Strażnicy cienia III część 21

Przeszukując ciało i bagaż, czarodziejka nie znalazła żadnych magicznych przedmiotów. W torbie była księga z zaklęciami, sakiewka z dwudziestoma sztukami złota, kilkoma srebrnikami i miedziakami, ubrania, dokumenty na inne nazwisko, krótki sztylet, według Gerta idealny do ataku od tyłu, flet, przybory do golenia, skórzane rękawice oraz dwie skrzyneczki, a w nich maści.
     W końcu sięgnęła po nóż, którym został zabity Mekel. Był długi o wąskim ostrzu. Kobieta dostrzegła na nim symbole Cienia, co wskazywało na to, że należał do jednego z magów z jej Kolegium. Nie przypominała sobie, by widziała wcześniej tę broń.
     – Zawodowiec – stwierdził Gert, stając obok narzeczonej. – To nóż zabójcy – dodał szeptem.
     – Z pewnością nie szewca – odparła.
     – Szewc używa takiego krótkiego, z szerokim ostrzem i zaokrąglonym… – przerwał, gdy spojrzała na niego krytycznym wzrokiem.

     Ulrych i Filip, używając swojej broni i rąk, wykopywali grób. Bez odpowiednich narzędzi praca ta była ciężka i czasochłonna.

     Veronika wytarła nóż i zawinęła go w płótno. Nie mogła pojąć tego, co się stało. Magowie z jej Kolegium byli przecież wobec siebie wyjątkowo lojalni. Najprawdopodobniej doszło do zdrady, chociaż istniało jeszcze jedno wytłumaczenie. Gdyby jej mistrz złamał zasady, mogłaby go spotkać taka kara.
     Postanowiła jeszcze raz przejrzeć jego rzeczy. Tym razem szukała zakazanych symboli. Dokładnie sprawdziła jego ubrania, jednak nie znalazła niczego podejrzanego. Na ciele miał tatuaże świadczące o przynależności do Kolegium Cienia, a na szyi na łańcuszku srebrny symbol Sigmara.
     Gdy tylko skończyła, Marcus, który najwyraźniej na to czekał, zbliżył się do zwłok i zaczął się modlić.
     
     – Nie podoba mi się to – Veronika powiedziała szeptem do narzeczonego.
     – Nie dziwię się.
     – Sama miałam ochotę coś mu zrobić po naszym ostatnim spotkaniu w Streissen – przyznała – ale bez przesady. Nie rozumiem, jak mogło do tego dojść.
     Gert rozejrzał się.
     – Co w nim takiego nadzwyczajnego? – zapytał cicho.
     – To czarodziej. Z pewnością był czujny.
     – Ktoś go jednak zaskoczył.
     – Owszem. – Spojrzała w stronę zwłok. – Chyba nie chcę wiedzieć kto i dlaczego… Na tym zakończmy tę rozmowę.
     – Może jednak powinnaś się tym zainteresować? – zasugerował.
     – Może powinnam – przyznała niechętnie i wtedy uświadomiła sobie, że nie wzięła pod uwagę jeszcze jednej ewentualności.
     Tej zbrodni mógł się dopuścić ktoś z zewnątrz. Ktoś, kto chciał rzucić podejrzenie na jednego z nich, bo zależało mu na niepokoju w Kolegium. Tak, z pewnością takich było wielu.
     Veronika cieszyła się, że pod jej drzwiami w zajeździe stał wartownik. Całą noc była w izbie i w razie czego miała alibi. Szkoda, że w tym czasie nie było z nią Gerta.
     – Odpocznij – zaproponowała narzeczonemu. – Wygląda na to, że trochę tu zostaniemy. Pójdę jeszcze raz obejrzeć ślady, a ty się prześpij.
     – Z przyjemnością – odparł i już po chwili rozkładał na trawie koc.

     Czarodziejka udała się w miejsce, gdzie znaleźli Mekela. Zastanawiała się, czy to w ogóle możliwe, by ktoś z jej Kolegium po dokonaniu takiej zbrodni zostawił swój nóż w ciele ofiary. To byłoby wielce nieroztropne. Doszła też do wniosku, że zabójcą musiał być ktoś, kogo znał jej mistrz. Obcemu najprawdopodobniej nie dałby się tak podejść.

     Żadnych śladów nie znalazła, więc ruszyła z powrotem. Postanowiła przejrzeć księgę Mekela. Liczyła na to, że może tam znajdzie coś, co naprowadzi ją na jakiś trop. To, nad czym aktualnie pracował, mogło mieć związek z jego śmiercią.
     – Długo jeszcze? – zapytał ją Helmut stojący przy drodze. – Jakieś wozy zbliżają się od strony Averheim.
     – Jeszcze kopią – powiedziała, nie zatrzymując się. – Nie wiem, ile to potrwa.

     Gdy tylko otworzyła księgę, karty zaczęły się spopielać. Czym prędzej ją zamknęła, by nie uległy całkowitemu zniszczeniu. Niestety nie potrafiła ominąć tego magicznego zabezpieczenia.
     W okładce znalazła ukryte dokumenty jakiegoś Klausa i list do Johana z Hergig bez dokładnego adresu.
     Złamała pieczęć i przeczytała go:

     Drogi Johanie,
     Myślę, że sprawy, o których rozmawialiśmy mogą zacząć toczyć się własnym rytmem. Nic nie stoi na przeszkodzie. O wynikach informuj mnie regularnie. Sprawa wymaga cierpliwości i delikatności.
     Powodzenia.

     Treść listu nic nie mówiła Veronice, więc ponownie przeszukała rzeczy. Wyglądało na to, że niczego nie przeoczyła, bo i tym razem nic nie znalazła.
     Gdy skończyła, przyłączyła się do najemników kopiących grób.
     
     – Chyba gotowe – stwierdził w końcu Ulrych, prostując się.
     Hoefer zerknął na przygotowane miejsce i skinął głową na potwierdzenie.
     Filip sięgnął po swój koc i rozłożył go na ziemi. Wraz z Ulrychem położyli na nim zwłoki, zawinęli je i obwiązali liną. Potem przenieśli je do grobu.
     Kobieta obserwowała to z boku. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Choć skrzętnie to ukrywała, była naprawdę wstrząśnięta. Przeszło jej przez myśl, że i ona pewnie tak skończy. Dobrze będzie, jeśli znajdzie się ktoś, kto ją pochowa.

     Gdy wozy kupieckie były w pobliżu, przerwali zakopywanie ciała. Na szczęście karawana nie zatrzymała się i bez przeszkód mogli zakończyć pracę.
     Po wszystkim Marcus zmówił modlitwę, prosząc Morra, by przyjął zmarłego do swoich ogrodów.
     
     – Cholerne czasy. Nie można człowieka pochować z właściwymi honorami – przerwał milczenie Ulrych, gdy przy rzece zmywali z siebie ziemię.
     – I tak miał szczęście – odparł Filip, jakby czytając w myślach Veroniki. – Ciekawe, jak my skończymy… W Sylvanii.
     – Wypluj te słowa – warknął Ulrych. – Nie zamierzam tam zostawać na zawsze.

     – Współczuję ci – Gert powiedział do narzeczonej, gdy ruszyli w dalszą drogę. – Nie znałem go, ale domyślam się, że ktoś, z kim spędziłaś tyle czasu, musiał być dla ciebie ważny.
     – Był – potwierdziła ze smutkiem w głosie. – Żałuję, że nasze ostatnie spotkanie tak wyglądało… Nie był ze mnie zadowolony.
     – Dlaczego? – Spojrzał na nią zdziwiony.
     – Kilka kwestii się na to złożyło. Zawiodłam go – przyznała. – Zasugerował nawet, że być może za wcześnie pozwolił mi opuścić Kolegium.
     – Nie będę się spierał z tym, co mówił, bo nie znam kryteriów, ale moim zdaniem świetnie sobie radzisz.  
     – Chyba uważał, że przez ciebie zawalam pracę.
     – Bzdura… Nie żalił się, że ma jakiś problem? Nie chciał cię prosić o pomoc? – zapytał Gert, na co jego narzeczona tylko pokręciła przecząco głową. – Nie wiesz, kto mógł go tak załatwić?
     – Nie mam pojęcia – odpowiedziała szczerze. – Gdy zapytałam go, czy zajmie się Sylvanią, powiedział, że jest zajęty… Na nożu był symbol naszego Kolegium.
     – Co?! – Zaskoczony spojrzał na Veronikę, po czym rozejrzał się nerwowo. – Naprawdę? – wyszeptał.
     – Tak, ale żaden z magów, który zdecydowałby się zrobić coś takiego, raczej nie zostawiłby takiego podpisu. To przecież mógł znaleźć każdy, na przykład strażnik.
     – Ktoś ewidentnie spartaczył robotę – ocenił Gert. – Takiego sztyletu się nie zostawia. Jest długi, ostry i robi niewielką, ale bardzo głęboką ranę. Uszkadza narządy wewnętrzne, przebija płuca i tak dalej, ale trzeba go wyciągnąć, by rana krwawiła. Nie ma na ostrzu wyżłobień, które pozwoliłyby krwi odpływać. Jest jak igła. Jak ją wbijesz, hamuje krwotok.
     – Więc twoim zdaniem morderca nie zostawił noża celowo? – zapytała.
     – Dla mnie to partanina – powiedział. – Tym bardziej, że to raczej nie stało się w miejscu, gdzie znaleźliśmy ciało. Tak przynajmniej twierdzi Helmut. Nie znalazł śladów drugiego konia… Może czekał na kogoś? On podjechał i wbił mu to w plecy. Ale dlaczego nie dokończył? Jest jeszcze jedno pytanie: gdzie jest jego koń?
     – Prawdopodobnie jechał na magicznym rumaku – wyjaśniła czarodziejka.
     – To dlaczego zostawiał ślady?
     – Bo zostawia je jak normalny wierzchowiec. Znika o świcie.
     – Może on uciekł z miejsca zdarzenia, wyrywając sztylet z ręki napastnika… Coś spłoszyło mordercę… – domyślał się.
     – To bardzo komplikuje sytuację – stwierdziła z niezadowoleniem.
     – Dlaczego? – zapytał, patrząc na nią.
     – W takim wypadku wszystko wskazywałoby na to, że mamy w Kolegium zdrajcę.
     – Albo ktoś po prostu miał taki sztylet – zauważył.
     – Tak, ale nie można niczego wykluczać… Gorzej, jeśli z nim było coś nie tak. – Skinęła za siebie. – Wtedy i ja będę miała poważne kłopoty, bo byłam jego uczennicą… A jeśli zabił go zdrajca? Naszą podstawową zasadą jest wzajemne zaufanie i strach pomyśleć, jakie to może mieć konsekwencje.
     – Myślałem, że wy nikomu nie ufacie. Jak można zaufać zawodowemu kłamcy? – Nie pojmował tego.
     – Biorąc pod uwagę, jaką pracę wykonujemy, musimy sobie wzajemnie ufać. Często od tego zależy nasze życie – wyjaśniła.
     – A ja myślałem, że jesteście samotnikami.
     – Lepiej dajmy temu spokój – zakończyła temat. – Rozglądaj się. Może się na niego natkniemy. Jakbyś zobaczył coś podejrzanego, daj mi znać.
     – Lepiej byłoby go znaleźć, niż się na niego natknąć – powiedział.
     – Tylko że teraz nie mamy czasu na poszukiwania.
     – Musi być niedaleko – stwierdził – ale może być gdziekolwiek.
     – I może być kimkolwiek – dodała.
     – To nie ja – zapewnił ją.
     – Jeśli tak mówisz…
     Gert przez chwilę przyglądał się narzeczonej, która pogrążyła się w zamyśleniu.  

     Kobieta nieoczekiwanie przyspieszyła i zrównała się z Marcusem.
     – Mówiłeś, że masz zdolność znajdowania ludzi – zaczęła, zwracając się do Hoefera. – Mógłbyś dowiedzieć się, jak wygląda i kim jest morderca?
     – Mogę spróbować – odpowiedział.
     – On musi być gdzieś blisko. Niewykluczone, że jedzie w tym samym kierunku co my.
     – Ten nóż prawdopodobnie należał do niego… Może się przydać.
     – Jestem przekonana, że nie należał do mojego mistrza – powiedziała.
     – Najważniejsze, że morderca go użył do zbrodni, którą chcemy wyjaśnić… Zajmę się tym – zadeklarował – najlepiej w nocy.
     Skinęła głową i zwolniła, by Gert do niej dołączył. Marcus niemal od razu zawrócił i podjechał do niej.
     – To chyba nie będzie miało wpływu na naszą wyprawę? – zaczął wyraźnie zaniepokojony.
     – Nie, ale gdyby była taka możliwość, chciałabym zdemaskować tego zabójcę przed Sylvanią.
     – Jeśli teraz się nie uda, pomogę ci, jak tylko skończymy to, co zaczęliśmy – obiecał.
     – Dziękuję, w razie czego chętnie skorzystam z pomocy, gdy wrócimy z Sylvanii. To należy wyjaśnić – powiedziała.

     – Wygląda na to, że być może po Sylvanii czeka nas kolejne zadanie – Veronika zwróciła się do narzeczonego, gdy znów zostali sami. – Będziemy szukać mordercy.
     – Jak nam się poszczęści, to będzie w Nuln.
     – Nie, kochanie. Jak nam się poszczęści, będzie dzisiaj w zajeździe – poprawiła go. – Zresztą po tym, jak już go znajdziemy, będę miała jeszcze jedną sprawę do załatwienia, a po wszystkim muszę wrócić do Kolegium… Myślę, że będę gotowa do egzaminu, jak to przeżyję.
     – W porządku. – Odetchnął z ulgą. – Już się bałem, że znowu chcesz się tam zamknąć na parę lat. Będę czekał na ciebie pod drzwiami. – Uśmiechnął się.
     – Lepiej żebyś czekał w domu – zasugerowała. – I tak nie będę mogła wychodzić.
     – W końcu wyjdziesz. Jeśli tam będę czekał, szybciej się zobaczymy. Muszę pilnować, żebyś nie zapomniała, że mnie masz.
     – Nie zapomnę, bez obawy – zapewniła go. – Lepiej się tam nie kręć.
     – Wynajmę coś w Altdorfie. Może wypuszczą cię na przepustkę.
     – Ja naprawdę wolałabym, żebyś został w Nuln – powiedziała poważnie.
     – Dlaczego? – zapytał.
     – Im będziesz dalej, tym lepiej dla ciebie. Mekel już wiedział, kim jesteś.
     – Im to chyba nie przeszkadza, co?
     – Gert, ty jesteś moim życiem prywatnym, a oni zawodowym. Rozdzielmy to.
     – To akurat ma sens – przyznał, po czym spojrzał na nią zaniepokojony. – Jak długo zamierzasz tam siedzieć?

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2104 słów i 12587 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Parę detali przewidziałem ale to nie ma znaczenia. Ciekawy fragment akcja znowu przyspiesza , wątki się mieszają i rozrastają.... Czekam na kolejną część.

  • Fanriel

    @AnonimS Dziękuję. :)