
Arthen stał przy relingu kupieckiej koggi i patrzył na rosnące na horyzoncie miasto. Miał trzynaście lat - wiek, w którym chłopcy z Północy przestawali być dziećmi, ale jeszcze nie byli mężczyznami.
Za jego plecami stał Ragnar. Jego ojciec i Wielki Jarl. Mierzący niemal dwa metry olbrzym o długiej, zaplecionej w warkocz brodzie i ogolonej głowie. Tatuaże na czaszce wyobrażające dwa wilki (każdy z innej strony czaszki) zakryte były futrzaną czapką noszoną przez kupców z północy.
- Patrz uważnie - powiedział spokojnie. - To najbogatszy port Południa. I najbardziej pewny siebie.
Na horyzoncie wznosiły się złote wieże Mazir - Khal, perły południowych wybrzeży.
Arthen skinął tylko głową.
Już wtedy uczył się milczeć.
Weszli do portu bez przeszkód. Fałszywe bandery Gildii Kupieckiej z największego portu na Północy. Fałszywe dokumenty. Prawdziwe wilki pod kupieckimi płaszczami.
Ragnar grał swoją rolę doskonale - ciężki, powolny handlarz futrami z dalekiej północy o niezbyt inteligentnym spojrzeniu.
Ale Arthen widział to, co inni przegapiali. Ukryte topory pod pokładem, wojów udających marynarzy. W sumie to on, na polecenie ojca, wybrał wojowników ze Straży Przybocznej odpowiednich do roli pachołków kupieckich. Ojciec był zadowolony. Wybrał najmłodszych – świeżo wyglądających, bez widocznych blizn - oraz najstarszych, którzy, jeśli byliby wojownikami już dawno, według przekonań południowców, gryźliby już ziemię.
Ragnar i jego brat Rolf, pełnili rolę kupców, a Arthen jako syn pierwszego z mężczyzn oficjalnie przyuczał się do fachu i morza.
Mazir - Khal uderzyło go zapachem przypraw, potu, złota. I czegoś słodkiego, gnijącego pod spodem. Dopiero po dłuższej chwili chłopak uświadomił sobie co to. Resztki jedzenia, smród odchodów z kanałów mieszał się z zapachem wyperfumowanego tłumu.
Ulice były zatłoczone, kolorowe, głośne. Arthen chłonął wszystko - każdy detal, każdy układ straży, każdą wąską uliczkę. I każdy bogatszy dom.
Ragnar pozwolił mu iść samemu, ale młody książę wiedział. Test. Zawsze był test. Wiedział też czego jego ojciec oczekiwał. Raportu z miasta. Informacji o tym, gdzie najbardziej można się obłowić. Złoto i srebro miał każdy kupiec i bogatszy mieszczanin. Ale co najbardziej obecnie przyciągało ludzi w to miejsce?
Znalazł to instynktownie. Plac otoczony kolumnami. Żelazne klatki. Ludzie wystawieni jak bydło. Niewolnicy.
Arthen zatrzymał się. Nie widział ich nigdy tylu w jednym miejscu. Nawet jak drakkary jego ojca wracały z wypraw.
Przechadzał się i oglądał. Ludzie w różnym wieku, od małych dzieci przyciśniętych do piersi matek, przez nastolatków po mężczyzn w sile wieku. Sporo było młodych dziewczyn i kobiet. Takich, które dopiero zaczynały nabierać kobiecych kształtów i takich, których ciała były w najlepszym etapie rozwoju. Arthen poczuł się dziwnie patrząc na nie.
I wtedy ją zobaczył. Była w klatce z czarnego żelaza. Młoda dziewczyna o skórze jak śnieg i włosach czarnych jak skrzydło kruka spomiędzy których wystawały szpiczaste uszy. Elfka miała fioletowe oczy. Zimne, nieufne, ale w przeciwieństwie do pozostałych dziewcząt niezłamane.
Ubrana była w cienką, jasną tunikę niewolnicy - zbyt lekką jak na chłód poranka, przylegającą do ciała tak, że nie pozostawiała wiele wyobraźni. Młode, jędrne piersi, płaski brzuch i smukłe nogi.
Materiał był celowo skromny, ale krój zdradzał intencję handlarza. Towar miał się dobrze prezentować. Na szyi nosiła wąską, metalową obrożę z wybitym znakiem domu handlowego.
Dziwne uczucie, które czuł od podejścia do klatek spotęgowało się, a chłopak uświadomił sobie, że jego własne ciało go zdradza. I jakby tego było mało napotkał spojrzenie elfki.
- Ona wie! – przemknęło mu przez myśl – Ona wie kim jestem i co się w tym momencie ze mną dzieje!
Jej głowa przechyliła się minimalnie. Niekokieteryjnie. Nieulegle - Oceniająco. Jakby zapamiętywała go na przyszłość.
- Ta jest na jutro - warknął obok handlarz. - Wielki Targ. Pójdzie drogo.
Arthen nawet na niego nie spojrzał. Wciąż patrzył na nią. A jej spojrzenie, chociaż nadal nieugięte, wyrażało teraz coś jeszcze. Chłopak nie potrafił powiedzieć co.
- Won stąd smarkaczu! – warknął kupiec – Jak masz na nią ochotę to wróć o świcie ze złotem. Mnóstwem złota. Maazan nie targuje się.
Książę Północy spojrzał na niego. Zmierzył wzrokiem jego podstarzałą twarz, przyprószoną siwizną krótką kręconą brodę, żółte szaty i miecz.
Miecz był dziwny. W tym regionie świata wszyscy nosili zakrzywione ostrza, a to było proste. Najdziwniejsze były jednak rękojeść. Srebrna o jelcu wyobrażającym smoczy łeb zaciśnięty na głowni i rozpostartych skrzydłach. W miejscu oczu były czarne kamienie szlachetne.
- Maazan? – pomyślał chłopak – Zapamiętam.
Ragnar był więcej niż zadowolony z raportu syna o jutrzejszym targu niewolników. Miasto, bogate same w sobie, okazało się być tej nocy pełne handlarzami i bogaczami z całego regionu.
Pod osłoną nocy wojownicy z koggi rozbiegli się po mieście. Dwie grupki pognały w kierunku wież strażniczych w Bramie Morskiej. Miały zlikwidować jej obstawy i otworzyć bramę dla pozostałych 50 okrętów Ragnara. A na każdym z nich było pięćdziesięciu wojów gotowych do plądrowania miasta, mordów i gwałtów.
Trzecia grupa, liczniejsza, ruszyła szeroką aleją prowadzącą z portu do centrum miasta. Na jej czele szedł Ragnar. Jarl odziany był w ciężką kolczugę, czarny północny kirys przyozdobiony ochronnymi runami, a na ramionach płaszcz obszyty futrem czarnego wilka. W jednej dłoni dzierżył tarczę, a w drugiej ciężki topór.
Po jego bokach szli brat i syn. Brat szedł w samych spodniach i butach. Bez nawet koszuli. Jakby rzucał wyzwanie: zabijcie mnie, jeśli potraficie.
Arthen, idący u drugiego boku Wielkiego Jarla, prezentował się zgoła inaczej niż starsi członkowie królewskiego rodu. Raczej jak łotrzyk niż łupieżca. Miał na sobie czarną kolczugę, lekki, sięgający kolan północny pancerz z utwardzanej skóry i kaptur. Jego twarz zasłaniała bandana. Wszystko czarne. Uzbrojony był w krótki miecz i sztylet. A cel miał jeden. Maazan i jego niewolnica.
Trzy krótkie sygnały rogu dały znak. Okręty wpływały do portu. Ragnar spojrzał na syna i skinął głową. Zaskoczony chłopak wyszedł do przodu, uniósł ręce i rozłożył je jakby dawał zgromadzonym wojownikom całe miasto.
Z trzydziestu gardeł wydarł się bojowy ryk i wojowie ruszyli do roboty.
Ogień już trawił miasto. Krzyki niosły się nad Mazir - Khal jak mewy nad padliną.
Arthen wbiegł na plac targu niewolników z mieczem w dłoni, oddech miał krótki, ostry. W powietrzu wisiał zapach dymu, krwi i rozlanego wina.
I wtedy go zobaczył. Maazan stał przed swoimi klatkami i szybkimi cięciami powalił dwóch wojów.
- Maazan! – ryknął Arthen biegnąc w jego stronę. Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Znam cię? – zapytał zaskoczony.
Książę zdjął kaptur i zsunął maskę.
- Ty? – mężczyzna był zdumiony – Wziąłem cię za jakiegoś chłystka z kupieckiej krypy, a nie za łupieżcę.
- Jestem Arthen, syn Ragnara, Wielkiego Jarla Nhal’Voryn. – odpowiedział chłopak głośno.
Walka dookoła nich zamarła. Wojowie zaczęli uważnie obserwować swojego księcia.
- Jam jest Maazan, syn ulicznego grajka i kurwy. – rzucił z ironią mężczyzna unosząc miecz o czarnej klindze – A, i Pierwszy Miecz Cesarza Popiołów. A ty chłopcze jesteś trupem.
Skoczył gwałtownie wyprowadzając cięcie z góry. Jego ruchy były szybkie. Za szybkie jak na jego wiek.
Stal zderzyła się z hukiem, a ręka Arthena zdrętwiała aż do barku. O mało nie upuścił miecza.
Za plecami huskarlowie wymienili krótkie spojrzenia.
Maazan nacierał dalej. Cios. Zwód. Cięcie po twarzy. Arthen cofnął się o pół kroku za wolno.
Ostrze przecięło mu policzek i ciepła krew spłynęła po skórze.
Maazan uśmiechnął się szerzej.
- Tak myślałem.
Coś w Arthenie uspokoiło się nagle. Oddech zwolnił. Wzrok wyostrzył. Głos Ragnara odezwał się w jego pamięci:
- Nie wygrywa szybszy. Wygrywa ten, który przestaje się bać.
Maazan znów ruszył. Pewny. Doświadczony. Śmiercionośny. Nie raz już to przechodził. Ofiara już była jego.
I wtedy Arthen zrobił coś, czego stary szermierz się nie spodziewał. Zamiast się cofnąć… wszedł bliżej. Za blisko dla eleganckiej szermierki. Ich klingi zgrzytnęły.
Maazan syknął zaskoczony.
- Głupi chł…
Arthen uderzył go głową w twarz. Z całej siły. Chrzęst. Krew. Złamany rytm walki.
Huskarlowie za plecami chłopca drgnęli. Podobnie do Maazana byli pewni wyniku tego pojedynku, ale chłopak pokazał, że jeszcze nie skończył.
Maazan cofnął się chwiejnie. Na sekundę. Jedną.
To wystarczyło. Arthen nie zawahał się. Krok w przód. Skręt biodra - tak jak uczył Ragnar. I pchnięcie. Klinga weszła pod żebra. Głęboko. Brutalnie. Do końca.
Oczy Maazana rozszerzyły się. Z niedowierzaniem. Z bólem. Z… uznaniem. Upadł na kolana. Potem na bok. Martwy.
Na placu zapadła krótka cisza. Tylko ogień trzaskał w tle. Najstarszy z huskarlów splunął w śnieg. Powoli. Z namysłem.
- Jest z krwi Ragnara - mruknął.
I to był moment, w którym Arthen przestał być tylko chłopcem w oczach Północy.
- Zgodnie z prawem łup zdobyty w uczciwym pojedynku należy wyłącznie do jego zwycięzcy. – rozległ się głos Jarla.
Arthen nawet nie widział, że jego ojciec dołączył do tłumu oglądającego walkę. Chłopak pochylił się i podniósł miecz Maazana. Metal był ciepły. Jakby czekał.
I bardzo, bardzo delikatnie zadrżał.
Huskarlowie patrzyli na niego jakby na coś czekali.
- Do roboty. – powiedział chłopak ściągając z trupa miecz z pochwą – Miasto samo się nie ograbi, a łupy nie wejdą na statki. Niewolników związać i na okręt. I żeby mi się żaden nie dobierał do łupu bo go poślę jako ofiarę do Jormuna.
I zaskoczony obserwował, jak wojowie zabierają się za wykonywanie jego rozkazów.
Gdy otworzyli klatkę elfki, ta zwinnie umknęła wojownikom z rąk i doskoczyła do chłopaka.
- Trzeba to opatrzeć. – powiedziała – Umiem.
- Wierzę. – odpowiedział powstrzymując ruchem dłoni strażników – Ale nie czas i miejsce na to. A ty pójdziesz teraz ze mną.
Dziewczyna spuściła głowę. Miała nadzieję, że opatrzy ranę na twarzy chłopaka i ucieknie.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Marigold
Dobry początek! Jest klimat. Rozbudziłeś mój czytelniczy apetyt. Mam tylko nadzieję, że nie skapitulujesz po kilku częściach i opublikujesz całość. Na mnie możesz liczyć, będę czytać. Powodzenia!