Strażnicy cienia II część 13

Veronika, ignorując już Edgara, podeszła do Gerta, stanęła przed nim i przez chwilę tylko na siebie patrzyli.
     – Nie zgadzam się – powiedział, a ona go pocałowała. – Nie przerywaj mi, gdy mówię – poprosił, po czym wrócili do długiego pocałunku.
     Ta bliskość sprawiła im obojgu ogromną przyjemność. Bardzo się za sobą stęsknili.
     – Nie zgadzam się na to, żeby ślubu nie było. I nie obchodzą mnie twoje argumenty – kontynuował.
     Już miała mu odpowiedzieć, ale właśnie wtedy odezwał się Edi:
     – A ty jaki masz interes w tym, żeby ganiać tego wampira? Przecież ona ma narzeczonego, tak? – Wbijał wzrok w czarodzieja.
     – On jest magiem. To jego obowiązek – wtrąciła się Veronika.
     – Ty mówisz wampir, a on mówi Estela. Każdy głupi zauważy, że ona bardziej go interesuje.
     – Motywy nie są tu ważne. Liczy się wynik i cel, do jakiego się dąży – stwierdziła.
     – A środki? – zainteresował się Edgar.
     – Środki też są ważne – powiedział Jose. – Nie możemy używać broni wroga, zwłaszcza takiego.
     – To bez sensu – skwitował Edi, opierając się o drzewo. – Uganianie się za nim jest bez sensu. Poza tym on mógł zjechać z tej drogi już dawno temu.
     – Owszem. – Kobieta musiała przyznać mu rację w tej kwestii.
     – Mogliśmy nie zauważyć śladów w miejscu, gdzie trzymaliśmy konie. Jak wy chcecie go szukać? – kontynuował.
     – Macie jakieś światło? – zapytała, patrząc na nich po kolei.
     – Zawsze – potwierdził Jose i ruszył za nią, gdy skierowała się w stronę miejsca, gdzie przerwali pościg.
     Chciała sprawdzić, czy na ziemi zostały jakieś ślady. Liczyła na to, że w trawie uda jej się coś dostrzec.

     Gert przez chwilę chodził za nią w milczeniu.
     – Pogadam z Edim – oznajmił w końcu.
     – O czym? – zapytała, rozglądając się po drodze.
     – Mógłby nam się przydać. Spróbuję go przekonać, by nam towarzyszył. To może trochę potrwać.
     – Przecież i tak chyba nie będzie sam wracał.
     – O to bym się nie założył… Każdy znajdzie jakiś powód, żeby zabić wampira… – zaczął się zastanawiać, co to mogłoby być w przypadku jego przyjaciela.

     Jeszcze zanim Gert się oddalił, Jose wypowiedział jedno ze swoich zaklęć i płomień zatańczył nad jego dłonią. Ustawiał go w dowolnym miejscu, manipulując nim gestami. Z jego pomocą Veronika szybko odkryła ślady wielu koni. Kucnęła, by bliżej im się przyjrzeć.
     – My chyba tędy przejeżdżaliśmy – powiedział do niej czarodziej.
     – Tak? – Zmartwiło ją to.
     – Tak mi się wydaje… Zresztą tu jest ścieżka. Musieliśmy nią jechać.
     Zaklęła pod nosem.
     – Równie dobrze mógłby teraz siedzieć w tej swojej wieży – stwierdziła z irytacją w głosie.
     – Wymyśl coś – poprosił szeptem Jose. – Potrzebujesz jeszcze światła?
     Pokręciła głową, więc krótkim słowem zgasił ogień.
     – Żadne z nas nie jest łowcą wampirów – kontynuował. – Jeśli go zgubimy i nie znajdziemy w ciągu dnia, to w nocy nie będziemy już mieli szans.
     – Najmniejszych – zgodziła się z nim. – On może być gdziekolwiek.
     – Moglibyśmy ewentualnie złapać trop, jeśli zostawi po drodze jakieś trupy. I tak musielibyśmy mieć sporo szczęścia, by pojechać w odpowiednim kierunku.
     – Może poszukamy w tej wieży? Przecież uciekał w pośpiechu. Tam mogą być ślady, wskazujące na to, skąd jest – domyślała się.
     – Więc wróci po to…
     – Możliwe. Powinniśmy tam pojechać. Jesteśmy stosunkowo niedaleko – stwierdziła. – Stamtąd o świcie wyruszymy na poszukiwania. To chyba jedyne rozsądne rozwiązanie… Jedźmy powoli, nasłuchujmy. Koncentruj się na magii. Może będzie coś kombinował.
     – Wkurza mnie to. Wolałbym stanąć z nim do pojedynku twarzą w twarz. Nawet z dwoma wampirami.
     – Ja nie miałabym ochoty na taki pojedynek – przyznała szczerze.
     – Może powinniśmy udać się do Kolegium? – zastanawiał się głośno. – Nie, za daleko.
     – Po co? – zdziwiła się Veronika.
     – Na pewno są czarodzieje, którzy znają się na tropieniu.
     – Oszalałeś? Chciałbyś tam jechać, by poskarżyć, że spotkałeś wampira?
     – Nie poskarżyć, a poprosić o pomoc. A jeśli w wieży nic nie znajdziemy?
     – To ja już wolałabym udać się do Nuln i skorzystać z usług łowców wampirów. Oni są chyba w każdym mieście – powiedziała i ruszyła w stronę pozostałych.

     Gert nadal rozmawiał z Edim. Przerwał, gdy czarodzieje się zbliżali i wyszedł im naprzeciw.
     – I co? Macie coś? – zwrócił się do nich radosnym głosem.
     – Nie. Wracamy do wieży – poinformowała go kobieta. – Zakładamy, że on może się tam zjawić.
     – Nie wiem, czy uda mi się go przekonać. Kiepsko to widzę – powiedział prawie szeptem.
     – A co? Zostawiliście tam coś? – zapytał głośno Edi.
     – Nie, ale może on coś zostawił – odpowiedziała mu od razu.
     – Oby to było złoto. – Podniósł się leniwie z miejsca.
     – Na pewno miał przy sobie złoto – stwierdził Gert, co wywołało uśmiech na twarzy czarodziejki.

     – Może rozświetlimy sobie drogę? – Edi zwrócił się do Jose, gdy już ruszyli.
     – Nie – stanowczo zaprotestowała Veronika.
     – I tak się na niego nie natkniemy, a przynajmniej nikt nie walnie łbem w żadną gałąź – upierał się przy swoim.
     – Może zechce nas zabić, napić się… – zwróciła się do czarodzieja, bo dostrzegła pozytywy propozycji Edgara.
     – Sugerujesz, żeby wskazać mu kierunek? – upewnił się Jose.
     – Chyba nic lepszego nie można teraz zrobić – potwierdziła.
     Estalijczyk zatrzymał się, zsiadł z konia i na ziemi zaczął czegoś szukać po omacku. Potem wsiadł z powrotem i przy użyciu magii podpalił gałąź. Trzymał ją jak pochodnię. Oświetlała teren w promieniu dziesięciu kroków.

     Wszyscy byli skoncentrowani i czujni, rozglądali się. Przejechali spory kawałek drogi, gdy Veronice rzuciło się w oczy coś nienaturalnego na jednym z drzew. Z jakiegoś powodu przyciągnęło jej uwagę. Wydawało jej się, że to fragment materiału zaczepiony na gałęzi.
     – Stójcie – powiedziała i powoli podjechała do tego drzewa.
     Pozostali zatrzymali się, a Edi od razu sięgnął po miecz. Faktycznie znalazła strzępek ciemnej tkaniny ze srebrnym haftem. Wampir miał na sobie coś podobnego, gdy próbował ją przesłuchiwać.
     Zsiadła z konia.
     – Co znalazłaś? – zainteresował się Jose.
     – Chodź tu ze światłem – poleciła. – Prawdopodobnie fragment jego ubrania.
     Podszedł do niej i oboje zaczęli się rozglądać.
     – Jest – powiedział podekscytowany, wskazując na ziemi wyraźny odcisk kopyta.
     Wyglądało na to, że wampir tylko chwilę jechał drogą, po czym skręcił w las.
     – Dzięki Ranaldzie – Veronika zwróciła się do Pana Złodziei, u którego można było wymodlić uśmiech losu. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mieli niesamowite szczęście.
     – Tyle czasu… – mruknął czarodziej i spojrzał na towarzyszkę. – Wkrótce zacznie świtać. Pewnie już szuka sobie kryjówki… Możemy pojechać do wieży i wrócić tu później… Twojego konia nie ukryje.
     – Więc tak zróbmy – zdecydowała, zostawiając na gałęzi skrawek materiału, by
rano nie mieli problemu z odnalezieniem tego miejsca.
     – A jednak mamy tropicieli – powiedział Gert.  – Chyba uda nam się go dorwać w krótkim czasie.
     – Spieszy ci się gdzieś, kochanie? – zapytała go Veronika, wracając do konia.
     – Mam nadzieję, że nie spóźnię się na ślub.
     – A kiedy go bierzesz? – droczyła się z nim.
     – Jeszcze dwa tygodnie… W zasadzie to nie ma znaczenia gdzie, prawda? – Uśmiechnął się przebiegle, co nie uszło jej uwadze.
     – To znaczy? – zapytała, ruszając.
     – To znaczy, że gdziekolwiek byśmy nie pojechali, zawsze znajdzie się jakaś świątynia, do której można wejść i złożyć przysięgę – wyjaśnił.
     – I mówisz to teraz, gdy już się zgodziłam na lukrowe figurki na torcie?
     – Złóżmy to na barkach losu – zaproponował.
     – Wiesz, że potrafię tak pokierować losem, żeby nie być w miejscu, w którym nie chcę być. – Zerknęła na niego, udając powagę.
     – Na razie to wampir będzie wskazywał nam kierunek.
     – Cudownie. Zawsze o tym marzyłem – rzucił ironicznie Edi.
     – Jak to miło, gdy spełniają się czyjeś marzenia – odparła z uśmiechem.
     – Będzie mi brakowało tych sporów między nami, gdy już wampir z wami skończy – zwrócił się do niej Edgar.
     – Mówiłem, że cię lubi – szepnął do narzeczonej Gert.
     – Nigdy mi tego nie mówiłeś – zauważyła.
     – Ale mówiłem, że Edi ma specyficzny sposób okazywania przyjaźni?
     – To tak – potwierdziła. – Nie nazwałabym tego przyjaźnią, ale wystarczy, że trzymał na muszce kogoś, kto chwilę wcześniej zamierzał rozwalić mnie wielką, drewnianą pałą.
     – Nie nazwałabyś tego przyjaźnią? – zdziwił się Gert. – Przyjechał tu dla ciebie i pomógł znaleźć to miejsce.
     – Rozumiem. Wszystkim wam jestem bardzo wdzięczna za pomoc. Miałam trochę kłopotów – przyznała.
     – Trochę kłopotów? – oburzył się Edgar. – Kłopoty to mają uzależnieni od mandragory.
     
     Świtało, gdy dojechali do wieży.
     – Rozdzielmy się – zaproponowała czarodziejka i zwróciła się do Jose: – Idź z Edim jednymi schodami, jeśli się zgodzi, a ja i Gert pójdziemy drugimi. Wszystko po drodze trzeba przejrzeć. Może coś tu po nim zostało.
     – Kiedy zamierzacie odpocząć? – zapytał Edgar.
     – Jak znajdziemy wampira – odparła, zsiadając z konia.
     – No to chodźmy. – Od razu ruszył do środka.

     Veronika wybrała część budowli, w której już była. W pomieszczeniach na parterze nie było okien. Stały tam stare, sypiące się regały na broń, ale to ich nie interesowało. Szukali śladów, jakie ewentualnie mógł zostawić wampir. Wyżej, mniej więcej w połowie wieży, były pomieszczenia, w których zatrzymali się strażnicy. Znaleźli tam prowiant, ubrania, amunicję i kuszę, którą Gert od razu zabrał. Kobieta wzięła stamtąd jedynie sakiewki.
     Po drodze mijali martwych najemników. Czarodziejka pospiesznie ich przeszukała, ale nie znalazła niczego poza pieniędzmi, choć i tych nie było zbyt wiele.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1732 słów i 10410 znaków.

2 komentarze

 
  • Margerita

    łapeczka w górę brawo Vercia oby tak dalej

  • Fanriel

    @Margerita Dziękuję. :)

  • anonimS

    No pięknie, tempo zabójcze jeśli chodzi o czas między odcinkami. Akcja toczy się wartko. Oby tak dalej.

  • Fanriel

    @anonimS Dziękuję. Tekst jest prawie skończony, więc najprawdopodobniej kolejne części będą się ukazywały codziennie.