
Opowiadanie nieodpowiednie dla osób wrażliwych!
Mia siedziała przy stole. Coraz trudniej było jej utrzymać w ryzach opadającą głowę i powieki. Straciła rachubę, który to już raz przegląda kartki z dziwnymi malunkami, a potwór nie próżnuje, podsuwając jej pod nos nowe, coraz bardziej zagadkowe. Jedyne, do czego doszła po każdym kolejnym spojrzeniu na twory niedoszłego Picassa to, że biel i czerń odzwierciedlają jego duszę, bo przecież był pusty w środku. Wyjałowiona i rozchwiana powłoka cielesna ewidentnie nie chciała czerni. Stwór z nerwem zamazywał ją za każdym razem, a nad bielą tworzył coś na kształt schodów, z czarną plamą przy ostatnim stopniu, tuż nad… W jej mniemaniu była to ziemia, a dokładniej płaszczyzna, pod którą chciał się dostać, na co wskazywały pionowe linie.
Z każdym uderzeniem serca jej nieporadność w interpretacji niesymetrycznych symboli i kształtów stawała się bardziej oczywista i pomimo najszczerszych chęci ukrycia, emanowała, co nie obywało się bez konsekwencji. Stwór zaczynał wokół niej krążyć i charczeć, wprawiając mózg i ciało w lęk. Gdy unosił dłoń, ryczał, kaleczył albo coś rozbijało się o ścianę, zamierała. Jednak szybko wracała do niekończącego się koszmaru, bo każde krzyżujące się spojrzenie, nieskazitelna biel bijąca z jego oczodołów, dawała świadome przekonanie, że jej potrzebuje.
Tablica do wywoływania duchów, którą znała i nieraz przy jej pomocy przywoływała jakąś zbłąkaną duszę, dzisiaj nie współpracowała. A gdy coś drgnęło, wskaźnik uparcie kierował się na te same litery, tworząc: „Nie ta brama”. Nie czuła obcej energii, chłodu, połączenia ani szeptu, co nasuwało na myśl jedno: to już nie była Onija, lecz narzędzie, które potrzebowało klucza, by zaczęło działać. Ona takowego nie miała, a leżące wszędzie zapiski niczego nie wyjaśniały. Te nadające się do odczytania były zwykłymi regułkami do zabawy i na pewno nikt za ich pomocą tego dziwaka nie przywołał, nie wspominając o wpłynięciu na zmianę przeznaczenia tego urządzenia.
„Któreś słowo musiało zostać przekręcone i otworzyło przejście. Jak mam je znaleźć, nie mówiąc już o błąkających się po lesie duszach? Większość spisano w niezrozumiałym dla mnie języku. Brama! Jaka brama? Piekła, zaświatów? Jedyne, jakie znam, to egipskie, ale to przecież nie Anubis, a ja nie jestem Ozyrysem i nie przywołam portalu, pstrykając palcami. Przydałby się Internet, tłumaczenie. Nigdy nie sięgałam po demonologię. Ze strachu ledwo żyję, a jeszcze mam dokonać cudu! To niewykonalne! Granie na zwłokę w niczym mi nie pomoże. Umrę z głodu! Stwór będzie mnie męczył, aż zamęczy, bo przecież się nie zabiję. Nie ja!” – rozmyślała, podpierając dłonią brodę.
Pomimo porażek, beznadziejnej sytuacji, postanowiła spróbować raz jeszcze. Pochwyciła tekst napisany przez niejakiego Denisa – po angielsku. Poza powtarzającym się słowem „Rozdziel” i spostrzeżeniami o zepsutej Oniji, nic więcej nie było warte uwagi. Zresztą była głodna, co nie wpływało pozytywnie na lotność umysłu. Stwór był gościnny i przynosił dłonie, oczy, flaki… od czego dostawała mdłości. Jak miała mu wytłumaczyć, że nie jest kanibalem? Niczego nie ruszyła. Wszystko leżało kawałek dalej na kamiennym blacie i śmierdziało. Nie zwracała na to uwagi, bo gdy tylko na to spoglądała, demon łapał, co popadło, i chcąc, żeby jadła, machał tym przed jej mocno zaciśniętymi wargami.
Nawet nie wiedziała, kiedy nastała ciemność, błogi relaks i cisza.
Ryk przywrócił ją do rzeczywistości. Wytrzeszczyła oczy i na bezdechu patrzyła, jak stwór zamaszystym ruchem ręki zrzuca ochłapy i chwyta ją za ramiona, unosząc jak piórko. Uścisk był silny, wypuściła parę łez i jak zahipnotyzowana wpatrywała się w czarne kreski na bielmach, które wolno blakły, aż znikły. Silne dłonie miażdżące jej drobne ręce straciły na sile. Puścił.
– Rach ha ra! – huknął i odstąpił, kopiąc piętrzące się na podłodze kartki.
Nadzieja, której tak kurczowo się trzymała, gasła jak pochodnia pozbawiana tlenu, i coraz częściej rozmyślała o śmierci. Emocje wzięły górę i znalazły upust, odciążając popadający w obłęd mózg.
– Nic z tego nie będzie, rozumiesz?! Zabij mnie wreszcie, maszkaro! Na co czekasz?! – krzyknęła, obejmując się w pasie. W żołądku zabulgotało, a ścisk przypominał linę, którą mocno skręcano, by uzyskać idealny splot. Ból był nie do wytrzymania, a wizualizacja kolejnych szram na skórze, których mogła doświadczyć, nie otrzeźwiała. Spuściła głowę, zawieszając wzrok na podartych spodniach i krwawych śladach po paznokciach. Te na przedramieniu dokuczały najbardziej. Jakiś czas temu, gdy próbowała uciec, stwór wbił w nie szpony. Bunt, błaganie o skrócenie męki, nie przyniosły oczekiwanego efektu. Nadal żyła.
Demon, kiwając głową, lustrował jej kruche, skulone ciało ostrożnie opadające na krzesło stojące pod ścianą.
– Dawaj! Na co czekasz, bydlaku?! – wyrzuciła z siebie z obrzydzeniem.
Osiągnęła cel. Ostre jak brzytwa paznokcie przejechały po jej przedramionach. Spojrzała mu w oczy, jednak przeliczyła siły na zamiary. Niemoc wymieszała się ze strachem, a usta opuścił pisk tak przeraźliwy, że demon aż się cofnął.
– Rachar haaaa!!! – huknął, wyładowując pozostałe gdzieś w zakamarkach mózgu pokłady agresji w skałę. Popękała, a jej odłamki, ciskane z ogromną siłą, lądowały, gdzie popadło. Kilka z nich dosięgło ciała dziewczyny, co jak kubeł zimnej wody w mig ostudziło buzujące hormony.
– Przepraszam – wydukała, połykając łzy i drżąc jak osika.
Odpowiedziała jej cisza. Nie uniosła głowy, chociaż czuła na sobie jego wzrok. Nie chciała widzieć jego oczu i zła, które w nim wyzwoliła. Potwór stał nieruchomo. Para wokół niego zgęstniała. Skórę Mii muskały języki chłodu. Przecież tego pragnęła. Umrzeć! Jednak, czy na pewno?
Stwór się oddalił, a jej ulżyło. Słyszała, jak napełnia kubek wodą i pije. Zebrała się na odwagę i spod wilgotnych rzęs patrzyła, jak siada na kamieniu i drapie się po łysej głowie. Kątem oka dostrzegła coś, co malowało perspektywę na zaspokojenie głodu. Opanowanym, miękkim głosem spytała:
– Mogę?
Wyciągnęła rękę i wskazała na kupkę fantów: buty, ciuchy… Poderwała się, a gdy zawarczał, skapitulowała. Jeszcze nie był tym dobrym. Nie pozostawało nic innego, jak poczekać na odpowiedni moment. Jakie było jej zdziwienie, kiedy sam poszedł w tamtym kierunku, a po chwili wszystko, co tam było, miała u stóp. Natychmiast zaczęła przeszukiwać kieszenie i uśmiechnęła się pod nosem, gdy jej zatrwożony umysł wyszedł z mroku. W wojskowych plecakach mogło być coś więcej niż prowiant i mocno pragnęła, aby tak było. Jednak w danym momencie jedzenie, cokolwiek, nawet suchary, były numerem jeden. Namacała baton, który pochłonęła w pośpiechu. Kawałek kiełbasy, nie pierwszej jakości, szybko znikał w ustach. Znalazła także herbatniki, czerstwy chleb, nawet papierosy, ale z tych się akurat nie ucieszyła.
Wszystko, co nadawało się do konsumpcji, zaniosła na stół. Uspokoiwszy żołądek, usiadła rozanielona na krześle. Poza zapalniczką nie znalazła niczego, czym mogłaby go skrzywdzić. Zresztą, czy to w ogóle było możliwe?! Stwór bacznie się jej przyglądał i jak miał w zwyczaju, nie bacząc na jej skrzywioną minę, znów zaproponował kawałek krwistego mięsa. Zaczęła gestykulować, poszukując wzrokiem pozostałości po jakimś zwierzęciu.
„Mam ogień, a on rozumie, co do niego mówię, więc jest nadzieja, że zjem coś konkretnego, bo na tym, co mam, długo nie pociągnę”.
Wstała i, nie dopatrując się sprzeciwu, podeszła do szczątków zająca. Unosząc je wysoko, oznajmiła:
– To mięso zjem, rozumiesz?
– Rach haaas ra – wybełkotał i ruszył w stronę wyjścia.
Pojawiła się szansa na ucieczkę, niestety ulotna jak para. Gdy sylwetka stwora zlała się z mrokiem korytarza, wielki głaz odgrodził drogę. Spojrzała w górę i po chwili jak alpinistka wdrapywała się po skałach, chcąc dotrzeć do wylotu w sklepieniu. Stękała, spinała mięśnie, nie bacząc na rwanie w dłoniach i skurcze łydek. Chwyciła korzeń, podciągnęła się i już wystawiała głowę, gdy ryk zmroził jej zgrzane ciało do szpiku kości. Spojrzała w dół, serce podeszło jej do gardła, a dreszcz popieścił kręgosłup. Stwór stał obok głazu, trzymając w dłoni zwierzę obdarte ze skóry. Kapiąca krew wsiąkała w podłoże, wybałuszone oczy zdobyczy, jakby na nią patrzyły.
– Rehhha re! – warknął, a niewidzialna siła zrzuciła ją na piach.
Rozpłakała się i chwilę trwało, zanim się uspokoiła, usiadła i zaczęła go z siebie strzepywać. W międzyczasie potwór ominął średniej wielkości kamień i rzucił jej zwierzę na kolana, po czym usiadł na innym i obserwował jej skwaszoną twarz. Przechylił głowę, nozdrza się rozszerzyły. Wydawał się nasłuchiwać. Mia wstała, położyła szopa na stół i również nastawiła uszu. Z oddali dobiegał hałas. Stwór spojrzał na materiał tuż nad głową, następnie na dziewczynę, po czym wstał. Zanim odwrócił od niej wzrok, zauważyła, że na bielma naszły mu czarne kreski, co nie zwiastowało niczego dobrego.
Coś ciemnego wpadło do jaskini, rozrywając płótno rozpostarte w dziurze. Niezałamywane przez nic promienie słońca rozjaśniły wnętrze. Mia podskoczyła, demon zadarł głowę i czmychnął pod ścianę, gdzie nie sięgało ciepło gwiazdy. Kamienie spadały na piach, skały stawiały opór naciskowi, wywołując efekt skrzypiących schodów w nawiedzonym domu. Nogi dziewczyny się rozjechały, wargi drżały. Ktoś wskoczył do środka i podtrzymał odziane w mundur ciało na rękach.
– Świeża dostawa – syknął przez zaciśnięte zęby.
Widok człowieka dawał nadzieję, już miała biec, błagać o pomoc, w zamian zrobiła zupełnie co innego. Dosłownie wpadła plecami na ścianę, gdy wzrok, który świdrował ją spod zmarszczonych brwi, nie miał tęczówek, jedynie zimną, błyszczącą stal. Od razu zrozumiała, że to tylko ciało, a to, co nim steruje, dobrze zna się z potworem.
„Ilu ich jest?” – zachodziła w głowę, ledwo utrzymując czterdzieści osiem kilo wagi w pionie. Zerknęła na stwora. Wyglądał jak małe dziecko, które boi się przyznać, że narozrabiało.
– Spokojnie, nie wyjdzie. Jest więźniem tego ciała. – Pułkownik kucnął przy pokiereszowanych zwłokach i przekręcił twarzą w stronę dziewczyny.
– Ra aaa heee – wybełkotał demon, wyraźnie uspokojony tym, co usłyszał, za to po Mii pozostał jedynie cień na ścianie nienadążający za jej opadającym ciałem.
– Odetnij ją – rozkazał pułkownik, a z jego piersi wyleciała biała wstęga, kierując się wprost do rozchylonych warg potwora.
Demon wypuścił powietrze nosem i niespiesznym krokiem podszedł do omdlałej dziewczyny. Wielka dłoń spoczęła na jej skołtunionych włosach, a po chwili ciało zostało pokryte grubą warstwą lodu, sprawiając, że wyglądała jak zahibernowana.
– Illa me non intellegit. Iter aperire nescius est.
– Przejdź na ich język. Śmiertelnik jest silny psychicznie i wysysa ze mnie energię. Dłużej nie dam rady go stroić. Co do przejścia, otworzyła, lecz nie tę bramę, którą trzeba. Zanim tutaj przyszedłem, uśpiłem tego, w którym goszczę i odwiedziłem chatę. Dobrze się spisałeś. Bez słów, jak być powinno. Dziewczyna rozwiązała zagadkę, a gdy na nią spojrzałem, zrozumiałem, że była pilną uczennicą, bo słabo ją pokiereszowałeś. Wniknąłem w jej myśli. Nie jest świadoma, że dokonała „cudu” przez jakże słabą wiarę w siebie.
– Hamowałem się, jak mogłem. Nadal jest we mnie zło. Nawet teraz do mnie przemawia, chociaż je uwięziłeś. Walczy z kajdanami i powłokami mięśni, mięsa i skóry, które go krępują.
– Już niedługo przestaniesz go słyszeć. Naprawię cię, a za pośrednictwem dziewczyny zamkniemy bramę wylotu, otworzoną przez tę, którą zmieniłeś w lód. Tablica sama się aktywuje i jest ustawiona na niewłaściwą drogę. Pochodzi z naszego świata i jest tutaj od dawna, zważywszy, ilu z nas tutaj ściągnięto. Wyłapałem wszystko, co pozostawili i dzięki ich energii, trwam. W ostatniej chwili udało mi się cofnąć kolejnego do strefy oczekiwania. Od chłopaka dzieliły go palce. Gdyby go dopadł, zostalibyśmy tutaj na zawsze. Kamień i wskazówki, które miał ukryte głęboko w zwojach mózgowych, należą do nas. Cień stracił czujność, a chłopak na nasze szczęście, nie wytrzymał ciśnienia i tuż po tym, jak przywrócił tak istotny dla nas zapis, wypadł mu kamień.
– Kolejny zabity. Na dole jest ich więcej. Wnikał we wszystkich, których napotkał i zmuszał mnie do sprzątania.
– Widziałem. Nigdy więcej mu na to nie pozwolę i żadnemu innemu. Tablica musi wrócić z nami i trafić do rąk właściciela, który najprawdopodobniej sam ją tutaj umieścił, aby ściągać do piekła.
– Będzie naszą przepustką do opuszczenia zawieszenia i przejścia na poziom, gdzie nikt nam nie będzie mówił, co mamy robić. Nie chcę wrócić do niewoli. Jednak ciało, które przyniosłeś, jest martwe. Potwór otchłani je cofnie, a nas wraz z nim.
– To ciało wybrałem. – Pułkownik uderzył się pięścią w tors, a puste oczodoły stwora pojaśniały. – Mało brakowało, abyśmy je stracili. Śmiertelnik zaczynał popadać w obłęd i musielibyśmy zacząć od nowa. To, co widział, czego doświadczył, przedzierało się przez moje blokady. Przyjechało więcej takich jak on, więc musimy się spieszyć, bo to kwestia czasu, zanim wejdą do tej jaskini. Zbudź dziewczynę, ma zadanie do wykonania i pamiętaj, żadnych podpowiedzi, bo będę zmuszony na powrót zabrać ci głos.
Gdy stwór zrobił zwrot i krzyżując palce, ruszył w jej kierunku, Smith wyjął z plecaka złożoną kartkę, rozłożył ją i położył na stole. Pochwycił martwego Micka za ramiona i gdy wlókł go do jednej z odnóg, potwór zatrzymał się przed bryłą lodu, kładąc na niej dłoń. Para w mig wypełniła pomieszczenie, rozchodząc się we wszystkich kierunkach. Stawała się coraz gęstsza, a widoczność była praktycznie zerowa.
Trzask pękającego lodu zakłócił ciszę. Nad sklepieniem mgła zaczęła rzednąć i opadać. Gdy na powrót można było dostrzec stół, krzesła oraz pułkownika pijącego wodę z kubka, wiotkie ciało Mii otaczała jedynie mgiełka, a stopiona woda wsiąkała w piach. Nadal była nieprzytomna, co w niczym nie przeszkadzało, bo wystarczył ryk, aby jej powieki się poruszyły i uniosły. Wzrok miała mętny, ospały, lecz nie na długo. Nim potwór zdążył zaczerpnąć tchu, siedziała i chowała głowę pomiędzy kolanami.
– Wstawaj i siadaj – nakazał, po czym ruszył w stronę jedzącego herbatnik pułkownika.
Mia uniosła głowę. Doznała szoku. Mówił i zapewne nadal będzie ją męczył i zmuszał do czytania i analizowania rysunków. Miała dość, ale czy to kogoś obchodziło! Spojrzała przed siebie, poszukując wzrokiem Micka, lecz go nie odnalazła. Na wspomnienie twarzy pokrytej krwią, dziurami, aż nią wzdrygnęło. Nawet nie próbowała sobie wyobrazić, co go spotkało. Widziała Rona i to, jak stwór wbijał w niego zęby i rozszarpywał, zlizując ohydnym językiem krew z brody. Holly również nie żyła, to było pewne.
Chcąc nie chcąc, wstała i jak skazaniec idący na szafot, poczłapała do stołu. Od razu zauważyła, że wszystko, co wcześniej na nim leżało, zniknęło. Za to pojawiło się coś nowego, nakreślonego symbolami, których na pewno nie rozszyfruje.
Pułkownik zerkał na nią kątem oka, rozmawiając cicho z potworem. Mia wsparła głowę na dłoniach i westchnęła. Zbyt głośno, czego nie chciała i od razu spojrzała na wpatrujące się w nią dwie pary oczu. Gdy Smith ruszył w jej kierunku, już nie myślała, nie oddychała, tylko czekała na to, co jej zafunduje.
– No tak – burknął pod nosem, kładąc dłoń na kartce. Gdy ją cofnął, symbole zastąpiło pismo, które znała. – Rozwiąż tę zagadkę, a to, co się dopisze, zmieni ustawienia tablicy, rozumiesz?
–Tak – odpowiedziała cicho, jakby samej sobie i skupiła się na lekturze:
„Nigdy z własnej woli nie ingerujemy w nieznane. Mamy swój świat, odmienny od tego, do którego nas zapraszacie. Pokutujemy, a gdy opuszczamy kraty, kajdany spadają. Ci, którzy otworzyli portal, szybko tracą głos. Wyrywacie nas z gniazda, pozbawiacie towarzystwa. Wielu braci i sióstr nigdy nie powróciło, a ci, którym się udało, pozostawili jedną z rozczepionych części duszy. Bez białej kroczenie po piasku nawrócenia jest niemożliwe, a dla nas, „Pokutujących”, ten wariant jest najodpowiedniejszy i otwiera wrota czyśćca. Potwór otchłani czeka na czarną i strąca do piekła. Każdy kolejny przywołany jest tak przepełniony sprzecznościami, że miesza mu się jawa ze snem i niszczy samego siebie.
Wyrzeczenia spalają go od środka, popękane struktury funkcjonują coraz wolniej, a każdy zgładzony przybliża do rozpadu. Czas nie stoi w miejscu, płynie jak on po tej obcej ziemi.
Jak wybraniec patrzący na przedmiot rządzący się ustalonymi prawami, tak on kieruje pokłady energii ku nadziei, którą jesteś ty. Jedni otwierają i przywołują, inni zamykają i zakrzywiają czasoprzestrzeń. Którym z nich jesteś?
Nie trzymaj się zasad. Nawiąż więź z tym, co masz przed oczami, poczuj moc urządzenia i odczytaj przekaz. Zbierz wszystko razem, otwórz umysł i lawiruj pomiędzy wierszami. Jeden twór, dwa byty, pustka i wola błagającego. Odgadnij, czego chce, a reszta potoczy się sama.
Rozejrzyj się dokoła. Jest tam coś, co da ci wspomnienia. Nanieś je na tablicę i czekaj. Wybierając byt, kieruj się sercem i spojrzeniem, które powie ci wszystko. Nie zapomnij domknąć tego, co trwa, bo jutro bywa różne”.
„Boże, prościej się nie dało! Co do dusz, to wpadłam na to jakiś czas temu, tak samo, jak z kolorami, które odpowiadają której” – pomyślała, raz jeszcze odczytując zapis, po czym wstała, co od razu zwróciło uwagę stwora.
– Zostaw – powiedział pułkownik, łapiąc go za ramię.
Mia, w ślimaczym tempie przemieszczała się po jaskini i ślepo zakończonych korytarzach, poszukując czegoś odmiennego niepasującego do tego miejsca. Zaglądała w szczeliny, parokrotnie okrążała kamienie. Za zgodą Smitha weszła do niedostępnej dotychczas odnogi, ale w ciemności niewiele widziała. Wróciła i wyjąwszy z plecaka latarkę, ponowiła próbę. Parę korzeni, kamienie, nic nadzwyczajnego. Ciała Micka też nigdzie nie było.
– Pusto – westchnęła i już stawiała stopę w miejscu, gdzie czekały na nią potwory, gdy jej uszy wyłapały odgłos sypiącego się piasku. Skierowała strumień światła przez ramię i wytężyła wzrok. Oświetlił coś, czego wcześniej tutaj na pewno nie było.
Ruszyła, świecąc nieprzerwanie w jeden punkt. Gdy dzieliło ją od przedmiotu nie więcej niż dwa kroki, przypomniała sobie o Micku i Ronie. Chociaż była już wtedy pijana, doskonale pamiętała to, co znaleźli. Tkwiący częściowo pod ziemią kufer stał pośrodku pustki i czekał na odkopanie.
– Jakim cudem? Przecież go wyrzucili i zniknął! – Nie myśląc nad konsekwencjami, uniosła klapę. Jasność wypełniła przestrzeń, o dziwo nie rażąc jej ciekawskiego spojrzenia, za to dosadnie oświetlała malujące się na twarzy zdziwienie.
Na dnie leżały dwa brązowe kamienie, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły się przyciągać. Wystrzępione krawędzie idealnie do siebie pasowały. Wibrowały, a blask bijący prosto w sklepienie, był niczym laser przecinający rozgwieżdżone niebo. Usiadła z wrażenia i, nie odrywając wzroku od mieniącego się czerwienią czegoś, zaczęła szukać punktu zaczepienia w odniesieniu do tego, co przeczytała. Jak długo tkwiła w tej pozycji? Wystarczająco, aby Smith wysłał stwora na zwiady.
Stanął za nią. Była tak skupiona na zagadce, że nie wyczuła jego obecności.
– Zaraz! Dwa byty, dwa kawałki. To musi być to, chociaż brzmi niedorzecznie! Przegrzewanie się organizmu, wyrzeczenia, pęknięcia. O ja pierdolę! To serce, a dokładniej jego część. – Gdy pierwszy szok minął, wstała, wsadziła kufer pod pachę i, podnosząc z piachu latarkę, dotknęła pośladkiem czegoś ciepłego.
– Aaaaaa! – wrzasnęła, odruchowo uderzając skrzynką w ramię stwora.
Nawet nie pisnął, za to przesunął się, aby mogła przejść. Tak też uczyniła i po chwili postawiła znalezisko na stole, szukając wzrokiem tablicy. Leżała pod ścianą. Patrząc na nią, Mia odniosła wrażenie, że wibruje jak struna w gitarze. Natychmiast po nią poszła i gdy tylko spoczęła obok kufra, wskaźnik ruszył się, tworząc: „Zwróć”.
– Dobra robota. Myśl dalej, a ja biorę się do naprawiania – pochwalił ją pułkownik, jednocześnie ponaglając i skupiając się na przerwanej konwersacji ze stworem, który coraz częściej zerkał na leżące w kącie szczątki Rona. – Śmiało, jedz. Musisz mieć siłę, bo inaczej zakłócisz energię. Jak dobrze pójdzie, będzie to ostatni taki posiłek w naszym życiu tutaj.
Mia wpatrywała się w tablicę i próbowała zebrać myśli, ale jak miała to zrobić, skoro do jej uszu dolatywały odgłosy charczenia i ciamkania? Przez ramię obserwowała, jak twarz Rona ginie w oczach, a kości pękają pod naciskiem silnych szczęk. To było obrzydliwe, jednak ona chłonęła ten widok, jakby widywała to na co dzień. Wstała i podeszła do ściennego źródła, zaczerpnąć wody.
– Przygotuj się – rzucił Smith, ruszając w stronę wyjścia.
Zatrzymał się przed głazem blokującym wejście do odnogi i zadziało się coś, czego brakowało do rozszyfrowania kolejnego zagadnienia z tekstu. Mia szeroko otwartymi oczami obserwowała, jak z ciała żołnierza wysuwają się białe wstęgi i lecą w stronę przeszkody. Przejście stanęło otworem, a ona zdała sobie sprawę, że biel z rysunków ujawniła przed nią swoją obecność. Kubek wypadł jej z dłoni.
„Gdzie czerń? Przybędzie tak, jak biel w czyimś ciele? Może już tutaj jest? Czyżby w Micku?! Stwór się zląkł, gdy na niego spojrzał. To, czego nie chce, jest uwięzione i zapewne w takiej postaci opuści to miejsce. Został pokonany, jednak, czy na pewno? Jak na taki obrót sprawy, potwór jest nadzwyczaj bojaźliwy” – rozmyślała, gdy do groty wkroczył Smith, wlokąc Micka za nogi i kierując się w półmrok, porzucił ciało nieopodal kulącego się stwora. Na szczęście leżał na brzuchu, więc nie musiała patrzeć na jego zmasakrowaną twarz.
– Tegumentum – zakomunikował Smith, chwytając w palce błyszczący kamień.
Temperatura spadła nagle. Palce Mii, którymi stukała w uda, zgrabiały, a chłód wnikał coraz głębiej w ciało. Uniosła głowę i otworzyła usta. Z wydechem wyleciała para. Nie była w stanie się poruszyć. Jedynie rozbiegany wzrok, którym obserwowała trwający proceder, zdradzał, że żyje.
„Nadszedł mój czas? To już koniec? Zamrożenie? To moje przeznaczenie?” – gonitwa pesymistycznych myśli bombardowała jej umysł, jednak coś się nie zgadzało. W środku nadal czuła ciepło, bijące serce i mogła myśleć. Gdy na powrót rozchyliła wargi, poruszyła szyją i ręką, zauważyła, że to, co mroziło, opuszcza jej drżące ciało i tworzy wokół bańkę: niebieską, lśniącą, niezakłócającą widoczności. Jedyne, co uległo zmianie, to akustyka. Poza własnym oddechem i szurgotem, który tworzyła, próbując się rozgrzać, nic z zewnątrz do niej nie docierało.
– Uwięził mnie, abym nie uciekła – burknęła pod nosem.
Gdy krew dotarła do palców, a zdrętwienie opuściło opuszki, jej wzrok powędrował na stwora. Spinał mięśnie, wyprężał pierś i chyba po raz pierwszy domknął wargi. Nawet nie poczuła, kiedy przygryzła dłoń do krwi, z niedowierzaniem pomieszanym z zachwytem podziwiając, jak biały blask prześwituje przez jego skórę, mięśnie i ścięgna, a ręce opadają wzdłuż tułowia. Paznokcie, które nieraz czuła na sobie, wydłużyły się, zaostrzyły i powędrowały w okolice świecącego mostka. Obstawiała, że głośno ryczy i cierpi, patrząc na szeroko rozwartą paszczę i rysy powstające na osłonie.
– Co on robi? Czyżby…?
Palce wyjącego z bólu potwora wciskały się coraz głębiej w jego cielsko, aż zniknęły. Przyszła pora na dalszą część dłoni. Gdy tkwiły w piersi po nadgarstki, zauważyła, że bicepsy i mięśnie na przedramionach cierpiętnika omal nie rozerwą cienkiej powłoki skórnej. Klatka piersiowa stanęła otworem. Był pusty. Żadnych żeber, krwi, nic z niego nie wypłynęło, za to niekształtny, popękany i wybrakowany ciemnoczerwony twór wypełniał cały tors.
– O kurwa! – wyrwało się jej z szeroko rozwartych warg. Po raz pierwszy go pożałowała, a serce ogarnęło współczucie tak ogromne, że łzy wyciekały z kącików oczu.
Smith pochwycił kamień i wcisnął go w powstałą czeluści. Potwór zawył – ze sklepienia spadło kilka odłamków. Zalśnił, gęsta para otuliła jego ciało i zniknęła. Połączone w całość serce ruszyło. Tłukło jak oszalałe, emanując jasną czerwienią. To był widok, którego Mia nigdy nie zapomni i ucieszyło ją, że miała w tym swój udział, chociaż zdawała sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec.
„Ciekawe, czy coś się dopisało pod tekstem? Dużo się wyjaśniło i dopełniło. Znalazłam kufer, wiem, kogo stwór wybrał, jestem otwierającą i zamykającą, bo inaczej się nie da, dusze są. Zostało przywołać wspomnienia i… Przypomnę sobie, jak tylko zerknę na tekst, być może po raz ostatni!” – myślała gorączkowo, nawet nie zauważając, że osłona zniknęła, a pierś stwora wyglądała jak przed rozerwaniem.
Niespodziewanie z jej gardła wydobył się pisk i złapała się za skronie. Głowa bolała ją niemiłosiernie, do tego wszystko wokół zniknęło. Na źrenice spływały obrazy kraczących ptaków, krwi oraz oszronionych zarośli. Wszystko pędziło, jakby korzystała w tunelu czasoprzestrzennego i nagle ustało. Widziała jedynie trzeszczącą ruderę smaganą przez słońce i wiatr. Gdy obraz przeniósł się do jej wnętrza, na stole leżała tablica do wywoływania duchów, nad nią dłonie, a kawałek dalej kartka. Mia trzymała ją w dłoniach parokrotnie, uważając, że nie zapisano na niej nic nadzwyczajnego. Jednak im więcej wizji spływało, tym bardziej jej oczy się powiększały, a mózg wyłapywał to, co wcześniej mu umknęło.
„Przywołaj mnie, lecz zza ramienia serca, gdy głos doleci zza ściany. Otocz mnie palcami i pisz, a twoja energia niech to niesie, aż otworzą się drzwi. Gdy dusza krwawi, to jego przyszłość”.
– Chata! Początek i koniec! – oznajmiła donośnie, patrząc na wibrującą tablicę.
***
Gdy te słowa dotarły do uszu pułkownika, a pod tekstem powstał napis: „Gdzie to wszystko się zaczęło i na opak”, zarządził wymarsz. Stwór szedł przodem, niosąc Onija i plik kartek, za nim Mia z plecakiem wypełnionym wodą i jedzeniem, a na końcu Smith dźwigający na barkach martwego Micka zawiniętego w materiał. Tym razem potwór nie chronił ciała przed słońcem. Kroczył z wysoko uniesioną głową, jednak był spięty. Gdy pułkownik zaproponował, aby teraz on wziął trupa, mało brakowało, a byłyby dwa. Stwór wyskoczył w jego stronę z pazurami. Na szczęście skończyło się na zadrapaniach, bo Smith szybko go uspokoił, a raczej wstęgi, które opuściły jego ciało, wstrzeliwszy się w atakującego.
Mia z przymrużeniem oka obserwowała zajście. Jej myśli zaprzątały rozmyślania nad ryzykownym planem ucieczki. Wokół było pełno drzew i krzaków – głupi by nie spróbował. Jednak z tyłu głowy miała świadomość, do czego te stwory są zdolne, i ostatecznie porzuciła ten zamysł.
Byli w drodze od jakiegoś czasu. Słońce wisiało wysoko, skwar i owady dawały o sobie znać. Mia lepiła się od potu, do tego brak snu, niedożywienie… Nogi jej drżały, w głowie się kręciło, ale dawała radę. Gdy za zakrętem jej oczom ukazała się chata, pisnęła z zachwytu, że wreszcie będzie mogła odpocząć. Ostatkiem sił doczłapała się do werandy i przycupnęła na spróchniałej desce.
– Daj to, zaniosę do środka i zostawię balast, a ty jej pilnuj – nakazał pułkownik, przejmując od stwora tablicę i zapiski, po czym zniknął w sieni.
Mia wygrzebała z plecaka wodę i zwilżyła gardło, czując wyraźną ulgę. Siedziała w cieniu, a mała liczebność drzew pozwalała wiatrowi przedrzeć się przez korony i zejść niżej, delikatnie muskając jej spocone ciało.
– Dawaj ją tutaj! – krzyknął przez okno, wyrzucając dwa martwe kruki.
– Idziemy!
Mia wstała i ruszyła w stronę wejścia. Krok, drugi i utknęła twarzą w środku, a plecami na zewnątrz. Jedna dłoń przecinała stęchłe, wilgotne powietrze w chacie, druga tkwiła nieruchomo przy ciele. Z przerażeniem obserwowała pułkownika krzątającego się w pokoju, nie mogąc wydobyć z siebie dźwięku. To, co ją blokowało, przybierało na sile. Czuła, jak napiera i ściska jej kruche ciało.
– On jej nie wpuści! – huknął stwór tuż przy jej uchu, aż poczuła unoszące się włosy u nasady.
– Nadal ma moc, ale nie na tyle silną, aby wyjść z ciała – wyjaśnił pułkownik, zorientowawszy się w problemie i wyczuwając narastający niepokój swojego żywiciela. – Jesteś zbyt chwiejny emocjonalnie. Zapanuj nad tym, bo w kulminacyjnym momencie, kiedy wrota staną otworem, nie będzie czasu na lęk.
Stwór spuścił głowę i słuchał, jak deski trzeszczą pod jego ciężarem. W tym czasie Smith wsadził dłonie w otaczającą Mię plazmę, chwycił ją mocno w pasie, wyszarpnął z pułapki, i aby mieć pewności, że nic więcej jej nie zatrzyma, pochwycił za delikatną dłoń i poprowadził do stołu. Spojrzał na jej bladą twarz, nakazując usiąść i myśleć nad podpowiedziami, które dawała tablica.
Gdy dołączył do żywiciela, Mia położyła na stole zagadkę i zaczęła forsować mózg. W międzyczasie odnalazła kartkę z wizji i z bezsilności, wsparła przedramiona na Onija, a za nimi opadła głowa. Kiedy wyczuła ruch na czole, wyprostowała się i obserwowała ciąg liter: „Czas”.
„Wiem, o co ci chodzi, ale co z drugą? Jeśli się wydostanie, wejdzie we mnie albo w żołnierza i nadal będzie zbierać żniwo! Zostanę tutaj na zawsze zdana na jej łaskę”.
Długo biła się z myślami, aż w końcu szala przeważyła. Wiedziała, że to naciągane, ale co jej szkodziło. Słyszała głosy i miała dwie strony do wyboru. Położyła dłonie na wskaźniku i, robiąc dwa głębokie wdechy, skierowała głowę na wchodzące do chaty stwory, pisząc: – „Połącz”.
Nic.
Pułkownik stanął po jej prawicy, a potwór naprzeciwko. Szeroko rozchylił wargi, ukazując w całej okazałości zęby, które błyszczały w promieniach słońca wpadającego przez okno. Czuła oddech śmierci i nie miała nic, czym mogłoby ją przekupić. Smith wpatrywał się w tablicę, oddychając głośno, gdy ściany zaczęły pokrywać się szarością. Było jej coraz więcej, temperatura spadła. Mia z uwagą obserwowała, jak szron schodzi ze ścian i podąża do centrum, gdzie wiekowe deski próbują uwolnić się od gwoździ i wzlecieć.
– Zaczynamy. Nie zawiedź nas. Jeśli nie wrócimy, to, co spotkało twoich znajomych, ciebie i wielu innych, nigdy nie ustanie. Wiesz, jak to zrobić, więc działaj i nie bierz na sumienie niewinnych dusz – rzucił. Gdy na nią spojrzał, dostrzegła w jego oczach zupełnie inną głębię, pełną wdzięczności, której nie da się wyrazić słowami.
Położyła dłonie na wskaźniku, pisząc: „Otwórz, zabierz, nie łącz i zamknij”, głęboko wierząc, że to wystarczy, by koszmar dobiegł końca i mogła wrócić do domu. Gdy odwróciła wzrok, pułkownik leżał na piasku obok Micka, a biel wnikała w stwora. Widok otulających jego cielsko wstęg był nie do opisania, a towarzyszący temu spokój udzielił się również jej, wywołując na ustach szeroki uśmiech.
Zaskrzypiało, huknęło. Pisnęła, widząc deskę przelatującą kawałek od niej, a tryskająca po suficie i napierająca na podłogę czarna maź wyrywała kolejne fragmenty, ciskając nimi w ściany. Mia schowała się pod stół, skąd miała idealny widok na otwierający się portal. Jak na rysunkach. Był na ziemi, a schody, które się tam znajdowały, teraz zapewne torowały drogę w dół. Czarnej mazi przybywało, aż zakończyła rozrost, falując delikatnie. Spektakularne widowisko wciągnęło dwoje oczu na tyle, że nie zauważyli, jak ciało Micka się zapada, a pułkownik drży i staje w pionie. Jego oczy były czarne jak smoła.
– Nieeee!!! – krzyknął stwór, stojąc na rozdrożu.
– Gdzie jestem? Co się dzieje? Boże! – Pułkownik, patrząc na stojące pod ścianą monstrum, zaczął wrzeszczeć, piszczeć i miotać się, jakby oblazły go mrówki.
Dusza opuszczała ciało demona i frunęła w jego stronę, chcąc nie dopuścić do utraty ciała i wydostania się zła, jednak było już za późno. Na mundurze, od szyi po genitalia, widniała czerwona pręga, która szybko się pogrubiała. Krzyk, trzask, chrobot. Płaty głowy opadły na boki, krew kapała na ramiona. Kawałek naderwanego mózgu ześlizgnął się i wylądował na piachu. Kiedy Mia walczyła z nudnościami, stwór zagarnął ze stołu tablicę i kartkę, wrzucając je do brei, po czym podszedł blisko Smitha i czarnych wstęg opuszczających jego ciało.
Nieustanny odgłos pęknięć, szpara biegła ku dołowi, a rozpołowiona głowa opadła. Ciałem bujało, a rozwarstwienie sięgnęło dolnych warstw mostka. Poszarpane mięso, mięśnie, żyły tryskały krwią we wszystkich kierunkach, a pomiędzy tym wszystkim czarny kształt próbujący wyleźć na zewnątrz i biel mu to uniemożliwiająca. Kręgosłup strzelił. Lewa połowa ciała się wygięła i legła wzdłuż nogi. Organy błyszczały, flaki falowały, aby po chwili chlupnąć i zawisnąć między nogami. Kolejne pęknięcie spowodowało upadek drugiej połowy. Rozpołowiona głowa dyndała tuż nad ziemią w asyście leżących na piasku rąk. Cień zaczął odchodzić od formy i przechodzić w bezkształt. Ciało pułkownika legło na piachu, dusza wyszarpnęła końce i w kształcie kleksa zawisła, rozrastając się w zaskakującym tempie.
Mia nie zamierzała tkwić bez ruchu. Zagryzła wargi i na czworakach, jak najszybciej potrafiła, dopadła nóż leżący na ziemi. Zauważyła go zaraz po wejściu. Mocno zacisnęła palce na rękojeści i ruszyła w stronę wyjścia. Nagle zapadła noc. Czuła, jak nóż opuszcza dłoń i nic nie mogła na to poradzić. Straciła broń, lecz nadal żyła i parła dalej, gdy pomieszczenie ponownie wypełniła jasność. Zerknęła za siebie, zauważając zgubę tkwiącą w czarnym kształcie przytwierdzonym do ściany. Stwór bez oznak życia leżał na podłodze, zanurzony do połowy w bulgoczącej brei, która ewidentnie go wciągała. Biały cień się obkurczał, aż pozostała po nim kulka wielkości winogrona, opadająca na podłogę.
– Wyssie ją i wejdzie w stwora. Nie mogę uciec, muszę im pomóc! Nie po to znosiłam to wszystko, aby zło wygrało. – Zawróciła, dotarła do potwora i zaczęła nim szarpać, bić pięściami gdzie popadnie, a po cichu, stanowczym tonem błagała, aby otworzył oczy.
Zacharczał, wyrzucił ręce, a następnie zaparł się i zaczął wyciągać nogi z mazi.
– Spal to bydlę i wracajcie do domu – oświadczyła. Wyjęła z kieszeni zapalniczkę, włożyła mu w dłoń, a palcami sunęła po szorstkim policzku, dodając mu otuchy. Polubiła go, co było widoczne gołym okiem.
Nie miała pewności, czy to, co zaproponowała, ma jakikolwiek sens, jednak pamiętała, że stwór się przegrzewał, a dusza była odsłonięta, więc… Spojrzała na portal. Tablica z kartką unosiły się na powierzchni, jakby czekały.
– Odszukaj moją duszę – poprosił.
Odpalił zapalniczkę i, idąc szybkim krokiem, wcisnął ją w czerń wiszącą na ścianie, po czym chwycił dwie najgrubsze wstęgi i zaczął je naciągać do środka. Mniejsze oplotły jego ciało, pragnąc się w niego wślizgnąć, lecz on zacisnął zęby i domknął wargi.
Mia odwróciła wzrok od walczących i zaczęła się rozglądać. Na czworakach przeszukiwała pomieszczenie, bojąc się podejść do stworów. Dopadło ją zwątpienie. Mózg pragnął ucieczki, a serce… Posłuchała tego drugiego i, odgoniwszy lęk, zaczęła przesuwać się w stronę ściany, na której wisiał cień, którego formę trawiły płomienie. Pomarańcz przechodziła w czerwień, następnie w fiolet, aby stać się kopcącą czernią.
Dymu przybywało. Duszący kaszel się nasilał. Miała problemy z zaczerpnięciem tchu. Po omacku macała podłogę. Gdy palce natrafiły na coś małego i miękkiego, pochwyciła to i podsunęła pod nos.
– Jest! – oznajmiła zadowolonym tonem, szukając wzrokiem potwora.
– Zdychaj i nigdy więcej nie buntuj się przeciwko temu, który cię karmi – doleciało do jej uszu.
Jakże ten głos ją ucieszył, jednak gdy rozległ się przeraźliwy ryk, wiedziała, że coś jest nie tak. Podbiegła do kształtu szamoczącego się w dymie i zamarła. Cień wciskał się do ciała klęczącego stwora wszystkimi możliwymi otworami, krępując ręce starające się go powstrzymać. Demon opadł na plecy i, pomimo prób, nie był w stanie dźwignąć cielska. Telepało nim, a dławiony ryk cichł. Patrzył na dziewczynę gasnącym wzrokiem, a ona odwzajemniała spojrzenie, gorączkowo myśląc o jego losie i swoim.
Z osłupienia wytrącił ją widok wstęg zmierzających do brei. Ciało stwora, wbrew jego woli zbliżało się do portalu. To był przerażający widok. Otworzyła dłoń i nagle ją olśniło. Spojrzała na ledwo tlącą się duszę i, nie tracąc czasu, rzuciła się na demona, wciskając mu dłoń w szeroko rozwartą paszczę, szczelnie wypełnioną cieniem.
– Pomóż mu, błagam! – Wyszarpnęła rękę i, nie spuszczając wzroku, dotarła do ściany.
W pomieszczeniu pojaśniało. Dym, chociaż nadal podrażniał jej drogi oddechowe, nie mącił widoczności. Doskonale widziała, jak biała dusza odzyskuje moc i wypycha intruza. Demon czołgał się do mazi, a gdy do niej dotarł, Mia nie potrafiła dostrzec cienia. Zlewał się z breją, która bulgotała i się zasysała, nad tonącym ciałem stwora. Wszystko, co w niej pływało, nagle zniknęło, tak jak ona, a oczy Mii podziwiały zniszczoną podłogę.
Nastała głusza.
– Nareszcie – powiedziała głosem przepełnionym ulgą. Wzburzony oddech wyciszał się, a ona wyszła na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Uniosła twarz ku słońcu i rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, ścierając pot z czoła. Nagle podskoczyła i krzyknęła. Coś zimnego zacisnęło się wokół jej kostki…!
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
agnes1709
😉
Shadow1893
@agnes1709