Strażnicy cienia II część 5

Czarodziejka, zupełnie ignorując kobietę, wsiadła na konia i spojrzała w niebo. Było koło czwartej.
     – Z pewnością mieli przy sobie złoto. Możecie je wziąć – kontynuowała tamta.
     Veronika spojrzała na nią zdumiona.
     – Rozumiecie, co do was mówię? – zapytała Estela, nie widząc oczekiwanej reakcji.
     – Zatrzymaj je sobie – rzuciła czarodziejka, ruszając w drogę powrotną.
     – Zaczekaj! – krzyknął za nią Jose, ale się nie zatrzymała.
     Już po chwili ją doganiał.
     – Zaczekaj! – powtórzył, więc nieco zwolniła. – Nie możemy tak jej tu zostawić – powiedział z przejęciem, gdy tylko się zrównali.
     – Zostaw jej ich złoto, to na pewno sobie poradzi – powiedziała rozzłoszczona zaistniałą sytuacją.
     – To ty mnie tu przywiozłaś – przypomniał.
     – Chciałeś ją ratować. Ja już tego żałuję.
     – Dlaczego? – Nie rozumiał.
     – Zobacz, jak ona się zachowuje.
     – Na pewno jest w szoku. – Szukał usprawiedliwienia.
     – Więc jeśli masz ochotę, zaczekaj, aż jej przejdzie.
     – Słyszałaś przecież, że ona nie jest stąd. Może nawet dobrze nie mówi w naszym języku. Może nie to miała na myśli… Poza tym wspominałaś coś o jakimś tartaku… – Usilnie próbował ratować sytuację.
     – Tak, wieźli ją do tartaku – potwierdziła, zachowując obojętność.
     – I tam jest jej narzeczony? I więcej zbirów?
     – I ktoś, kto miał im za nią zapłacić – dodała.
     Rozejrzał się nieco zdenerwowany. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ciężko mu będzie przekonać Veronikę do dalszej współpracy.      
     – Nie mogę was zostawić. Ani jednej, ani drugiej – stwierdził.
     – Spokojnie, ja sobie poradzę – zapewniła go kobieta.
     – Może tak, a może nie. Może ich być tu więcej.
     – W razie czego poradzę sobie z nimi – powtórzyła.
     – Tak, ze wszystkimi i ze wszystkim. – Wyraźnie się zirytował.
     – Potrafię też unikać niebezpieczeństw. Jak będzie ich zbyt wielu, to… Nie obawiaj się. Jeśli masz ochotę z nią zostać, to proszę bardzo. Ja już nie mam. Straciłam chęć na pomaganie jej… To zresztą nie moja sprawa. – Nie zamierzała zmieniać zdania.
     – Nie można jej tak zostawić… – Jose zdawał się być rozdarty. – Załatwię to i wtedy wrócę na plantację – postanowił. – Tylko obiecaj, że nic ci się nie stanie.
     – Na pewno nic mi się nie stanie. Ostatnio bywałam w gorszych tarapatach.  Samotna przejażdżka po lesie to nic takiego. – Odwróciła się, by sprawdzić, co robi Estalijka.      
     Ta siedziała już na swoim koniu i rozglądała się.
     – Pospiesz się, bo zaraz ci ucieknie – zasugerowała.
     – Dobrze. Do zobaczenia – pożegnał się i pogalopował w stronę dziewczyny.
     Veronika przez chwilę patrzyła za nim. Nieoczekiwanie zawrócił i znów do niej podjechał.
     – Co ze złotem? – zapytał.
     – Ja dziękuję. Jeśli chcesz, weź wszystko. – Uniosła się honorem.
     – Dzięki. – Ucieszył się. – Gdzie jest ten tartak?
     Kobieta pokręciła głową, wskazała mu kierunek i ruszyła w swoją stronę.

     Jechała powoli, nie spiesząc się do tego, co działo się aktualnie na plantacji. Pomyślała nawet przez moment, że towarzystwo tej wstrętnej baby w drodze do tartaku mogło być jednak milsze niż wieczór z oszalałym na punkcie wesela Gertem. Doszła do wniosku, że skoro dopadają ją takie myśli, nadszedł najwyższy czas, by powiedzieć mu, że przesadził.

     Był wieczór, gdy dotarła do domu. Rzemieślnicy zakończyli prace na ten dzień. Tylko chłopi z pobliskiej wioski podlewali jeszcze sadzonki. Gert i Edi siedzieli na werandzie, popijając wino.
Powoli, rozglądając się, podjechała pod dom. Narzeczony z promiennym uśmiechem wyszedł jej na spotkanie. Wyciągnął do niej ręce, by pomóc jej zsiąść z konia, a potem czule pocałował ją na powitanie.
     – Stęskniłem się. Ile to już czasu? – zapytał, wpatrując się w nią z fascynacją.
     – Kilka godzin – odparła chłodno.
     – Nie wytrzymałbym chyba ani chwili dłużej… Jak minął ci dzień? – Wziął ją za rękę i ruszyli w stronę drzwi.
     – Dobrze, dziękuję – odpowiedziała krótko. – A tobie?
     – Byłem trochę zapracowany. Wiesz, przygotowania. Nie wiem, komu mógłbym to zlecić. To dobrzy ludzie, ale chyba nie mają serca do tego typu zajęć.
     – To pewnie jest bardzo męczące – stwierdziła od niechcenia.
     – Czasochłonne. Zastanawiam się też, czy ty podzielisz moją koncepcję? Czy spodoba ci się przyjęcie? Nie pomagasz mi w przygotowaniach, nie omawiamy dekoracji, potraw… W zasadzie odnoszę wrażenie, że w ogóle cię to nie interesuje…
     Veronika zatrzymała się i przez chwilę w milczeniu patrzyła na narzeczonego.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 784 słów i 4759 znaków.

1 komentarz

 
  • Margerita

    łapeczka w górę widzę że Jose się zakochał skoro nie chce jej zostawiać cały on

  • Fanriel

    @Margerita Dziękuję.  :kiss: