Strażnicy cienia II część 32

Podszedł od razu i kucnął obok niej.
     – W co wy żeście się znowu wpakowali? – zapytał zatroskany. – Wszystko będzie dobrze. Znam najlepszego medyka w mieście… Jest dyskretny – dodał szeptem, pochylając się nad narzeczoną. – Jak skończysz, zajmij się nim – polecił najemnikowi, wskazując na Jose.
     Ten, blady i zakrwawiony, siedział nieopodal na jednej z ławek.
     – Myślę, że mamy pecha – powiedział czarodziej – ale przynajmniej chwycili trop.
     – Gdzie ja pojadę w takim stanie? – jęknęła zrezygnowana kobieta.
     Gert popatrzył na nią w zamyśleniu.
     – Nie ma wyjścia. Jakoś dotrzemy na plantację i odprawimy służbę – stwierdził.
     – Potrzebny nam czarodziej z Kolegium Światła – wtrącił Jose.  
     Ktoś taki faktycznie mógłby rozwiązać ich problem. Niektórzy Hierofanci potrafili zupełnie uzdrowić nawet umierającego.
     – Jest tu taki? – Veronika z nadzieją w głosie zapytała narzeczonego.
     – Nie wiem – odparł.
     – Dowiedz się – poprosiła. – Może moglibyśmy realizować nasz plan.
     – Niech nikt się nie rusza! – doszło ich od wejścia.
     Gert spojrzał w tamtą stronę i wstał.
     – Dobrze, że panowie są – powiedział do nowo przybyłych. – Później porozmawiamy – rzucił do narzeczonej, odchodząc.

     Nie bez wysiłku Veronice udało się usiąść. Zobaczyła, że jej narzeczony rozmawia ze strażnikami miejskimi. Najemnicy trzymali się z boku, a krasnolud z kuflem piwa w ręku opierał się o ścianę i obserwował to, co się działo.
     Podszedł do czarodziejki, po tym jak na niego skinęła.
     – Szukasz pracy? – zapytała go. – Ochrona – dodała, widząc malujące się na jego twarzy niezrozumienie.
     – A kogo miałbym ochraniać?
     – Nas. Mnie albo jego. – Spojrzała w stronę Jose. – W zależności od tego, kto by tego potrzebował – wyjaśniła.
     – Wolę ciebie. Nie ufam magom – zaznaczył.
     – Trzymamy się razem. Chodzi o wspólną podróż i wsparcie w ewentualnej walce.
     – Dawno nie walczyłem – przyznał uczciwie.
     – Świetnie ci poszło. Chcesz tę pracę czy nie? – Nie miała już siły na dalszą rozmowę.
     – A za ile? – zapytał po chwili namysłu.
     – A ile byś chciał? – Nie zamierzała żałować mu złota. Doskonale zdawała sobie sprawę, że ogłuszając wampira, uratował jej życie.
     – Wydaje mi się, że lubicie pakować się w kłopoty… – zaczął. – Dużo będzie tych kłopotów?
     W odpowiedzi lekko skinęła głową i skrzywiła się, bo nawet najmniejszy ruch, potęgował ból, który niezmiennie czuła.
     – Dla kogo pracujecie? – dopytywał.
     – Dla nikogo – odparła, zamykając na chwilę oczy.  
     – To znaczy, że pracujecie na własną rękę? – Zdziwił się. – Łowcy wampirów?
     – Nie. Powiedzmy, że ostatnio mamy pecha.
     – I chcecie, żebym ja wam przyniósł szczęście? Niech będą dwa srebrniki na tydzień… – Zamilkł na moment, by sprawdzić jej reakcję. – I złota korona od głowy. Ten tu też się liczy – dodał.
     – W porządku – zgodziła się, nieco zaskoczona tą ceną. Przeciętni najemnicy liczyli sobie dziesięć razy więcej.
     – Będę potrzebował broni – mówił dalej. – Swoją sprzedałem. Nie była mi potrzebna. Najlepiej topór dwuręczny. Poza tym potrzebuję kuca. Nie będę za wami biegał… Zgadzasz się? – zapytał, spodziewając się odmowy.
     – Tak, ale to będzie mój kuc i mój topór, a ty będziesz z nich korzystał. Jeśli zechcesz, spłacisz mi to potem – zaproponowała. – Możemy to omówić później?
     – W porządku. Przy pierwszej lepszej okazji coś sobie załatwię – stwierdził i spojrzał na wampira, po czym mało dyskretnie rozejrzał się po izbie.
     – Zaraz wracam – powiedział i odszedł parę kroków.
     Pokręcił się tam chwilę i zaczął przesuwać coś nogą w stronę kobiety. To był pistolet. Wyciągnęła po niego rękę, ale krasnolud go przydepnął, kręcąc głową.
     – Chciałam ci pomóc – wyjaśniła, więc cofnął stopę.
     Wsunęła broń za siebie, po czym z wysiłkiem włożyła ją za pasek.
     – Dobra. Będzie z tego parę sztuk złota – oszacował i usiadł obok czarodziejki. – Nie lubię broni palnej… Napijesz się? – zapytał. – Uśmierzy ból – dodał, a gdy odmówiła, łyknął ze swojej piersiówki. – Jak cię zwą?
     – Veronika.
     – Gottri – przedstawił się.
     – Dziękuję za pomoc. – Lekko się uśmiechnęła.
     – To kiedy zaczynam i jakie jest moje zadanie?
     – Dzisiaj. Na razie o szczegóły pytaj Gerta – odpowiedziała i lekko skinęła głową w stronę narzeczonego.
     – Pracuję dla ciebie? – upewnił się.
     – Tak, ale teraz on się tym zajmie, dobrze? Nie mam na to siły – przyznała.

     Kilku strażników miejskich opuściło zajazd. Ich dowódca posłał po kapłana Morra i kontynuował rozmowę z Gertem, natomiast do Veroniki podeszło dwóch najemników. Jeden z nich przy niej kucnął.
     – Pomożemy pani wstać – powiedział.
     – Nie wiem, czy mam na to ochotę – odparła.
     – Jak to? – Zdziwił się.
     – Mam mały kłopot z nogą – wyjaśniła.
     Mężczyzna wyprostował się i odpiął miecz. Oddał go swojemu kompanowi, by po chwili delikatnie wziąć czarodziejkę na ręce.
     – Tak lepiej. – Uśmiechnęła się, usiłując ukryć grymas bólu.

     – On jest od ciebie? – zapytała Gerta, gdy zbliżali się do drzwi.
     – Tak – potwierdził. – Ma na imię Alex. Jak chcesz, może cię ochraniać.
     – Świetnie. Teraz czuję się bezpiecznie.
     Słysząc to, jej narzeczony zmrużył oczy, po czym jak gdyby nigdy nic wrócił do rozmowy z oficerem straży miejskiej.
     
     – Wytrzyma pani w siodle? – zapytał ją Alex.
     – Tak – odparła bez przekonania.
     Najemnik podszedł z nią do wierzchowca Jose.
     – Tamten jest mój. – Wskazała swojego rumaka.
     – Naprawdę? Pani narzeczony zna się na rzeczy, ale sam na takim nie jeździ. – Pomógł jej usiąść na koniu. – Na pewno sobie poradzisz? – zapytał z wątpliwością w głosie.
     Veronika skinęła głową, starając się przyjąć najwygodniejszą pozycję.
     
     Po chwili z zajazdu wyszedł Jose, a za nim Gert.  
     – Zbieramy się – zarządził i ruszył w stronę swojego wierzchowca. – Poradzisz sobie? – Zatrzymał się przy czarodzieju. – Jak się czujesz? Potrzebujesz pomocy?
     – Dam radę – zapewnił go Estalijczyk, mocując do siodła torby, które magowie zabrali ze sobą do środka.
     Veronice zrobiło się przykro i z żalem popatrzyła na narzeczonego. Czuła się okropnie, była ciężko ranna, a on bardziej troszczył się o jakiegoś znajomego niż o nią. Przynajmniej takie odniosła wrażenie.
     Sprawniejszą ręką, z wielkim wysiłkiem, sięgnęła do swojej torby. Chciała wyjąć płaszcz, by się nim okryć.
     – Zostaw. Pomogę ci – powiedział Gert, gdy zauważył, co robiła.
     Zarzucił na jej plecy okrycie, a na głowę założył kaptur. Wiedział, że nie chciała być kojarzona z takimi wydarzeniami i zamierzała ukryć twarz.
     – Dziękuję… Jestem gotowa.
     Gdy chwyciła lejce w prawą rękę, z bólu w oczach stanęły jej łzy.
     – Dobrze. Nie traćmy czasu. Jedziemy – zdecydował.

     Podążając za nim, dotarli do eleganckiej dzielnicy willowej. Budynki były tam stosunkowo nowe. Gert na przełaj przez trawnik podjechał pod jeden z domów. Zsiadł z konia i ruszył do drzwi.
     Wszyscy zatrzymali się w ogrodzie.
     – Pomożesz mi? – Veronika zwróciła się do Alexa, który cały czas był w pobliżu.
     – Oczywiście – odparł i zeskoczył z wierzchowca. – Najpierw noga – zasugerował, stojąc już przy niej.
     Złapał ją, gdy zsunęła mu się w ramiona. Ból był tak silny, że jęknęła.
     – Przepraszam – powiedział.
     – To nie twoja wina. To te cholerne wampiry.
     – Musi boleć. Dzięki temu wiemy, czego należy unikać. – Uśmiechnął się do niej.
     – Już nigdy nie zjem śniadania w zajeździe przy bramie – zażartowała.
     Alex, nie wypuszczając jej z rąk, ruszył w stronę domu. Gert stał przy drzwiach i przyglądał się temu z niezadowoleniem.
     – Pierwsze piętro, pierwsze drzwi na prawo – poinstruował najemnika, gdy ten wnosił jego narzeczoną do środka.

     Wewnątrz panował zaduch. Wszystkie drzwi, w przeciwieństwie do okien, były pootwierane.
     Alex zaniósł Veronikę do wskazanego pomieszczenia. Była to przestronna i jasna sypialnia z dużym łóżkiem. Pościel wyglądała na bardzo drogą.
     – Posadź mnie tam – poprosiła, wskazując fotel.
     – Powinnaś się położyć – stwierdził.
     – Jestem brudna. Nie będę tak kłaść się do łóżka.
     – Twojego chłopaka chyba stać na nową pościel – zauważył.
     – Najpierw doprowadzę się do porządku – upierała się.
     – Jak chcesz to zrobić? – zapytał, nadal trzymając ją na rękach.
     – Poproszę kogoś o pomoc – wyjaśniła. – Puścisz mnie wreszcie?
     Ostrożnie posadził ją tam, gdzie chciała.
     – Zaczekam, dopóki nie zostaną wyznaczone nowe zadania i ktoś, kto będzie cię chronił – powiedział, po czym podszedł do okna i otworzył je szeroko. – Przyda się przewietrzyć.
     W tym czasie kobieta prawą ręką zsunęła z głowy kaptur i zaczęła zdejmować płaszcz.
     – Ciężko poprosić o pomoc, co? – zapytał dość zuchwale jak na najemnika.
     – Już cię dziś prosiłam – przypomniała.
     – Racja. – Założył ręce na piersiach, nie ruszając się z miejsca.
     Czarodziejka przyjrzała mu się z zaciekawieniem. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale był przystojny. Na oko nie miał jeszcze trzydziestu lat. Czarne, nieco rozmierzwione włosy i wyzywające spojrzenie niebieskich oczu nadawały intrygujący wyraz jego opalonej twarzy.
     – Niezła kolekcja – stwierdził i skinął na barek. – Wódka mogłaby nieco uśmierzyć ból.  
     – Z przyjemnością się napiję, jeśli zechciałbyś mi nalać.
     Podszedł do trunków i kolejno otwierał karafki, wąchając ich zawartość.
     – To wygląda nieźle. – Wybrał w końcu i wlał do sporego kieliszka.
     Przyniósł go Veronice, a ona od razu duszkiem wypiła połowę. Palenie alkoholu na moment przyniosło jej pewną ulgę, zagłuszając inne odczucia.
     Z korytarza doszedł ją głos Gerta. Prawdopodobnie pokazywał Jose jego pokój. Alex, odnosząc karafkę, napił się z niej, po czym zamknął ją i odstawił na miejsce. Potem skierował się do wyjścia. Stanął w otwartych drzwiach, patrząc na korytarz.
     Czarodziejka odłożyła płaszcz na ziemię i syknęła, na co towarzyszący jej mężczyzna gwałtownie zwrócił się w jej stronę.
     – Mówiłem, że należy się położyć.
     – Jesteś z Nuln? – zapytała, próbując odwrócić swoją uwagę od bólu.
     – Nie – odparł krótko.
     – A skąd?
     – Znikąd… Jestem najemnikiem. Nie mam domu, nigdzie nie wracam.
     – Skądś jednak pochodzisz. Gdzieś się przecież urodziłeś.
     – Tak, ale nie ma o czym gadać. I nie ma się czym chwalić… A ty? Urodziłaś się tu?
     – Nie. Pierwszy raz jestem w Nuln. Wczoraj przyjechałam. – Uśmiechnęła się lekko.
     – No to witamy w mieście. Mówię to w imieniu poddanych panującej tu Księżnej-Elektorki. Miałaś pecha. Podwójnego pecha, bo to stało się w dzień… Dziwne. Mnie to wygląda na egzekucję. Wampiry, które wyłażą w blasku słońca, żeby zabić dwie osoby, kiedy nocą mordują dziesiątki, mniej ryzykując… Podejrzana sprawa. Chyba powinienem zażądać podwyżki.
     – Nie wiem, czy to podejrzane, czy nie. Zastanowię się nad tym później, gdy ktoś mi pomoże i poczuję się lepiej… – przerwała, słysząc zbliżające się kroki.
     Jeden z najemników zajrzał do środka, po czym przeniósł wzrok na Alexa.
     – Wszystko w porządku? – zapytał go nowo przybyły, na co odpowiedzią było tylko skinienie głową.
     Mężczyzna wszedł do sypialni i wyprostowany stanął przed Veroniką.
     – Jestem dowódcą tej grupy – zaczął, nie patrząc jej w oczy. – W razie jakichkolwiek problemów dotyczących moich ludzi, proszę zgłaszać się do mnie. Jeśli chodzi o skuteczność, ręczę za nich. To najlepsza grupa, z jaką współpracowałem. Nie jesteśmy jednak jeszcze dotarci i nie chciałbym, żeby czyjś brak ogłady zaważył na ogólnym wizerunku.
     – Na razie nie zauważyłam żadnych braków – skłamała.
     Zachowanie Alexa pozostawiało wiele do życzenia. Był zbyt swobodny i traktował ją jak znajomą. Dla niej nie stanowiło to problemu, jednak zdawała sobie sprawę, że mało który pracodawca tolerowałby coś takiego.
     – Proszę wybaczyć, ale jestem ranna i nie mam teraz do tego głowy.
     – Pani narzeczony już wyszedł – oznajmił.
     – Wyszedł? – Bardzo się zdziwiła.
     – Tak, pojechał po czarodzieja. Dopóki nie wróci, ja zajmę się pani ochroną.
     – Czy ktoś mógłby przynieść tu moje rzeczy? – zapytała.
     – Oczywiście – odparł dowódca i natychmiast zlecił to podwładnemu, po czym obaj opuścili sypialnię.
     Gdy została sama, znalazła pozycję, w której ból był najmniej dokuczliwy. Zamknęła oczy. Nie zareagowała w żaden sposób, gdy najemnik przyszedł z jej bagażami. Nie miała siły ani ochoty na jakiekolwiek rozmowy.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2173 słów i 13225 znaków.

1 komentarz

 
  • Margerita

    łapeczka w górę o matko jedyna Verci została ranna

  • Fanriel

    @Margerita Dziękuję. :)