Strażnicy cienia II część 8

Veronika obudziła się bardzo wcześnie. Czuła się wypoczęta, więc wstała po cichu, by przypadkiem nie przerwać snu narzeczonego, który leżał obok niej.
     Po porannej toalecie wyszła przed dom i rozejrzała się. Kilku ludzi nawoziło właśnie kwiaty, nieopodal stała grupa dyskutujących o jedzeniu. Poranek był bardzo przyjemny. Zapowiadał się piękny dzień.
     Czarodziejka postanowiła udać się na spacer. Ruszyła w stronę rzeki, która przepływała w pobliżu plantacji. Przy brzegu rosły pojedyncze, rozłożyste drzewa, idealne by schronić się w ich cieniu. Usiadła pod jednym z nich, opierając się o gruby pień i oddała się medytacji. Nie mogła się jednak skupić. Woda płynęła dla niej zbyt głośno, ptak ćwierkający na gałęzi był drażniący, a do tego mnóstwo rozmaitych niechcianych myśli zaprzątało jej głowę. W końcu udało jej się wyciszyć, ale z medytacji i tak nic nie wyszło.
     Zaczęła się zastanawiać, co powinna dalej robić. Może uciec z plantacji i nigdy nie wracać? Wiedziała, że będzie tęsknić za Gertem… Mogłaby też zabrać go stąd i razem z nim spać w błocie podczas niekończących się podróży. To byłoby miłe, ale z pewnością by narzekał. Mogła też zacisnąć zęby, wziąć idealny ślub w pięknej sukni, zostać te trzy miesiące na cudownej plantacji kwiatów, a potem uciec na północ… Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że prawie każda kobieta marzyła o narzeczonym, który tak podchodzi do sprawy ślubu, ale czy właśnie ona musiała trafić na taki ideał? Była inna. Nigdy nie marzyła o księciu, ani rycerzu na białym rumaku. Zawsze chciała być sama. Może nigdy nie powinna się z nikim wiązać? Narzeczony już ją ograniczał i narzucał swoje wizje. Jak miała wyglądać ich przyszłość? Uświadomiła sobie, że Gert prawdopodobnie liczy na to, że ona się w końcu przełamie, że zostanie z nim w domu i będzie mu rodzić dzieci. Przecież zgodził się na skromny ślub, a mimo to robił swoje. On był przekonany, że jako żona mu ulegnie…
     Niezwykle poruszona swoimi wnioskami, gwałtownie poderwała się i ruszyła w stronę domu.  
Na plantacji był już większy ruch. Dostrzegła Ediego na koniu, który powoli jechał drogą prowadzącą do Nuln.  

     Poszła prosto do swojego pokoju. Gert nadal tam spał. Po cichu zaczęła zbierać swoje rzeczy i już po chwili wyniosła bagaże na korytarz. Na moment zatrzymała się nad nimi. Spakowała się, bo mieli jechać dziś do miasta, ale czy na pewno powinni to zrobić razem?
     Wyprostowała się, zabierając torby, po czym skierowała się do wyjścia.
     – Niech ktoś natychmiast przygotuje mojego konia – poprosiła przechodzącego służącego, który od razu udał się do stajni, by wykonać polecenie.

     Usiadła na schodach i czekała. Czuła dziwne i zarazem przyjemne podniecenie, jakże odmienne od marazmu, w którym ostatnio tonęła.
     Po chwili stajenny podprowadził jej rumaka pod dom i skłonił się jej nisko.
     – Dzień dobry – przywitał się. – Jest w świetnej formie. Gotowy do podróży.
     – Dziękuję – odpowiedziała mu, po czym zwróciła się do konia: – Dzień dobry, kochanie. Jedziemy na wycieczkę. – Poklepała go czule i przytroczyła rzeczy do siodła.
Przerwała na moment targana wątpliwościami: zostać czy odjechać? Chciała być z Gertem, ale nie mogła żyć tak, jak on by tego od niej oczekiwał. Nawet gdy mówił, że może się dostosować, liczył na to, że w końcu to ona zmieni zdanie pod jego wpływem.

     Gdy była już gotowa do drogi, weszła do domu i skierowała się do gabinetu. Usiadła przy biurku i zaczęła pisać:
     
     
     Kochanie,  
     Wybacz, ale nic z tego nie będzie. Wiem, że powinnam napisać coś więcej, ale w zasadzie… Wiedz, że mimo wszystko darzę cię szczerym uczuciem.
                                                                                                         Veronika


     Popatrzyła jeszcze na ten nieudany tekst, złożyła kartkę, po czym wyszła z nią na zewnątrz i zawołała do siebie sługę.
     – Możesz to przekazać Gertowi, gdy się obudzi? – zapytała.
     – Oczywiście. – Skłonił się i wziął od niej list.

     Po tym szybko wsiadła na konia i galopem ruszyła w stronę drogi. Dostrzegła Jose i Estelę zmierzających na plantację, ale nie zatrzymała się. Czuła, że musi uciekać. Gwałtownie skręciła w stronę miasta i po chwili usłyszała za sobą gwizd. Odwróciła się, prawie nie zwalniając. Czarodziej machał do niej, ale ona mimo to jechała dalej.
     
     – Veronika! – usłyszała za sobą głos Jose, który usiłował ją dogonić.
     Zwolniła nieco i spojrzała w stronę posiadłości Gerta. Estalijka czekała przy wjeździe. Poza tym wszystko wyglądało zwyczajnie, więc stwierdziła, że na moment może się zatrzymać. Dopiero wtedy czarodziej się z nią zrównał.
     – Co ty? Nie poznajesz? – zapytał.
     – Poznaję. Jesteś ranny? – Zaniepokoiła ją dziwnie przewiązana chusta, którą miał na głowie.
     – To nic takiego. – Machnął ręką na znak, że to nieistotne.
     – Narzeczonego nie ma? – Widziała, że jechali sami.
     – To jakaś śliska sprawa – powiedział.
     – To znaczy? – próbowała się czegoś dowiedzieć.
     – Nie było narzeczonego… I właśnie trzeba go znaleźć. Liczyłem na to, że mi pomożesz…
     – No dobrze, ale jaka śliska sprawa? Nie rzucaj mi hasłami, tylko mów normalnie. W zasadzie to wybacz, ale akurat teraz jestem trochę zajęta.  
     – W tartaku był wampir, najprawdziwszy wampir – wypalił Jose.
     – Poradziłeś sobie z nim? – To faktycznie ją zainteresowało.
     – Zwiał… Wpadliśmy tam z impetem. Obezwładniliśmy straż na zewnątrz. W środku było jeszcze kilku. Wszyscy zginęli, ale nie było tam jej narzeczonego. Było już późno…
     – Powiedz mi, kim ona jest i o co chodzi? Nie każdą dziewuchę porywają. – Veronika starała się coś ustalić.
     – To nie tak. – Jose energicznie pokręcił głową, po czym lekko się skrzywił. – Ona tu przyjechała, żeby zapłacić okup za narzeczonego, którego porwali cztery miesiące temu. Jakieś dwa miesiące temu dostała list, że okup…
     – Ale przecież ją porwali. Była związana – przerwała wypowiedź czarodzieja.
     – Coś poszło nie tak w czasie wymiany. Nie było narzeczonego, a jeden z jej ludzi okazał się być zdrajcą i próbował ją porwać z tymi, którym miała zapłacić – tłumaczył.
     – To w końcu dlaczego chcieli ją porwać?
     – A tego nie wiem. Pytanie, co ma z tym wspólnego wampir?
     – Więc kim ona jest? – zapytała ponownie Veronika.
     – Jest oficerem w służbie króla Alejandra II. Ma pod sobą jakichś dwustu ludzi… Jej narzeczony prowadził interesy w Imperium. Był w Averheim. Okup miała przywieźć do Nuln. W liście podali nazwę karczmy. Zatrzymała się tam i czekała na wiadomość. W końcu dostała mapę z wyznaczonym miejscem. Dalej to już wiesz.
     – W tartaku był wampir, który uciekł? Reszta nie żyje? – upewniła się.
     – Właśnie. Załatwiliśmy tamtych, zebraliśmy ich na kupę…
     – Spaliłeś ich? – weszła mu w słowo.
     – Po kolei. Byliśmy przecież w lesie. Nie jestem piromanem.
     – Coś trzeba było z nimi zrobić. Tyle trupów… – Zmartwiła się niedopatrzeniem Jose.
     Nigdy nie należało zostawiać śladów.
     – Poczekaj. Po tym jak już wstali i zaczęli łazić, nie było innego wyjścia. Mniejsza z lasem.
     – Jak to wstali i zaczęli łazić?
     – Jakbyś mi nie przerywała, to bym ci to wyjaśnił – nieco się uniósł.
     – Przepraszam cię bardzo. Nie mam teraz czasu, więc mów szybko i zwięźle.
     – To chyba jest ważne i powinniśmy jechać na plantację – zasugerował jedyne słuszne według niego posunięcie. – Musimy omówić szczegóły i przygotować plan działania.
     – Nie musimy tam wracać, by to załatwić – zauważyła.
     – W zasadzie nie – zgodził się z nią. – A ty dokąd się wybierasz?
     – Najpierw do Nuln.
     – My jesteśmy zmęczeni. Nie spaliśmy całą noc – przyznał.
     – To spotkamy się w mieście – zaproponowała.
     – Spieszy ci się gdzieś? – zapytał zdziwiony.
     – Tak.
     – Tak czy inaczej, powinnaś uważać, zwłaszcza w nocy. Co prawda nie było świadków, którzy…
     – On, jak rozumiem, nie zostawił żadnych śladów, odchodząc? – przerwała mu.
     – Po prostu zniknął.
     – Więc gdzie my go będziemy szukać? Chyba że on znajdzie ją... Chciał się z nią spotkać… – dedukowała.
     – Zadał sobie sporo trudu, żeby ją tu ściągnąć – stwierdził Jose.
     – Czyli teraz trzeba czekać na jego ruch.
     – Albo zaatakować zanim się ruszy.
     – Świetnie – rzuciła z ironią w głosie. – A gdzie chcesz atakować? Kogo? Wiesz, gdzie on jest? Przecież może być gdziekolwiek.
     – Myślę, że był w mieście, w Nuln – powiedział. – Oni lubią wygodne życie. Gdzie miałby się ukrywać jak nie w mieście?
     – Tak czy inaczej, jadę w dobrym kierunku.
     – Poza tym wiesz, co robią wampiry? Piją krew i zabijają – przypomniał. – Pomożesz nam?
     – Tak – zgodziła się bez wahania.
     – Kurczę, znowu będę twoim dłużnikiem. To może być jakaś poważniejsza sprawa. Zresztą sam wampir…
     – Wampir wystarczy – stwierdziła.
     – Właśnie… No i jeszcze ona. To już są dwa powody.
     – Ona akurat nie jest dla mnie żadnym powodem, po tym jak nas potraktowała na początku.
     – Nie powinnaś mieć do niej żalu.
     – Wybacz, nie jestem byle kmiotem, by ktoś łaskawie pozwalał mi zabierać rzeczy trupów – uniosła się na samo wspomnienie tamtej sytuacji.
     – Musisz zrozumieć, że jest przyzwyczajona do wydawania rozkazów – tłumaczył Jose.
     – A ja jestem przyzwyczajona do tego, że nikt mnie w ten sposób nie traktuje. Ty chyba też?
     – W zasadzie tak, ale…
     – Proszę cię, ewidentnie myślisz teraz nie tą częścią ciała co trzeba – podsumowała go. – Zresztą to nieważne. Jest wampir i należy się tym zająć.
     – Dobrze. To gdzie się spotkamy? – zapytał.
     – Jak nazywała się ta jej karczma?
     – Srebrny Lis.
     – Więc w Srebrnym Lisie – postanowiła. – Nie mów Gertowi, że mnie widziałeś – poprosiła.
     – Pokłóciliście się?
     – Nie, ale wyjeżdżam i nie chcę, żeby wiedział dokąd.
     – Na zawsze? – Trudno mu było w to uwierzyć. – Do Nuln?
     – Na początek. Spokojnie, raczej nie będzie mnie szukał po czymś takim.
     – Po czym? Co mu zrobiłaś? Zresztą nie mów, to nie moja sprawa. Będziemy w mieście jutro wieczorem – obiecał.
     Veronika skinęła głową i ruszyła w swoją stronę. Pomyślała o byłym narzeczonym. Miała nadzieję, że zrozumie jej decyzję i szybko się z nią pogodzi.

     Zatrzymała się w przydrożnej wiosce i tam zjadła późne śniadanie. Po południu zobaczyła już miasto. Jej myśli nadal uciekały do Gerta. Nie czuła się dobrze z tym, co zrobiła i ciągle musiała sobie powtarzać, że chciał ją uwięzić.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1909 słów i 10927 znaków, zaktualizowała 20 paź 2017.

1 komentarz

 
  • Margerita

    łapka w górę jak widzę Veronikę ciągnie w świat

  • Fanriel

    @Margerita Zgadza się. :) Dziękuję.