Strażnicy cienia II część 52

– Trzeba przetrząsnąć całą wieś! Mogą się gdzieś chować! – krzyknął Alex, który przez cały czas stał na uboczu ze swoją kuszą gotową do użycia.
     – Grupy trzyosobowe. Rozproszyć się – polecił Gert. – Trzeba też sprawdzić, czy w domu władcy nie ma zakładników… Niech dwie grupy przejdą się po osadzie, reszta za mną. Alex, ty zostań. – Spojrzał na narzeczoną. – Idziesz?
     – Nie – odparła i rozejrzała się, szukając miejsca, z którego miałaby najlepszy widok.
     – Pójdę z nim – powiedział do czarodziejki Estalijczyk.
     – Dobrze – poparła go. – Ja zostanę z Estelą.

     Wyznaczeni do tego najemnicy od razu zaczęli przeszukiwać chaty. Gert, Gottri i Jose skierowali się w stronę największego domu. Veronika ruszyła za nimi, gdyż budynek stał na najwyższym wzniesieniu we wsi. To był najlepszy punkt obserwacyjny. Po drodze dała pistolet Esteli, która podążała tuż za nią.

     Gert podszedł do okiennicy i zaczął nasłuchiwać jakiegoś ruchu w środku. Powoli przesuwał się wzdłuż ściany. Czarodziejka w tym czasie obserwowała okna na piętrze.
     W końcu dotarł do zamkniętych drzwi i nacisnął klamkę. Potem sięgnął po pistolet, wycelował w drzwi i kopnął je. Odsunął się gwałtownie, gdy się otworzyły. Odczekał chwilę, po czym powoli wszedł do środka.
     – Korytarz pusty – powiedział i wtedy pozostali ruszyli za nim.

     Wkrótce Veronika usłyszała u góry jakieś chrobotanie. Gert otworzył okiennicę. To samo zrobił z pozostałymi na piętrze. Niedługo po tym ze środka zaczęli wychodzić jacyś ludzie. Mrużąc oczy, rozglądali się z przestrachem.
     – Nieźle nam poszło – stwierdziła czarodziejka, zwracając się do swojej towarzyszki.
     – Bardzo dobrze – potwierdziła z zadowoleniem Estela. – I chyba nikt nie zginął.
     – Jeden z zakładników na pewno, z naszych chyba nikt. Nie wiadomo, co z tymi przy koniach, ale nie sądzę, aby mieli tam kłopoty.
     – Nikogo więcej tam nie ma – powiedział Jose, opuszczając budynek.
     Po chwili na zewnątrz wyszedł Gert, a za nim Gottri niosący kilka flaszek.
     – W domu już nie ma wampirów. Możecie tam wejść i zabrać, co wam potrzebne. I radzę wam jak najszybciej się stąd oddalić – poradził uwolnionym Gert. – Mogą  się tu zjawić w nocy.  
     Tylko kilka osób zdecydowało się wrócić do domu władcy. Reszta najwyraźniej nie miała na to ochoty.

     Veronika rozejrzała się dookoła i ruszyła w stronę niewielkiej szopy.
     – Dokąd idziemy? – zapytała Estela.
     – Przydałyby nam się jakieś łopaty. Może coś tu znajdziemy.
     – Świetny pomysł. Może któryś z ocalałych mieszkańców mógłby nam pomóc – zasugerowała Estalijka.
     – Wyglądają, jakby byli w szoku. Prędzej same znajdziemy, niż się z nimi dogadamy.
     – Myślałam o kopaniu – wyjaśniła Estela.
     – Może, chociaż wątpię. Ludzie są raczej niechętni, jeśli chodzi o takie działania.
     W szopie była jedna łopata i kilka bezużytecznych dla nich narzędzi. Ruszyły dalej, w efekcie czego znalazły sprzęt do kopania dla każdego.

     Najemnicy skończyli przeszukiwać wioskę dopiero po południu. Wyglądali na wyczerpanych.
     – Powinniśmy się spieszyć – stwierdziła Veronika, gdy przyprowadzili konie i zebrali się pod domem władcy.
     Wsiadła na swojego rumaka i powoli ruszyła w stronę bramy.

     – Jak się czujesz? – zapytała Jose, gdy do niej dołączył, po tym jak opuścili osadę.
     – Trochę poszaleliśmy. – Na jego zmęczonej twarzy pojawił się uśmiech.
     – Dobra robota.
     – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, moje zaklęcia nie będą tak potrzebne jak na przykład włócznia… Ale nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli wykopać jakieś trzydzieści grobów w tak krótkim czasie.
     – Ja sobie wyobrażam.
     – W takim razie jestem dobrej myśli – powiedział czarodziej.
     – Po dwa na głowę i będzie po sprawie.
     – A nie możesz użyć do tego iluzji? – zapytał.
     – Niestety nie – zaprzeczyła. – Szkoda, że trafiły nam się wampiry. Nie jestem zbyt skuteczna w walce z nimi.
     – Ale chyba i tak zabiłaś ich więcej niż ja. – Spojrzał na nią. – Chociaż nie, moje płomienie przed zajazdem dały mi zdecydowaną przewagę.
     – Yhm, ja ich nawet nie liczyłam.
     – Ja też nie. Tak szacuję.

     Veronika narzuciła szybkie tempo i już wkrótce zbliżali się do lasu, na skraju którego czekały na nich krasnoludy. Powstawały i sięgnęły po broń. Opuściły ją dopiero, gdy rozpoznały nadjeżdżających ludzi.
     – W co wy żeście się poprzebierali? – zapytał jeden z nich.
     – Wampiry chodziły w płaszczach. Musieliśmy się do nich upodobnić – wyjaśniła czarodziejka.
     – Długo tu siedzimy – zaczął krasnolud. – Już myślałem, że nie przyjedziecie.
     – Rozprawienie się z trzydziestoma, czterdziestoma wampirami musiało zająć trochę czasu – powiedziała.
     – Z pewnością – przyznał jeden z nich, kiwając głową z uznaniem. – I chyba nikogo nie brakuje?
     – Zgadza się – potwierdziła kobieta. – I mamy łopaty.
     – Weszliśmy do lasu – poinformował ją. – Ślady wskazują na to, że cały czas jechały prosto. Nie sposób nie trafić.

     Nie chcąc tracić czasu, Veronika ruszyła, trzymając się wyraźnego tropu. Obrzeże lasu było porośnięte gęstymi krzakami, głębiej roślinność była mniej bujna. Pomiędzy drzewami dominowały wysokie paprocie.
     Czarodziejka od razu zaczęła wypatrywać koni. Wiedziała, że wampiry nie zdołają ich dobrze ukryć. Koncentrowała się na magii i zachowywała maksymalną czujność. Nie chciała wpaść w ewentualną pułapkę, którą mogły zastawić.

     Nagle usłyszeli dźwięk rogu, który dochodził z przodu. Zaskoczeni zaczęli się rozglądać.
     Veronika dostrzegła między drzewami biegnącą postać. Dzieliło ją od nich najwyżej pięćdziesiąt kroków. Nie zastanawiając się, spięła konia i ruszyła w pościg. Chciała skrócić dystans, by móc użyć magii, jednak w lesie ciężko było galopować, a zakapturzona postać była zwinna i szybka.
     W pewnym momencie uciekający zatrzymał się i po raz kolejny zadął w róg. Dopiero wtedy czarodziejce udało się wystarczająco do niego zbliżyć. Nie zwalniając, splotła magię i rzuciła w niego sztyletami cienia. Magiczne pociski trafiły wampira, który upadł i zniknął jej z oczu.
     Podążyła w jego stronę, by upewnić się, że nie żyje. Wjechała na pagórek i zobaczyła, że on nadal ucieka. Niestety był już poza jej zasięgiem.
     Znów puściła się w pościg. Nadal poruszał się bardzo szybko, jednak po chwili kobieta zaczęła skracać dzielący ich dystans. Gdy to tylko było możliwe, znów użyła magicznych pocisków. Pomimo tego, że na moment wampir zniknął za drzewem, tym razem okazały się skuteczniejsze. Wypadł zza niego martwy.  
     Już nieco wolniej ruszyła w jego stronę.

     Towarzysze jadący konno dopiero ją doganiali, natomiast krasnoludy zostały znacznie w tyle. Wtedy usłyszała głos Dietmunda von Carsteina wypowiadającego zaklęcie.
     Był blisko.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1211 słów i 7133 znaków.

2 komentarze

 
  • Margerita

    łapka w górę Gercik jak zwykle wydaje rozkazy jako pierwszy

  • Fanriel

    @Margerita, dziękuję. :)

  • AnonimS

    Robi się coraz ciekawiej.pozdrawiam

  • Fanriel

    @AnonimS Dziękuję. :) Również pozdrawiam.