Strażnicy cienia II część 24

Odwróciła się gwałtownie gotowa do walki i zobaczyła Jose trzymającego w ręku zapaloną pochodnię. To on rzucił zaklęcie, które ją zaalarmowało.
     – Odbiło ci? Mogłam cię zabić. – Zdenerwowała się.
     – Co? – zapytał zdziwiony. – Mam mało światła – wyjaśnił i ustawił pochodnię przy swoim posłaniu.
     – Przecież im mniej tym lepiej. Mieliśmy się ukrywać – przypomniała.
     – Myślę, że on widzi w ciemności dużo lepiej od nas.
     – Dzięki tobie zobaczy nas z daleka.
     – To tylko pochodnia. – Estalijczyk nie dostrzegał problemu.
     – Czy mi się wydaje, czy ty miałeś teraz spać? Jeśli nie chcesz, to ja się chętnie położę… – Była zirytowana jego zachowaniem. – Zgaś to i śpij.
     – Masz wartę, tak? – zapytał. – Skup się na warcie, a ja…
     – Właśnie się skupiam – nie pozwoliła mu dokończyć. – Ktoś używał magii, ty miałeś spać, więc ciesz się, że od razu w ciebie czymś nie rzuciłam.
     – Całe Imperium powinno się cieszyć, że jesteś tutaj. Mogłabyś przecież kogoś zabić – odciął się.
     – Czy ty sobie nie zdajesz sprawy z powagi sytuacji, w jakiej się znajdujemy, czy co?
     – Tak będzie przez całą noc? – zapytał Edgar, podnosząc się.
     – Właśnie tego nie wiem – odpowiedziała Veronika. – Chciałabym skoncentrować się na swoim zadaniu, ale ciągle ktoś mi przeszkadza.
     – Zgaś to i przymknijcie się – warknął Edi.
     – A od kiedy ona tu rządzi? – oburzył się Jose.
     Kobieta przez chwilę przyglądała się czarodziejowi, po czym podeszła do niego i zabrała mu pochodnię. Energicznym krokiem dotarła do drzwi, po czym wyrzuciła ją na dwór.
     – Teraz będzie widział wyraźnie – powiedziała.
     – Jesteś… nadpobudliwa – stwierdził Jose, po czym popatrzył na wszystkich po kolei i położył się spać.
     – Gratuluję – wyszeptał do narzeczonej Gert. – Postawiłaś na swoim.

     Gdy po chwili w wieży rozległo się głośne chrapanie Jose, Gert poszedł po pochodnię nadal płonącą magicznym ogniem. Zostawił ją w pomieszczeniu, w którym nie było żadnych okien, by jej blask nie był widoczny na zewnątrz.

     Rano, gdy już wszyscy wstali, Veronika wyszła z budynku, by się rozejrzeć, ale nie dostrzegła niczego niepokojącego.
     – Powiedz Ediemu i Jose, że będę się kąpał – poprosił Gert, na moment zatrzymując się obok niej.
     – Po co? – zapytała zdziwiona.
     – Nie chcę, żeby mnie podglądali nawet przez przypadek.
     – Jak sobie życzysz. – Uśmiechnęła się do niego i ruszyła w stronę wieży.
     Gdy obejrzała się za siebie, zobaczyła, że jej narzeczony się rozbiera. Zagwizdała i zatrzymała się na chwilę.
     – Mogłeś wcześniej nabrać tej wody – powiedziała do niego rozbawiona.
     – Wtedy byś się tak nie cieszyła – odparł, powoli wyciągając wiadro ze studni.

     Kiedy weszła do budynku, Edgar i Jose jedli właśnie śniadanie. Naturalnie przekazała im prośbę narzeczonego.
     – Dzięki za ostrzeżenie – rzucił Edi.
     Stanęła na schodach i obserwowała poczynania Gerta, który wygłupiał się przy studni. Czasami zerkała na towarzyszy. Zauważyła, że Edgar jej się przygląda. Gdy go na tym przyłapała, spojrzał jej prosto w oczy. Po chwili poczuła, że to zrobiło się niestosowne.
     – Przedstawienie cię ominie – odezwał się w końcu, nie odwracając wzroku.
     – Bez obawy – odparła, po czym wykorzystała okazję i przeniosła spojrzenie na narzeczonego.
     Zanim skończył, weszła do środka i usiadła na schodach. Czarodziej studiował swoje zaklęcia, a Edgar przechadzał się po korytarzu, oglądając ściany, na których nie było nic ciekawego. Estela leżała na posłaniu. Jej stan się nie zmienił.  
     
     – Mam nadzieję, że w okolicy nie mieszkają żadne elfy – powiedział Gert po powrocie.
     – Dlaczego? – zainteresowała się Veronika.
     – To było przedstawienie dla ciebie, a nie dla leśnych społeczności – wyjaśnił z uśmiechem.
     – Chyba popełniłyby zbiorowe samobójstwo – zażartowała.
     – Teraz to mnie obraziłaś. – Udał urażonego.
     – Z rozpaczy, że to się nigdy więcej nie powtórzy – wtrącił Edi.
     – Idąc tym tropem, powinniśmy mieć się na baczności. Teraz mogą zechcieć cię porwać. Już nie tylko wampir będzie nam zagrażał – stwierdziła kobieta.
     – Myślisz? – zapytał Gert, poprawiając włosy.

     Przez jakiś czas podróżowali zarośniętą drogą, na której były jeszcze koleiny po wozach. Z niej zjechali w lewo na szlak prowadzący do Nuln.
     – Możemy szybciej? – zapytał wtedy Edgar. – Za niecałą godzinę powinna być gospoda. Moglibyśmy tam coś zjeść i odpocząć.
     – Chętnie – odparła Veronika i spojrzała na czarodzieja, który tylko skinął głową. – Prowadź Edi – powiedziała.

     Koło południa zobaczyli na wzgórzu zajazd otoczony palisadą. Brama była otwarta. W niej stał mężczyzna w ciemnym stroju i patrzył w ich stronę przez lunetę. Po chwili wszedł na teren kompleksu, znikając im z pola widzenia.
     – Obawiam się, że ktoś tam na nas czeka – powiedziała Veronika.
     – To zajazd… Z nikim nie byliśmy umówieni – odezwał się Gert.
     – Nie widziałeś tego? – zapytała. – Nie mów, że nie wydaje ci się to podejrzane.
     – Po prostu zachowajmy gotowość – zasugerował Edi. – A jak chcecie, możemy ominąć to miejsce.
     – Zachowajmy gotowość i jedźmy – zdecydowała czarodziejka.
     Gert i Edgar sprawdzili pistolety.
     – Chociaż… – zaczęła. – Cholera wie, czego nam tam dosypią do jedzenia i czy na przykład zaraz nie zaśniemy.
     – Więc? Jedziemy dalej? – zapytał Edi.
     – Możemy tu odpocząć, a potem nie będziemy się już zatrzymywać aż do Nuln – postanowił Gert.
     – Z drugiej strony warto byłoby się dowiedzieć, kto to i o co chodzi – stwierdziła Veronika.
     – To może być zasadzka – zasugerował Edgar.
     – Jeśli czegoś od nas chcą, to na pewno za nami pojadą – powiedział jego przyjaciel. – Chociaż, jeśli on tam jest, moglibyśmy…
     – Nie sądzę – przerwała mu narzeczona. – Nie narażałby się na to, że dorwiemy go w dzień. Zakładam, że teraz jest dobrze schowany, bo raczej nie zdążyłby zebrać ludzi i się przygotować.
     Wtedy zauważyli, że zza palisady wyszły dwie osoby. Obie patrzyły w ich stronę.
     – Chyba się niecierpliwią – zauważył Jose.
     – Zatrzymajmy się tu – poprosiła kobieta.

     Pozsiadali z koni na drodze. Gert pomógł czarodziejowi zdjąć Estelę. Dwaj, którzy ich obserwowali, znów zniknęli za ogrodzeniem.
     Edi zaczął poić konia z bukłaka, zerkając w stronę zabudowań. Jose zmoczył chusteczkę i zwilżał nią usta nieprzytomnej dziewczyny. Co jakiś czas sprawdzał, czy nadal oddycha.
     Gert podszedł do narzeczonej, która właśnie sięgała po prowiant.
     – Przynajmniej mamy pewność, że nie jest trupem – powiedział szeptem, zerkając w stronę Estalijki. – Jeszcze nie śmierdzi.
     – Ile w tobie empatii i… nie wiadomo czego jeszcze.
     – Cieszę się, że tak uważasz. – Uśmiechnął się.
     – Yhm. Przykro by było ciągnąć za sobą smród, nie? Wyobrażasz to sobie? Pełno much i innych obrzydlistw, może jakieś padlinożerne ptaki nad głową. Paskudna sprawa.

     Po chwili z zajazdu wyjechało siedmiu uzbrojonych konnych.
     – Przygotujcie się – polecił Edgar i po raz kolejny sprawdził pistolet.
     Jose szybko rozłożył koc i zarzucił go na Estelę, po czym podwinął rękawy i upewnił się, czy jego rapier luźno wysuwa się z pochwy. Czarodziejka odłożyła jedzenie i zwróciła się w stronę zbliżających się mężczyzn. Wyraźnie było już widać, że mieli na sobie mundury strażników dróg.
     – Czy ktoś z was może być z nimi na bakier? – Veronika zapytała towarzyszy.
     Ci popatrzyli po sobie i przecząco pokręcili głowami.
     – Pewnie kogoś szukają, a my wydaliśmy się im podejrzani, zatrzymując się przed zajazdem – domyślał się Edi.

     Gdy dojechali, jeden z nich stanął w pobliżu Edgara. Reszta zatrzymała się za nim, zachowując bezpieczną odległość. Nie wyglądali na sympatycznych ludzi. Bacznie przyglądali się podróżnym, jakby faktycznie sprawdzali, czy wśród nich nie ma kogoś, kogo szukali.
     – Skąd jedziecie? – zapytał ten z przodu.
     – Stamtąd – odpowiedział Edi i ręką niechlujnie wskazał za siebie.
     Gert podszedł do nich, chcąc ratować sytuację.
     – Dzień dobry, szanowni rycerze – zaczął. – W czym możemy pomóc?
     Strażnicy zdawali się być lekko zdumieni takim powitaniem.
     – Żarty się was trzymają? – ton dowódcy stał się bardzo nieprzyjemny.
     – Skądże – zaprzeczył Gert. – Wyglądacie tak poważnie i groźnie. Mogę się założyć, że jesteście rycerzami.
     – Ja się z tobą założę – powiedział jeden z mężczyzn.
     – Dosyć tego! Gdzie spędziliście ostatnią noc? – dowódca zaczął ich przepytywać.
     – W opuszczonej wieży, kilka godzin stąd – odpowiedział Gert.
     – W obserwacyjnej wieży Rion?
     – W tejże właśnie – potwierdził z pełną powagą.
     – Co tam robiliście?
     – Nic złego – odezwał się Edi. – Może powiecie nam o co chodzi, a my powiemy, czy mamy z tym coś wspólnego?
     – Chętnie odpowiemy na wszystkie pytania – zapewnił Gert. – Zawsze współpracujemy ze stróżami prawa.
     – Skąd jesteście? – zapytał strażnik.
     – Z Nuln – odparł Gert.
     – Kręcił się w okolicy ktoś podejrzany?
     – Poza wampirem i zgrają oprychów, nie – burknął Edgar.
     Strażnicy popatrzyli po sobie porozumiewawczo.
     – Widzieliście wampira? – kontynuował dowódca.
     – Ja widziałem w tejże właśnie wieży… ale uciekł – oznajmił Gert. – Potem pojechaliśmy za nim. Ożywił trupy na cmentarzu, zakopał się w grobie, zmienił w szczura i znów uciekł. Potem już się nie pokazał…
     – Jak wyglądał? – strażnik przerwał ciszę, która zapadła na moment.
     Veronika podała im dokładny opis. Jeden z mężczyzn skrupulatnie wszystko zanotował.
     – Wiecie, jak on się nazywa? Jak długo tu żeruje?
     Przesłuchiwani pokręcili głowami.
     – Prawdopodobnie tu był – poinformował ich strażnik.
     – Kiedy? – zainteresowała się czarodziejka.
     – Nie jesteśmy pewni, ale chyba… przedwczoraj w nocy.
     – Jest bardzo prawdopodobne, że skierował się w stronę Nuln – zasugerowała.
     – To wszystko? – zapytał chłodno Edi.
     – Nie macie czego szukać w zajeździe. Zabił kilka osób i przynajmniej część z tych, którzy tam mieszkali, poszła z nim. Nie jest już sam – poinformował ich dowódca.
     – Dziwne – stwierdził Gert. – Po co mu trupy? Przecież nie wprowadzi ich do miasta. W nocy brama jest zamknięta.
     – Upokorzyliśmy go. Pewnie zasadzi się na nas gdzieś po drodze – dedukowała Veronika.
     – Jak to go upokorzyliście? – Strażnik chciał poznać szczegóły.
     – Uciekł nam dwa razy. Raz nago – wyjaśnił Gert.
     – Widzę, że nic sobie z tego nie robicie. Jesteście łowcami wampirów? – Skrzywił się z niesmakiem, zadając to pytanie.
     – Nie – zaprzeczył Gert. – To taki… Jakby to określić?
     – Dobry uczynek – podpowiedziała mu narzeczona.
     – Coś w tym stylu – zgodził się z nią. – Można by rzec, że to wybryk Ranalda.
     – Jesteście pewni, że nie udał się w tamtą stronę? – Strażnik wskazał drogę za nimi.
     – Szukajcie go w Nuln – powiedział Edgar.
     Dowódca pochylił się w jego stronę:
     – Masz szczęście, że mamy ważniejsze sprawy na głowie. Następnym razem postaraj się odzywać grzeczniej. Komuś mogłyby puścić nerwy… Jedziemy do Nuln – zwrócił się do swoich ludzi, po czym odjechali w pośpiechu w stronę miasta.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1912 słów i 11779 znaków.

2 komentarze

 
  • Margerita

    łapeczka macha do rozbierającego się Gerta

  • Fanriel

    @Margerita  :lol2:  Dziękuję.

  • AnonimS

    Przeczytałem. Trop wyrażny. Czyli jedziemy dalej.

  • Fanriel

    @AnonimS Dokładnie. ;)