodze szukała strumienia. Gdyby biegła wodą, nie zostawiałaby śladów i miałaby duże szanse, by ich zgubić. Niestety teren jej nie sprzyjał.
     Uciekała, dopóki miała na to siłę. Nadal była bardzo osłabiona działaniem trucizny, ponadto nie spała całą noc i ostatnio niewiele jadła. Na dodatek bała się. Była sama w lesie i doskonale zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństw, na jakie mogła natrafić. Na domiar złego nie była pewna, gdzie jest. Zamierzała dotrzeć do rzeki i cały czas starała się kierować w tamtą stronę. Wzdłuż niej mogłaby dojść do Averheim.

     Po południu zobaczyła rzekę. W zasięgu wzroku nie było żadnych zabudowań. Zachowała ostrożność i nie opuszczała lasu, by nie było jej widać. Skierowała się w stronę miasta i szła tak cały dzień, czasami zatrzymując się na chwilę, by choć trochę odpocząć.
     W nocy zupełnie opuściły ją siły. Zaczęła się potykać i przewracać. Nie była już w stanie wędrować, dlatego postanowiła ukryć się w gęstych, wysokich paprociach.
     
     – Jeśli piśniesz słowo, przebiję ci gardło. – Te słowa ją obudziły.  
     Rozpoznała głos mężczyzny, który ją porwał. Otworzyła oczy i zobaczyła, że stał nad nią z pochodnią w ręku i mieczem skierowanym w jej stronę. Drugi bandyta celował do niej z kuszy.
     Zrezygnowana zamknęła oczy. Pomyślała, że może to nie byłaby najgorsza śmierć. Nie wiedziała, co zamierzał z nią zrobić zabójca jej mistrza, a była już prawie pewna, że właśnie on zlecił to porwanie.
     – Zakneblować ją. Związać – wydał rozkaz dowódca, a jego podwładni natychmiast dość brutalnie go wykonali.
     Wcisnęli jej w usta jakąś szmatę, przewrócili na brzuch, przycisnęli do ziemi i mocno skrępowali. Sznury wbiły się w jej ciało. Czuła ból.
     – Wstawaj – usłyszała i ktoś gwałtownie ją szarpnął, podnosząc z ziemi.


     Zabrali ją w las i zatrzymali się mniej więcej po dwustu krokach.
     – Siadaj – rozkazał jej porywacz.
     Gdy to zrobiła, kazał jej się położyć na brzuchu.
     – Zostaniemy tutaj do rana. Potem wracamy – oznajmił.
     Nie wiedziała, do kogo kierował te słowa.
     Potem wyznaczył warty, zgasił pochodnię i po chwili zapanowała cisza, zakłócana jedynie szmerem liści poruszanych przez delikatny wiatr.

     Veronika przebudziła się w nocy. Lekko uniosła głowę, by się rozejrzeć.
     – Nawet nie próbuj – usłyszała nad sobą obcy głos.

     O świcie ruszyli do obozu, z którego uciekła. Szli bez przerwy. Dla czarodziejki było to niezwykle męczące. Nadal była bardzo słaba.
     Gdy wieczorem dotarli na miejsce, marzyła tylko o tym, żeby się położyć. Była tak zmęczona, że nie obchodziło jej, co może się wydarzyć.

     Przywódca zaprowadził ją do posłania, odwrócił tyłem do siebie i sprawdził więzy.
     – Drugi raz ci się nie uda – powiedział i wskazał jej miejsce.
     Usiadła z ulgą. Bardzo potrzebowała odpoczynku, mimo to, gdy ją zostawił i poszedł się posilić, znów podjęła próbę uwolnienia się.
     – Ciekawe, czym sobie zasłużyła na zainteresowanie naszego chlebodawcy? – zastanawiali się przy ognisku.
     – Pewnie zwiała mu sprzed ołtarza albo coś podobnego…
     – Nie radzę – usłyszała za sobą męski głos.
     Gdy się odwróciła, zobaczyła postać w płaszczu i kapturze. Domyśliła się, że to zleceniodawca. Niestety nie była w stanie dojrzeć jego twarzy.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2355 słów i 13172 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Dalej  wartka akcja . Zleceniodawcą pewnie jest morderca jej mistrza bo chyba nie wampir . Tylko kto to jest? Niedługo pewnie wyjdzie szydło z rządu tfu pomyłka z worka :cool:

  • Fanriel

    @AnonimS Dziękuję. Jutro poznasz odpowiedź. Pozdrawiam. :)