Strażnicy cienia II część 41

Tym razem z lektury dowiedziała się, że stworzenie odpowiedniej broni zajęło znacznie więcej czasu, niż można się było spodziewać. Najtrudniej było zdobyć odpowiedni surowiec i bez pomocy ludzi to by się nie udało.
     
     Teraz zastanawiam się tylko, jak go nazwać…

     Na tym skończyła, gdyż wszyscy byli już gotowi do dalszej podróży. Nie chciała opóźniać wyjazdu, więc zamknęła pamiętnik i schowała go do torby.
     
     – Jedziemy? – zapytała narzeczonego, podchodząc do swojego rumaka.
     Gert się rozejrzał.
     – Najwyższy czas – powiedział. – Wsiadać na konie! – polecił, po czym podszedł do Veroniki i uśmiechnął się. – Dobrze?
     – Świetnie – pochwaliła jego przywództwo.
     – Czy ktoś nie ma przypadkiem za dużo broni? – głośno zapytała Estela, gdy już dosiadali wierzchowców.
     Najemnicy popatrzyli tylko po sobie, a potem udali, że tego nie słyszeli. Czarodziejka powoli ruszyła na południe.
     – A konkretnie jakiej broni? – zainteresował się Gert. – Sztylet może być?
     – Miecz, włócznia, tarcza… Cokolwiek – odpowiedziała dziewczyna.
     – Panienko, zdaje się, że nie znasz zwyczajów. Żaden mężczyzna swojej broni nie pożyczy nawet przyjacielowi, a co dopiero, wybacz, kobiecie – wyjaśnił Gottri. – Poza tym ja mam tylko topór.

     Veronika przyspieszyła i po chwili usłyszała narzeczonego:
     – Zaczekaj!
     Natychmiast zatrzymała się i odwróciła. Wszyscy stali tam, gdzie ich zostawiła.
     – Na co?! – zapytała.
     – Mamy mały kłopot! To chyba długo nie potrwa, więc może chcesz popatrzeć?!
     – O co chodzi?! – próbowała się dowiedzieć.
     – Estela właśnie wyzwała na pojedynek jednego z najemników! – krzyknął.
     Zdenerwowana czarodziejka natychmiast zawróciła, widząc, że między pozostałymi wywiązała się burzliwa dyskusja.
     
     – Koniecznie chce mieć broń – wyjaśnił narzeczonej Gert, gdy zatrzymała się obok niego.
     – Którego wyzwała na pojedynek? – zapytała go, a on wskazał jej jednego z mężczyzn.
     – Dlaczego to zrobiłaś? – zwróciła się do Estalijki. – Bo potrzebujesz broni? To jest powód?
     – Jeśli fakt, że jestem kobietą, czyni mnie gorszym członkiem tej grupy, chcę udowodnić, że to nieprawda – powiedziała z dumą Estela.
     – Wiesz, co mnie to obchodzi?! – odparowała ostro Veronika, wywołując tym duże zdziwienie u rozmówczyni. – Wsiadaj na konia i ruszaj! Nie opóźniaj nas, bo mamy coś ważnego do zrobienia. I przypominam, że robimy to także w twoim interesie.
     – A ja robię to również dla ciebie, bo też jesteś kobietą – oznajmiła dziewczyna. – Z pewnością nie traktują cię na równi.
     – Jeśli masz jakieś kompleksy, to jest twój problem. Teraz nie czas, by udowadniać swoją równość czy wyższość. – W Veronice nie było żadnego zrozumienia.
     – Jakbym miała kompleksy, siedziałabym cicho.
     – Proszę cię, żebyś zachowała się rozsądnie, wsiadła na konia i bez żadnych bójek ruszyła dalej. Mamy dość kłopotów – powiedziała stanowczo czarodziejka.
     – Dobrze… – ustąpiła niezadowolona Estalijka.
     – Mamy jeszcze jakiś problem? – Veronika zwróciła się do narzeczonego. – Ja naprawdę chciałabym już jechać.
     – To tylko chwila – stwierdził. – Ruszać się! – ponaglił najemników. – I zabraniam jakichkolwiek pojedynków!

     Otaczały ich łąki. Po drodze mijali jedynie pojedyncze chałupy. Gert pięć razy posyłał ochroniarzy, by ostrzegli mieszkańców przed ewentualnym atakiem wampirów.
     Po południu zatrzymali się przy rzece. Była dość szeroka i rwąca, prowadził przez nią most. Kilku ludzi zajęło się końmi, reszta odpoczywała. Jose odpiął swój rapier i oddał go Esteli. Zadowolona dziewczyna podziękowała mu.
     Veronika wyjęła pamiętnik von Carsteina i odeszła na bok, by poczytać.
     
     SZTYLET BOSKIEJ KRWI. Myślę, że to dobra nazwa dla broni, która zapewni mi nieśmiertelność.

     Kobieta uśmiechnęła się na myśl, że Gert wrzucił ten wyjątkowy dla wampira sztylet do studni.
     
     Wszystko jest już gotowe: rytuał, broń i ofiara. Teraz jeszcze tylko odrobina cierpliwości.
Wkrótce się stanie. Kiedy się połączą matka i córka, będę najpotężniejszy z całego rodu, a być może ze wszystkich, którzy dotąd istnieli.

     Były to ostatnie słowa, jakie Dietmund zapisał w pamiętniku. Schowała go z powrotem do torby i wtedy dostrzegła, że zbliżają się do niej Jose i Estela.
     – Możemy porozmawiać? – zapytała Estalijka.
     – Jasne – odparła czarodziejka.
     – Na osobności – dodała.
     
     – Tam jest Gert – zauważyła Veronika, gdy zmierzali w stronę mostu.
     – On może to słyszeć. Chyba jest wtajemniczony. Te wampiry nas ścigają, tak? – zaczęła, gdy w pobliżu nie było już najemników.
     – Tak – potwierdziła kobieta.
     – I rosną w siłę, a my nie jesteśmy w stanie z nimi walczyć?
     – Nie jestem przekonana, czy rosną w siłę. – Czarodziejka uważnie przyglądała się dziewczynie, próbując zgadnąć, do czego zmierzała.  
     – Nawet jeśli nie rosną, z pewnością przewyższają nas liczebnością.
     – Owszem – przyznała Veronika.
     – Dlaczego uciekamy? – Chciała wiedzieć Estela.
     – Mamy plan – zdradziła. – Zaatakujemy je w odpowiednim momencie.
     – Myślę, że to jest dobre miejsce – powiedziała Estalijka. – Tu możemy je zatrzymać i wykorzystać naszą broń strzelecką. Ich zwierzęce instynkty, siła i szybkość na nic się zdadzą, kiedy będą zmuszone pokonać rzekę.
     – Czy wampiry nie mają jakiegoś problemu z rzekami? – czarodziejka zwróciła się do Jose. – Coś mi się obiło o uszy.
     Mag tylko wzruszył ramionami.
     – Szkoda, że nie ma Alexa – odezwał się Gert siedzący nieopodal. – On na pewno by wiedział.
     – Możemy spalić most – kontynuowała Estela. – Jeśli wejdą do rzeki… Jest dość szeroka, by nie mogły jej przeskoczyć. Będą musiały się przeprawić. Przynajmniej połowę z nich wystrzelamy, a zaklęcia Jose mogą zabić kilka, gdy będą jeszcze na moście. Plan jest prosty. Ukryjemy się i rozstawimy…  
     – Gdzie się ukryjemy? – przerwała jej Veronika, rozglądając się dookoła.
     – W trawie – odparła dziewczyna.
     – Z końmi?
     – W zasadzie to nie musimy się ukrywać. Wystarczy zachować odpowiedni dystans – stwierdziła po chwili namysłu. – Konie ewentualnie można odprowadzić dalej, ale nie ryzykowałabym oddalania się od nich. Wpuszczamy je na most, Jose go podpala. Jeśli będą szły grupą, nawet dziesięć z nich mogłoby tam zginąć w płomieniach. Te, które przedrą się przez rzekę, zostaną zabite przez strzelców. Pozostałe będziemy mieli po drugiej stronie.  
     – Albo powpadają do rzeki i od razu zgaszą te płomienie – powiedziała czarodziejka.
     – Wtedy będą w korycie. To łatwy cel – tłumaczyła. – Zaklęcia Jose sięgną również te, które się zawahają i zostaną po drugiej stronie.
     Mag skinął głową na potwierdzenie, a Veronika spojrzała na narzeczonego.
     – Można by nieco uszczuplić ich szeregi, ale z pewnością wycofają się, gdy zaczniemy je tłuc – zauważył Gert.
     – Owszem – zgodziła się Estalijka. – Zyskamy czas i odjedziemy. Zanim się przegrupują, będziemy już daleko.
     – Chyba że ich przywódca rzuci na nas zaklęcie, które nam to uniemożliwi – dodała czarodziejka.
     – Jeśli znajdzie się w zasięgu wzroku, będziemy musieli się go pozbyć – powiedziała Estela. – Ryzyko zawsze istnieje, ale to jedyny sposób, biorąc pod uwagę proporcje. Idealnie byłoby, żeby rzeka zapłonęła, ale tego chyba nie potrafi nawet Jose.
     – Nie potrafisz? – Veronika, ukrywając uśmiech, zwróciła się do maga.
     – Nie. Oczywiście, że nie – zaprzeczył.
     – Warto rozważyć ten pomysł – uznał Gert.
     – Trzeba to przemyśleć. – Narzeczona posłała mu wymowne spojrzenie.
     – Poza tym zostało jeszcze trochę dnia. Warto byłoby się rozejrzeć po okolicy i znaleźć drogę odwrotu, bądź miejsce na kolejną zasadzkę – dodała pełna zapału Estalijka.
     – Nie mamy na to czasu. Jedziemy dalej – postanowiła czarodziejka.
     – Jak to? – Zdziwiła się dziewczyna.  
     – Jeśli będziemy mieli czas i stwierdzimy, że to dobry pomysł, to tu wrócimy, ale na razie jedziemy dalej. Liczę na to, że jeszcze dziś dogonimy grupę wojowników, którzy nas wesprą – wyjaśniła Veronika.
     Estela skinęła głową.
     – Ty tu rządzisz – powiedziała, starając się ukryć niezadowolenie, po czym ruszyła w stronę koni.
     Jose oczywiście podążył za nią.
     
     – Jak lektura? – zapytał narzeczoną Gert, gdy zostali sami.
     – Skończyłam. Ten sztylet, który ukryłeś w studni, faktycznie jest mu niezbędny – zdradziła szeptem, kucając obok niego.
     – To można uznać, że kłopot z głowy.
     – W pewnym sensie tak – potwierdziła. – Co sądzisz o jej pomyśle?
     – Naszym największym problemem jest ich przywódca. Pewnie byłby z tyłu. Dobrze by było, żeby ktoś był jeszcze dalej, ale to spore ryzyko.
     – Yhm. Nasz plan jest lepszy. Nie sądzę, aby bełty zrobiły większą krzywdę wampirom. Są wytrzymałe. Poza tym nawet nie wiemy, jak ci ludzie strzelają. Zresztą niewykluczone, że zaczęliby uciekać na widok takiego wroga.
     – Gdybyśmy tu na nie czekali, stracilibyśmy dystans, który na razie mamy – zauważył Gert. – Nasz pomysł byłby już nie do zrealizowania. Dogoniłyby nas… Ale most moglibyśmy zniszczyć. To by je zatrzymało.
     – Wojsko też by to zatrzymało – powiedziała.
     – Więc lepiej zostawmy go w spokoju.

     Wkrótce potem ruszyli w dalszą drogę. Przez kolejne cztery godziny nie spotkali nikogo. Veronika oszacowała, że utrzymując dotychczasowe tempo, powinni rano dotrzeć na miejsce spotkania z ludźmi Edgara.

     – Może zrobilibyśmy dłuższą przerwę, żeby się zdrzemnąć – zaproponował Gert, gdy zatrzymali się wieczorem, by konie odpoczęły.  
     Gdy narzeczona przystała na ten pomysł, wydał odpowiednie polecenia najemnikom.
     
     Czarodziejka usiadła na uboczu i jedząc, obserwowała to, co działo się w obozie. Każdy, kto nie miał wyznaczonych zajęć, od razu się kładł. Krasnolud schował się za koniem, by dyskretnie się napić. Zaraz po tym przeciągnął się i rozglądając się, wrócił na swoje posłanie.

     W końcu i narzeczeni się położyli. Gert mocno przytulił Veronikę.
     – Stęskniłem się za tobą – wyszeptał.
     – Ja za tobą też.
     – Trzeba coś wykombinować… Tylko że ten teren tutaj taki jakiś równy.
     – Śpijmy już – poprosiła.
     – Dlaczego mnie prowokujesz, skoro chcesz spać? – zapytał.
     – Ja ciebie? To ty mnie prowokujesz. – Pocałowała go.
     – Nie wytrzymam. – Westchnął. – Zaraz zacznę szukać kryjówki.
     – Kochanie, zamknij się i śpij. – Ułożyła się w miarę wygodnie, kładąc głowę na jego piersi.

     Nie rozpalali ogniska, więc było zupełnie ciemno, gdy Gert obudził narzeczoną. Ochroniarze w ciszy szykowali się do drogi.
     – Dobij mnie – poprosiła kobieta, podnosząc się z wysiłkiem. Znacznie lepiej czuła się przed snem.
     – Już? – Uśmiechnął się lekko. – To dopiero początek.
     – Chwilowe zmęczenie… – mruknęła.
     – Jeszcze będziesz miała dosyć. To jeszcze nie to.
     – Nie to? Nie pamiętam już, kiedy się wyspałam.
     – A to nie jest najgorsze – zauważył i podał jej jedzenie.
     Czarodziejka zatrzymała wzrok na Gottrim, który siedział na uboczu. Przysunął topór do ucha.
     – Co mówisz? – zapytał swoją broń. – Tak? Yhm…
     Veronika pomyślała, że tej nocy wypił stanowczo za dużo.
     – Mówisz, że chcesz wampirzej krwi, tak? – kontynuował krasnolud. – Musisz jeszcze trochę poczekać. Zdaje się, że tu ma miejsce jakaś taktyczna rozgrywka. Nie wiem, o co tu chodzi, jesteśmy tylko szeregowymi… – przerwał i rozejrzał się, by sprawdzić, czy zrobił wrażenie na pozostałych. – Mój drogi, musisz być cierpliwy, inaczej oddam cię jakiemuś niziołkowi.

Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1952 słów i 12086 znaków, zaktualizowała 24 lis 2017.

2 komentarze

 
  • Margerita

    łapka w górę Gerci jak zwykle o wszystkim myśli

  • Fanriel

    @Margerita, dziękuję. :)

  • AnonimS

    Czytam z zapałem. Ciekawe co nasiąkną ta panienka?

  • Fanriel

    @AnonimS Dziękuję. Niezmiernie mi miło. :)