Strażnicy cienia III część 26

– Udanej zabawy – życzył im Filip, który stał na korytarzu. – Jakby co, to tu jestem.
     – Dzięki – odpowiedziała mu czarodziejka.
     – Co on miał na myśli? – zaczął Gert. – Odniosłem wrażenie, że zwracał się do ciebie. Co miało znaczyć to „jakby co”?
     – Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Może mam mu dać znać, jakby trzeba było kogoś pobić. Skąd mam wiedzieć, co on miał na myśli? Idź i go spytaj. Ja nie siedzę w jego głowie.
     – Odpowiadasz mu, a nie wiesz na co?
     – Tylko podziękowałam. Co to była za odpowiedź? – Spojrzała na narzeczonego i pokręciła głową.
     – Twierdząca. Nie wiem, na co on może teraz liczyć. Cokolwiek by nie pomyślał...
     – Tak – przerwała mu – Może sobie liczyć na cokolwiek, a i tak się nie doliczy.
     – W twoim przypadku z pewnością – rzucił.
     – O co ci chodzi? – Zatrzymała się w głównej izbie, przez którą właśnie przechodzili.
     – O nic. Ślub jutro w południe – oznajmił, odwracając się w jej stronę. – Do tego czasu wytrzeźwiejesz.
     – Słucham?
     – Nie przesłyszałaś się, ale mogę powtórzyć. Z tobą trzeba ostro…
     – Rzuciłeś hasło i niemal zawlokłeś mnie do świątyni. Tak nie można – oburzyła się. – Przynajmniej nie w południe. Będzie upał, a ja…
     – Czy ma pani jakiś problem? – zapytał szczupły, wysoki mężczyzna, podnosząc się ze swojego miejsca przy stole.
     – A pan ma jakiś problem? – warknął na niego Gert.
     Veronika, nie czekając na rozwój zdarzeń, pospiesznie opuściła zajazd. Chwilę później dołączył do niej narzeczony.
     – Mogłabyś się jakoś przyzwoicie ubrać. Niepotrzebnie przyciągasz uwagę – stwierdził.
     – Słucham?! – podniosła głos. – Na początku twierdziłeś, że źle się ubieram, więc zmieniłam garderobę. Teraz też ci się nie podoba?
     – Nie o to mi chodziło. Teraz to nawet porozmawiać nie można. Zaraz się na ciebie rzucają. Gdybyś była karlicą z wielką naroślą na nosie…
     – Nie chciałbyś ze mną rozmawiać o ślubie – przerwała mu.
     – Nawet by nie pisnął – dokończył. – I nie mówimy teraz o mnie, tylko o innych.
     – Czy ty w ogóle słuchasz, co ja do ciebie mówię? Nie w południe – powtórzyła z naciskiem.
     – Słucham. Może być wieczorem?
     – Nie. Wieczorem można by było gdzieś wyjść – zasugerowała.
     – Rozejrzę się za jakimś przyzwoitym miejscem.
     – Nie musisz. Wiem, gdzie chcę iść – oznajmiła.
     – Gdzie? Może uda mi się jeszcze coś dzisiaj przygotować na nasze wesele. Wiesz, stół, serweta, jakieś przyzwoite jedzenie.
     – A, to nie. – Pokręciła głową. – W lokalu, o którym myślałam, nie mają takich rzeczy.
     – To gdzie ty chciałaś nas zaprowadzić?!
     – Na imprezę – odparła z niewinną miną.
     – Yhm. Zajazd z wielkim szyldem: „Tu można dostać w mordę”, tak? – zapytał z ironią. – Wiesz, chyba mam lepszy pomysł. Pójdziemy do dzielnicy portowej, rozsypię na ulicy złoto i powiem: „Ten, kto da mi radę, może to pozbierać”. To dopiero będzie impreza.
     – Ja chcę się spotkać ze znajomymi.
     – Ja wiem, kim są twoi znajomi. – Rozejrzał się. – Chcę wziąć z tobą ślub i…
     – Czy ty naprawdę nie możesz z tym zaczekać? – przerwała mu.
     – Na co? Przecież to być może ostatnia okazja. Czeka nas Sylvania.
     – Przed Sylvanią będziemy jeszcze w mieście. Tam mamy zbierać informacje – przypomniała.
     – To chyba nie jest odpowiednie miejsce. Ludzie tam żyjący codziennie spoglądają na krainę wampirów. Pewnie postawili wysokie mury, żeby nie oglądać tego bez przerwy. Tu możemy liczyć na towarzystwo miłych osób w przyjemnym lokalu – argumentował.
     – Tam na pewno też są mili ludzie.
     – Tak – mruknął – łowcy czarownic, łowcy wampirów, zabójcy krasnoludzcy, wdowy, wampiry… Po co nam to na przyjęciu weselnym?
     – Nie możemy tego zrobić w Nuln? – zapytała.
     – Byliśmy w Nuln i tego nie zrobiliśmy. Poza tym zgodziłaś się. Jutro po południu. Mniejsza o lokal. Cofam to, co powiedziałem.
     – Czy my naprawdę nie możemy tego zrobić normalnie, tak jak chciałeś?
     – Próbowałem i uciekłaś – przypomniał z wyrzutem.
     – Teraz bym nie uciekła. Przemyślałam to. Wrócimy do Nuln, zaprosimy znajomych... Chcesz brać ślub bez Ediego?
     – Nie widzę problemu. Przecież nie z nim chcę się żenić. Może teraz mi powiesz: „Jedź do Nuln, weź ślub i zaczekaj, a jak załatwię swoje sprawy, to do ciebie dołączę”?
     – Tak się nie da – odparła z westchnieniem.
     – No właśnie. Co ty mi tu Edim głowę zawracasz?
     – Nawet nie wiemy, co się dzieje z Jose, a ty myślisz o takich rzeczach – wyrzuciła mu.
     – Proszę cię… – Spojrzał na nią, przechylając lekko głowę. – Dobrze wiem, że masz gdzieś to, co się z nim dzieje. Dlaczego szukasz wymówek?
     Veronika bardzo chciała przerwać tę rozmowę. Rozejrzała się i dostrzegła znajomego. Szedł drugą stroną ulicy, pchając wózek, na którym stała beczka.
     – Co jest? – zapytał ją zaniepokojony Gert.
     – Nic – odparła, przyglądając się oprychowi.
     – Myślisz, że to może być ten morderca?
     – Nie – zaprzeczyła, po czym ruszyła w stronę mężczyzny.
     – Chwileczkę. – Zatrzymał narzeczoną, chwytając ją za rękę.
     – Zaraz. Chcę się przywitać – wyjaśniła.
     – Znasz go?
     Gdy potwierdziła, westchnął, puścił ją i poszedł za nią.
     
     – Cześć! – powiedziała do znajomego.
     Mężczyzna spojrzał na nią, oczy mu się rozszerzyły i ze szczerym uśmiechem uścisnął jej dłoń.
     – Co słychać? – zapytała czarodziejka.
     – A nic. Robimy imprezę w parku. – Kopnął wózek. – Mamy beczkę wina.
     – A kto będzie? – zainteresowała się.
     W odpowiedzi usłyszała piętnaście znajomych ksywek.
     – Ja dziś wybieram się do Smoczego Oddechu – powiedziała. – Umówiłam się z Klausem.
     – Klaus miał przyjść do nas. Przyjdźcie, będzie fajnie – zachęcał.
     – Może wpadniemy – odezwał się Gert.
     Wtedy Veronika przypomniała sobie o jego obecności i przedstawiła sobie mężczyzn.
     – Byłaś już u Angeli? – zapytał Erich.
     – Nie – zaprzeczyła – dopiero przyjechałam.
     – Tylko nie zapomnij, bo śmiertelnie się obrazi. Jakby co, jej nie będzie w parku.
     – Domyślam się. – Uśmiechnęła się. – Jutro to załatwię.
     – Jutro też będziesz? A nie, ja jutro nie mogę – powiedział mężczyzna.
     – To do zobaczenia później – pożegnała się i poszli w swoje strony.

     – Już niedaleko – zwróciła się do narzeczonego.
     – Niedaleko? – zdziwił się. – Przeszliśmy z dziesięć kroków.
     – Specjalnie wybrałam zajazd w pobliżu. To tam. – Skinęła w stronę karczmy znajdującej się nieopodal.
     – Yhm, no dobrze... – Podrapał się w głowę. – O której wrócisz?
     – Nie wiem – odparła.
     Zatrzymali się przed drzwiami, nad którymi wisiał zbyt duży szyld z wyrzeźbioną nazwą lokalu i wizerunkiem smoka.
     – Nie wiesz? To do zobaczenia. – Pocałował ją w policzek.
     – Na razie będę tu, potem pewnie w parku tam. – Wskazała kierunek. – Jakbyś zmienił zdanie, przyjdź. Zaproszenie jest aktualne.
     – Zobaczę. Jeśli moje spotkanie się nie uda, to może wpadnę. Miłej zabawy.
     – Wzajemnie. – Uśmiechnęła się do niego i weszła do lokalu.
     Nie rozumiała, dlaczego Gert nie chciał jej towarzyszyć. To budziło w niej niepokój. Miała nadzieję, że nie przyszło mu do głowy nic głupiego. Ostatnio mieli już dość kłopotów.

     W środku był spory ruch. Veronika rozejrzała się i stwierdziła, że większość gości to jej bliżsi bądź dalsi znajomi. Od razu ruszyła w stronę stołu, gdzie siedzieli jej dawni kompani.
     Klaus wyszedł jej naprzeciw.
     – Gdzie twoja eskorta? – zapytał na powitanie.
     – Dziś ma wolne.
     – No i bardzo dobrze. – Uśmiechnął się, prowadząc ją do pozostałych. – Siadaj. Co pijesz? Może wódkę?
     – Może być – zgodziła się.  
     Kobieta serdecznie przywitała się ze znajomymi, którzy od razu zasypali ją pytaniami typu: Co słychać? Gdzie byłaś? Jak ci się żyje? Pobieżnie opowiedziała im o miejscach, które zwiedziła.
     – Czego tam szukałaś? – dopytywał jeden z kolegów.
     – Szczęścia – odparła z uśmiechem.
     – Sądząc po stroju, znalazłaś.
     – Jest nieźle – przyznała i zmieniła temat.
     Miała zbyt wiele tajemnic, których nie mogła im zdradzić. Poprowadziła rozmowę w taki sposób, by to oni opowiadali o sobie. Niczego nie ukrywali. Atmosfera była jak dawniej, zupełnie jakby widzieli się poprzedniego wieczoru.

     Wraz z upływem czasu w lokalu przybywało gości. Wśród nich czarodziejka dostrzegła podejrzanego mężczyznę. Siedział sam przy barze. Miał na sobie płaszcz, a twarz ukrywał pod kapturem.
     – Co to za jeden? – Veronika zagadnęła chłopaka, który siedział obok niej. – Trochę za ciepło na taki strój.
     – A skąd ja mam wiedzieć? – usłyszała w odpowiedzi.
     – Mało to takich? – odezwała się Greta. – Może przejezdny szuka pracy. Jeśli to nikt od nas, to prędzej czy później ktoś się nim zainteresuje… Gramy w butelkę.
     – Ja odpadam – powiedziała czarodziejka.
     – Nie możesz! – koledzy zaprotestowali niemal jednocześnie.
     – Nie ma mowy. Nie wchodzę w to – broniła się. – Będziemy szli na imprezę do parku?
     – Masz ochotę na piknik? – zdziwił się Klaus. – I tak pewnie przylezą tam strażnicy i popsują całą zabawę. Na pewno będzie tam niezła burda i jak znam naszych, przy okazji jeszcze coś podpalą. Siedź tu, jak ci dobrze, a jak nie, to możemy zmienić lokal.
     Butelka zakręciła się na stole, ale na szczęście nie trafiło na Veronikę. Jej nie dawał spokoju mężczyzna przy barze. Zauważyła, że dyskretnie obserwował salę. Przeszło jej przez myśl, że to mógł być Gert. Gdyby faktycznie tak było… Szybko odgoniła od siebie te podejrzenia.

     Po pewnym czasie dwóch osiłków przysiadło się do tajemniczego mężczyzny. Zamienili z nim kilka słów, popatrzyli po sobie i odeszli, zostawiając go samego. Veronika zaczynała się niepokoić. Narastała w niej obawa, że to zabójca jej mistrza. Może tej nocy przyszła kolej na nią?
     – Jeśli cię interesuje, mogę go sprawdzić – zaproponowała Greta, widząc zamyślenie koleżanki.
     – Nie lubię towarzystwa, które ukrywa twarze pod kapturami – przyznała czarodziejka.
     – Nie lubisz nas? – zapytał rozbawiony Klaus.
     – Żadne z was nie ma teraz kaptura – zaznaczyła.
     – Teraz nie. – Puścił do niej oko. – Może on jest w pracy?
     – Tym bardziej mnie to niepokoi – powiedziała Veronika.
     – Tak, to by było dziwne. Pójdę sprawdzić – postanowiła Greta, po czym ruszyła w stronę baru.
     Czarodziejka dyskretnie zerkała w tamtą stronę, nie przerywając rozmowy ze znajomymi. Greta zaczęła zagadywać mężczyznę, próbując zajrzeć mu pod kaptur. W pewnym momencie stanowczo się od niej odsunął. Chwyciła go za dłoń przyjaznym gestem, ale gwałtownie cofnął rękę.
     – Co z tobą, do cholery?! – wrzasnęła. – Nie podobam ci się czy co?!
     Część zebranych zaczęło z zainteresowaniem obserwować zajście.
     – Co jest, Greta?! Jakiś kłopot?! – krzyknął  oprych z drugiego końca izby.
     Czterech innych już zmierzało w stronę baru. Mężczyzna w kapturze poruszył się i szybko omiótł wzrokiem salę, oceniając sytuację. Nieoczekiwanie zerwał się z miejsca, popychając dziewczynę, i pobiegł w stronę schodów.
     – Łapać go! – podniósł się krzyk, któremu towarzyszyły wyzwiska.
     Kilku stałych bywalców rzuciło się za nim w pościg.
     
     – Nic ci nie jest? – Veronika zapytała koleżankę, gdy ta po chwili wróciła do stołu.
     – Nie. To jakiś dziwak – stwierdziła.
     – A co mówił?
     – Że nie jest zainteresowany. W kółko to powtarzał. Czy mnie czegoś brakuje? – Wygładziła swoją koszulę.
     – Gdzież tam. Skądże – zaprzeczali wszyscy, przysłuchujący się tej rozmowie.
     – Kto mnie pocieszy? – zapytała Greta, po czym wybrała sobie jednego z kilku chętnych i usiadła mu na kolanach.
     Czarodziejka zerkała w stronę schodów. Chciała wiedzieć, kim był ten mężczyzna. Przez chwilę nic nie było widać, bo akcja przeniosła się na piętro. Dochodziły stamtąd odgłosy szarpaniny i jakieś niezrozumiałe krzyki.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2078 słów i 12482 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    No ciekawe kto ją śledzi zabójca mistrza czy może zazdrosny Gert? Towarzystwo szemrane ci przyjaciele Veroniki. Pozdrawiam w 2018 r

  • Fanriel

    @AnonimS Jutro się wyjaśni, kim jest zakapturzony mężczyzna. Dziękuję bardzo. Wzajemnie.