Strażnicy cienia III część 23

Przed ogrodzonym budynkiem, do którego zmierzali, stało dwóch mężczyzn uzbrojonych w miecze. Mimo mundurów wyglądali dość niechlujnie i groźnie.
     Jeden z nich wyszedł naprzeciw Veronice i Filipowi.
     – W czym mogę pani pomóc? – zapytał, ignorując zupełnie towarzysza czarodziejki.
     – Szukam znajomego. To Dieter Schoch – powiedziała.
     – Ja jestem Dieter Schoch. – Uśmiechnął się. – Co mogę dla pani zrobić?
     – Chyba wspomniałam, że jest moim znajomym. Owszem, trochę się nie widzieliśmy, ale nie mógł się aż tak zmienić.
     – Mamy tu równorzędne funkcje – oświadczył.
     – To sprawa osobista.
     – W sprawach osobistych jestem jeszcze lepszy. – Puścił do niej oko.
     Filip podszedł bliżej i spojrzał na mężczyznę z góry.
     – Szukamy Dietera. Zjeżdżaj – warknął.
     Ten, który stał przy bramie, ruszył wtedy w ich stronę, natomiast rozmówca czarodziejki odsunął się o krok i położył rękę na rękojeści miecza.
     – Dajcie spokój – poprosiła Veronika, chcąc załagodzić sytuację.
     – Nie wypruję ci flaków tylko przez tę paniusię – rzucił ochroniarz.
     – O co chodzi? – zainteresował się ten drugi, podchodząc.
     – Szukam znajomego, ale nie mogę się dowiedzieć, czy go zastałam. Dieter Schoch – powiedziała szybko kobieta.
     – Jest. Kogo mam zapowiedzieć? – zapytał.
     Trzej uzbrojeni mężczyźni pojawili się przed budynkiem i ruszyli w stronę rozmawiających.
     – Veronikę. To wystarczy.
     – Zostańcie tu – polecił i zawrócił.

     Nowoprzybyli ustawili się obok ochroniarza, który przywitał czarodziejkę i Filipa.
     – Jakiś problem? – zaczął zaczepnym tonem jeden z nich.
     – Tak, mamy tutaj cwaniaka – wyjaśnił mu kolega.
     – Jak jesteś taki mocny, to przyjdź do Suchego dziś o ósmej – zaproponował kolejny z mężczyzn.
     – Dlaczego nie tu i teraz? – zapytał Filip, obrzucając ich wyzywającym spojrzeniem.
     – Uspokój się. Nie po to cię ze sobą wzięłam – upomniała go czarodziejka.
     – Właśnie, uspokój się I się cofnij – nakazał jeden z ochroniarzy.
     – Faktycznie, czuję się przy tobie bardzo bezpiecznie – mruknęła do swojego towarzysza Veronika.
     – Dobrze pani trafiła. To jest gildia ochroniarzy – oznajmił jeden z mężczyzn. – Szef pewnie chętnie kogoś pani poleci zamiast tego patałacha.
     Filip stanął do nich bokiem i założył ręce na piersiach, patrząc na czarodziejkę. W jego spojrzeniu można było odczytać pytanie, czy długo jeszcze ma to znosić.
     Kobieta tylko wzruszyła ramionami. Nie chciała, by doszło do bójki.

     Wtedy z budynku wyszedł Dieter. Widząc to, Veronika ruszyła w jego stronę. Jeden z ochroniarzy wyciągnął rękę, by ją zatrzymać, więc stanęła. Filip natychmiast chwycił go za nadgarstek i tak wykręcił mu ramię, że mężczyzna padł na ziemię.  
     Pozostali od razu sięgnęli po broń.
     – Spokój! – ryknął na nich Dieter. – Schować broń! Wszyscy do środka! Spieprzać stąd!
     Niechętnie wykonali polecenia, odgrażając się po cichu Filipowi.
     – Jeszcze się spotkamy – rzucił na odchodnym jeden z nich.
     – Możesz go puścić? – Dieter zwrócił się do Filipa.
     Ten dopiero wtedy uwolnił z uścisku ochroniarza.
     – Zabiję cię, gnoju – warknął mężczyzna, podnosząc się z ziemi.
     Dieter obserwował, jak tamten zbierał się i powoli ruszył w stronę budynku.
     – Zaczekaj – nakazał mu i, gdy ten zatrzymał się i odwrócił, uderzył go pięścią w twarz. – Przeproś pana – zażądał.
     Mężczyzna posłusznie wykonał polecenie, nie patrząc Filipowi w oczy.
     – A teraz spieprzaj! – rozkazał Dieter. – Cała czwórka niech się dziś nigdzie nie wybiera. Macie dodatkowe zajęcia… Mam nadzieję, że nie zepsuli panu dnia – zwrócił się do Filipa, po czym podszedł do Veroniki, objął ją i pocałował w policzek. – Świetnie wyglądasz – powiedział do niej.
     – Ty również – odparła z uśmiechem.
     – Coraz lepiej… – Przyglądał jej się z zainteresowaniem. – A mimo to nie zapomniałaś o starym kumplu…
     – Jakże bym mogła?
     – Zamieszkasz u mnie? – zaproponował.
     – Nie, zatrzymałam się w zajeździe u Lanfrieda.
     – Byłoby wygodniej, gdybyś się zgodziła – stwierdził.
     – Nie jestem sama.
     Mężczyzna spojrzał na Filipa i dopiero wtedy Veronika przedstawiła ich sobie.
     – Ostatnio podróżujemy razem – wyjaśniła.
     – Jak długo zostajesz? – zapytał Dieter.
     – O świcie wyjeżdżam – odparła.
     – Na szczęście mam wolny cały wieczór. – Uśmiechnął się szeroko.
     – To gdzie idziemy?
     – Do mnie? – zaproponował.
     – Może wybierz jakieś publiczne miejsce? – Pokazała mu swój pierścionek zaręczynowy.
     – Jakieś sto sześćdziesiąt koron – ocenił. – Szukasz kupca?
     – Nie – zaprzeczyła z uśmiechem.
     – Chciałaś się pochwalić?
     – Zaręczynowy – wyjaśniła.
     – Po co ci? – zapytał, co bardzo rozbawiło czarodziejkę.
     – Wychodzę za mąż.
     – Żartujesz? To ja tu czekam, szlocham po nocach… – Pokręcił głową.
     – Już ci wierzę.
     – Pnę się po szczeblach kariery. Wszystko, by ci zaimponować, a ty w końcu wracasz… – Udał smutek.
     – Gdybym tylko wiedziała… – Pogładziła go po ramieniu.
     – Jest tylko jedno wyjście – stwierdził.
     – Tak? Nie wiem, czy powinnam pytać jakie.
     – Idziemy do Suchego – oznajmił.
     – Z przyjemnością – zgodziła się.
     – Ale jestem niegrzeczny. Zapraszam. – Wskazał budynek. – Mam tylko cztery sprawy do załatwienia i jestem wolny.
     – Chętnie zajmę się pańskimi sprawami – powiedział Filip. – Jeśli pozwolisz. – Spojrzał na Veronikę. – To nie potrwa długo.
     – W zasadzie dlaczego nie. My zaczekamy w środku – oznajmił Dieter i objął czarodziejkę, prowadząc ją do budynku.
     
     – Co u ciebie słychać? – zapytała znajomego po drodze.
     – Teraz tym rządzę, ale jak się domyślasz, nie jestem właścicielem. Zamknąć bramę – nakazał jednemu ze swoich ludzi, który natychmiast się tym zajął. – Zaczekaj tutaj – powiedział do Filipa, gdy przechodzili przez plac.

     Na korytarzu stał mężczyzna bardziej przypominający służącego niż oprycha.  
     – Niech tych czterech, którzy byli przy bramie, wylezie na środek i zmierzy się z naszym gościem – polecił mu Dieter.

     Jego gabinet był nieduży. Na środku pomieszczenia stała sofa i stół, pod ścianą biurko, a z drugiej strony barek. Okno wychodziło na plac.
     – A jak twoje życie osobiste? Żona, dzieci? – zapytała, gdy zamknął drzwi.
     – Nie. Nie wiem – odpowiedział z uśmiechem.
     – Faktycznie, nie zapraszałbyś mnie do siebie do domu. Chyba że masz drugi.
     – Napijesz się? – zaproponował.
     – Tak, chętnie. Niech będzie wino – zdecydowała, siadając na sofie.
     – Wino? – Spojrzał na nią zdziwiony. – A u Suchego? Nie powinno się mieszać alkoholi.
     – U Suchego piwo – odparła.
     – Piwo z wódką można, ale wina z piwem nie.
     – Dobrze, nalej mi wódki – ustąpiła.
     Dieter uśmiechnął się przebiegle. Postawił na stole dwa spore kieliszki i nalał do nich trunek. Potem usiadł obok Veroniki, położył rękę na oparciu i zwrócił się w stronę znajomej.
     – Opowiadaj co słychać – poprosiła.
     – Interes się kręci – zaczął. – W mieście konkurencji nie ma, a ludzie potrzebują ochrony. Jak nie w mieście, to na trakcie. Zdarzały się napady, pobicia. Na szczęście nie było żadnych śmiertelnych ofiar, toteż o własnych siłach mogli do nas przyjść. To najważniejsze.
     – Oczywiście. – Uśmiechnęła się.
     – A poza tym jest spokój, odkąd to my dbamy o bezpieczeństwo mieszkańców. Nikt nam nie podskoczy… Mamy świetną renomę. Nawet miejscowy baron jest naszym klientem. Udało mi się wybrać kilku reprezentatywnych ludzi, by mogli u niego pracować… Między nami – ściszył głos – on jest hazardzistą. Lubi grać i pożyczać…
     Rozmowę przerwał im zgiełk dochodzący z zewnątrz. Veronika podeszła do okna, by zobaczyć, co się dzieje.
     – Teraz część rozrywkowa – powiedział Dieter, nie ruszając się z miejsca.
     Filip z podwiniętymi rękawami czekał gotowy do walki. Jeden z czterech ochroniarzy, z którymi mieli nieprzyjemność poznać się przy wejściu, próbował go podejść. Filip bez trudu zbił pierwsze ciosy. Po tym wyczekał, aż jego przeciwnik weźmie zamach i gdy ten za bardzo wychylił się do przodu, uderzył go pięścią w nos. Ochroniarz chwycił się za twarz. Mocno krwawił.
     Veronika syknęła i napiła się. Dieter stanął za nią.
     – Świetnie wyglądasz – stwierdził, kładąc ręce na jej ramionach. – Dla mnie tak się wystroiłaś?
     Spojrzała na niego. Uśmiechał się.
     – Zawsze się tak ubieram – odparła.
     – Kim jest ten szczęściarz?
     – Pracuje w pobliżu Nuln. Zajmuje się handlem.
     – Nie szukam partnera do interesów. Pytam, kim jest twój narzeczony. Pewnie ma jakieś imię, nazwisko…
     – Gerhart Schmidt – odpowiedziała. – Mówi ci to coś?
     – Nie – zaprzeczył – a powinno?
     – Myślę, że nie. Dlatego dziwię się, że o to pytasz. Myślałam, że akurat to nie ma dla ciebie znaczenia.
     – Masz rację – przyznał. – Dokończ, doleję ci. – Wskazał kieliszek, który trzymała. – To może jeszcze chwilę potrwać. – Skinął w stronę okna.
     – Nie chcę przesadzić, jeśli mamy jeszcze gdzieś pójść. O świcie ruszam i muszę być w formie.
     – Ja się napiję – stwierdził, po czym sobie dolał.
     Przeciwnik Filipa uklęknął.
     – Dobry jest – przyznał Dieter, obserwując towarzysza czarodziejki. – Na sprzedaż?
     – Nie – odpowiedziała krótko. – Jedzie ze mną.
     – Mogłabyś się trochę potargować. Nie wiesz, co mogę zaoferować.
     – Nie jest moją własnością – powiedziała. – Jemu składaj propozycje, ale myślę, że się nie zgodzi.
     – To już jest inna kwestia. Nie chciałbym ci odbierać pracownika – wyjaśnił.
     – Chociaż mogę się mylić – dodała. – Tak naprawdę nie znam jego motywacji. Może przywiązuje dużą wagę do pieniędzy.
     – Dam ci za niego tych czterech – zaproponował Dieter.
     – Nie chcę ich. Płaciłbyś mi, a ja bym ich nie wzięła.
     W międzyczasie Filip uderzył w żołądek kolejnego przeciwnika. Walkę zakończył ciosem w twarz.
     – Tylko na to was stać?! – wrzasnął do ochroniarzy. – Nie traćmy czasu! Dawajcie pozostałych!
     Dwóch kolejnych stanęło przed nim na placu.
     – Co słychać w Averheim? – Veronika była ciekawa wieści stamtąd.
     – Wszystko w porządku. Złoty okres dla interesów, mnóstwo przyjezdnych także spoza Imperium. Przybyli do nas z pełnymi sakiewkami, z końmi, których nikt nie zliczy… Ale tak ogólnie większych zmian nie było. Nie minęło aż tak wiele czasu od twojego wyjazdu.
     – Nie było mnie tu kilka lat.
     Filip doskoczył do jednego z przeciwników i chwycił go. Ten próbował się wyrwać. Zareagował dość nerwowo i nieskutecznie. W tym czasie drugi podbiegł do Filipa, który widząc to, szybko obrócił się w jego stronę, zasłaniając się trzymanym ochroniarzem. Wyprowadził cios, trafiając napastnika prosto w twarz, tym samym unieszkodliwiając go na chwilę. Unieruchomionego nieco przydusił, po czym uwolnił z uścisku i popchnął tak, by mężczyzna upadł na ziemię. Ochroniarz skulił się i zakrył rękoma, spodziewając się, że Filip zaraz zacznie go kopać. Towarzysz Veroniki zostawił go i skierował się w stronę drugiego przeciwnika, który wyraźnie nie miał już ochoty kontynuować tej walki, pomimo że jego koledzy głośno go do tego zachęcali. W związku z tym nie miał zbyt dużego wyboru i wyprowadził kolejny atak. Filip uniknął ciosu bez wysiłku i otwartą dłonią zaczął okładać przeciwnika po twarzy i głowie.
     – Litości – powiedział z niesmakiem Dieter, obserwując to. – Chodźmy, nie warto na to patrzeć – zwrócił się do czarodziejki. – Tu właśnie pracuję i przyjmuję klientów. – Omiótł wzrokiem swój gabinet.
     – Bardzo tu miło – przyznała.
     – Zazwyczaj jest tu cicho i spokojnie. Można by nawet powiedzieć, że nudno. Ale nie robię tego dla rozrywki, tylko dla pieniędzy, więc coś za coś.
     – Gdzie mieszkasz? – zainteresowała się.
     – Mam domek w mieście. Tu mieszkam…
     Zauważyła, że chciał powiedzieć coś jeszcze.  
     – Mów – zachęciła go.
     – Nie będę sobie strzępił języka… Chętnie bym cię przycisnął do tego biurka, ale przez szacunek i wspomnienie dawnych czasów...
     – Jestem wdzięczna – przerwała mu.
     – Gdybyśmy się nie znali, prędko bym cię stąd nie wypuścił. – Uśmiechnął się. – Może nawet nigdy. Mogłabyś mi narobić kłopotów po wszystkim.
     – Co ty opowiadasz? – Pokręciła głową.
     – W mieście nie ma takich kobiet jak ty.
     – Ale są inne. Wielu nie wypuściłeś?
     – Są zupełnie inne – stwierdził. – Większości nie byłoby warto postawić kufla piwa.
     – No patrz, a ja nawet wódkę dostałam.
     – Owszem, ale wdzięczna to ty nie jesteś… A wieczór panieński? Zaliczyłaś już? – zapytał.
     – Nie – odparła.
     – Więc może dziś? – zaproponował. – Wiesz, ostatni dzień wolności, dobra zabawa…
     – To nie jest ostatni dzień, a…
     – Ale jutro wyjeżdżasz – przerwał jej – więc nie będę mógł ci zorganizować imprezy.
     – Wyjeżdżam wcześnie rano – przypomniała – w związku z czym i tak nie mogę korzystać z tego typu rozrywek.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2151 słów i 13575 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    No coraz ciekawszy życiorys Veroniki się robi. Ma ta panienka co nieco za uszami. Ciekawe po się z Dieterem spotkała ( bo nie po to żeby wspominać stare dzieje). No ten Filip, niezły kozak z niego. Niby " nie ma odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni" ale właśnie trzeba umieć celnie trafić. Pozdrawiam

  • Fanriel

    @AnonimS Dziękuję za kolejny komentarz. Nie wiem, dlaczego wykluczasz ewentualność, że Veronika spotkała się z Dieterem, żeby powspominać. Może po prostu skorzystała z okazji i odwiedziła znajomego, którego lubi. ;) Również pozdrawiam.