Jest-Takie-Miejsce 188

- Zuzanno, zabraniam ci mieć taką minę – Emilka bierze mnie pod rękę i sprawia, że się uśmiecham, choć nigdy wcześniej nie było mi tutaj tak strasznie smutno. Noooo, może poza momentem, w którym myślałam, że Kuba i Damian wracają do domu i zostawiają mnie bez słów pożegnania.  
- Sama też nie wyglądasz na najszczęśliwszą – odpowiadam i zerkam na dziewczynę.
- Trudno będzie cieszyć się dzisiaj z czegokolwiek.
- Racja. – Znowu na mojej twarzy wypisują się prawdziwe emocje.  
- Chociaż ty masz powód do radości – Emi porusza brwiami, a ja patrzę na nią pytająco. – Nooooo, nie wiesz??
- Nic mi nie przychodzi do głowy.
- Kena znalazłaś! – krzyczy i zaczyna się śmiać, a mój humor odrobinę się poprawia.
- Szkoda tylko, że znowu mi się zgubi.
- Eeeee tam, nie zgubi się. Mówię ci! – chyba próbuje mnie pocieszać. Niepotrzebnie.
Do obiadu zostało kilka minut więc powoli wszyscy kierują się już w stronę stołówki. Do szkoły nie ma po co wracać. Jest w niej cholernie pusto i strasznie przytacza mnie widok walizek rozstawionych na korytarzu. Nie chcę ich oglądać. Emilka towarzyszy mi w drodze na obiad. Dołączają do nas Agata i Inga. Wszystkie dają mi afirmację, których przeczytanie zostawiam sobie na później.  Cały czas się rozglądam za Kubą. Pojawia się dopiero, kiedy siedzę już przy stole. Miejsce po mojej lewej zajmuje Mikołaj, a po prawej Krzyś. Naprzeciwko siedzą dziewczyny, więc choćby chciał nie ma się gdzie wcisnąć. Zajmuje miejsce przy stole obok Damiana i Mateusza.
W ogóle nie odczuwam głodu. Gdybym mogła w ogóle bym tu nie przychodziła, bo nie mogę myśleć o niczym innym, niż o tym, że jestem tutaj ostatni raz. Że ostatni raz jem obiad w takim gronie i ostatni raz zmawiam z nimi modlitwę. Ostatni raz po posiłku słucham ogłoszeń Fibiego i ostatni raz przyłapuję Kubę na tym, że ciągle na mnie patrzy.
Wychodzę stąd najszybciej, jak potrafię. Kiedy jestem już na zewnątrz biorę głęboki wdech, bo w płucach zaczyna brakować mi powietrza. Zuza, dasz radę. Zuza, musisz dać radę. Nie masz wyjścia. To się stanie, choćbyś wrzeszczała, opierała się i płakała ze złości. Jestem bezsilna.
- Zuzia, czekaj! – słyszę za plecami głos Krzyśka i dopiero uświadamiam sobie, jak bardzo się oddaliłam od stołówki. Jestem już w połowie drogi. Zatrzymuję się i odwracam.
- Krzysiu – wypowiadam jego imię i czekam aż coś powie.
Daje mi afirmację i dziękuje za to, co dla niego napisałam.
- Chcę skorzystać z okazji, bo za moment będziesz tak rozchwytywana, że się do ciebie nie przebiję, przez ten tłum. – Uśmiecha się, a ja patrzę na niego tak, jakbym chciała zapamiętać go właśnie takiego. Uśmiechniętego i pełnego życia. – Ogromnie się cieszę, że mogłem cię poznać. Dziękuję, że spędziłaś ze mną czas i że jak nikt inny potrafisz mnie rozbawić. Nawet Jolka śpiewająca kolędy ci w tym nie dorównuje. Ale to pewnie dlatego, że mam słabość do twojej osoby od samego początku. Napisałem ci to wszystko, żebyś nie zapomniała, jak bardzo cię lubię. – Słucham jego pięknych słów i w pewnym momencie rzucam mu się na szyję. Obejmuje mnie i mówi dalej. – Widzimy się za rok. Obowiązkowo, tak jak napisałaś. Powiedziałbym ,,nie płacz”, ale wiem, że i tak będziesz, więc … płacz – śmieje się, a ja już mam mokre oczy.
- Jesteś wspaniały Krzysiu. Ja tobie też za wszystko dziękuję! Już za tobą tęsknię, wiesz?
- Wiem. Mam to samo.
Zaczęło się. Pożegnania. To z Krzysiem do najłatwiejszych nie należało, ale wiem, że czekają mnie jeszcze trudniejsze. Przynajmniej dwa, których nadal sobie nie wyobrażam i o których nawet nie chcę myśleć. Przed szkołą jest już masa osób. Wszyscy się obejmują, rozmawiają, robią zdjęcia, rozdają afirmację. W powietrzu jest więcej smutku niż azotu.  
- Płaczesz! Nie rób tego, bo ja też będę! – Znowu dopada mnie Emi.  
Ja wcale nie płaczę. Ja tylko jestem smutna i wzruszona jednocześnie. Łzy nie spływają mi po policzkach . Nie pozwalam im się wydostać z oczu. Na razie potrafię je opanować. Na razie jeszcze jakoś się trzymam. Widzę, że Emi też się  w końcu poddaje i nie udaje dłużej silnej.
- Zuzaaaaa! – Mikołaj do mnie podbiega i wręcza mi mała karteczkę. – Z Krzysiem się już wyprzytulałaś, a ja to co? – Patrzy na mnie  z góry i oboje mówimy sobie same miłe rzeczy.  
Następny jest Franek, który o dziwo nie bawi się w złośliwości i docinki. Jest dla mnie tak miły, jak jeszcze nigdy wcześniej nie był.  
Chyba widzi w jakim jestem stanie, z resztą wszyscy jesteśmy w podobnym. Nie ma tu osoby, która cieszyłaby się na powrót do domu. Przyjechaliśmy w magiczne miejsce, gdzie wszystko było dużo lepsze, piękniejsze i prawdziwsze. A teraz… każą nam wracać do rzeczywistości, która nie będzie taka kolorowa. Jak mam bez smutku i żalu zostawić to miejsce, które pokochałam, jak nic innego w świecie? Jak mam je opuścić? Jak pożegnać?
Nie wiem ile czasu mija, nie obchodzi mnie to, bo dla mnie przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy zaczęły się te wszystkie trudne pożegnania. Jestem tutaj, ale wiem, że to ostatni moment, ostatnie chwile. Więc do czego mi czas? Mój najpiękniejszy już minął, teraz zaczyna się nowy etap, w który wcale nie chcę wchodzić.
- Zuza, uśmiechnij się, bo taka mina do ciebie nie pasuje. Ej, ej, my nie płaczemy. Wszyscy, ale nie my. No gdzie? Najlepsza grupa? Trzymaj. Afirmacja dla ciebie – mówi i wręcza mi karteczkę. Jestem tak wyłączona, że nie wiem, co mu odpowiedzieć.  Przytulam go i dopiero, kiedy układa ręce na moich plecach, wypowiadam krótkie zdanie:
- Dziękuję, Rafi, za wszystko.  
- Widzimy się niedługo. Bądź grzeczna i pilnuj Jolki – śmieje się i jeszcze przez jakiś czas stara się poprawić mi humor, ale nawet jemu to nie wychodzi.
Zaciska mi się serce, kiedy pod szkołę podjeżdża pierwszy autobus. Nie mój. Nie Kuby. Wsiadają do niego Krzyś, Rafał, Mateusz, Judyta, Kasia, Radek, Aga i Anita. Ich pociągi są o wcześniejszej godzinie, więc autobus musi podstawić ich na dworzec. Żegnam się jeszcze raz z wszystkimi. Stoję i macham im do momentu, aż znikają mi z oczu.
Nasz autobus jest następny. Ma być za czterdzieści minut.  
- Jolka, Kuba i Damian na pewno jadą z nami? – upewniam się.
- Tak, na sto procent. Wsiadamy nawet do jednego pociągu. My wysiadamy pierwsze, a oni jadą dalej.
- Kto jeszcze? – dopytuję, gapiąc się w miejsce, z którego przed chwilą odjechał autobus.
- My, oni, Olga, Agata, Franek, Mikołaj, Marta. Chyba tyle. Reszta zostaje.
Wracam do osób stojących przed szkołą, dostrzegam jak ze środka wychodzi Kuba. Nareszcie. Pochodzi do mnie i z troską w głosie pyta:
- Jak się  trzymasz?
- Dobrze – kłamię, bo nie chcę mu mówić, że za moment pęknie mi serce.
- Jedziemy razem. Mamy autobus za dwie minuty. Pytałem Fibiego.
- Jak za dwie?
- Musimy jechać wcześniej, bo autobus będzie musiał wrócić po kogoś jeszcze. Nie wiem, o co chodzi, ale wyjeżdżamy zaraz. Przyniosłem twoje rzeczy – mówi, a ja nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy postawił moją torbę pod bramą.
- Dzięki.
- Zuza, postaraj się nie płakać, co?
Ma taką minę, że najchętniej rozpłakałabym się już teraz.
- Staram się. Ciągle się staram – odpowiadam, a on podchodzi bliżej i mnie przytula. – To nie pomaga.  
- Ale i tak cię nie wypuszczę – odpowiada, a ja czuję, jak się rozpadam na miliony kawałeczków, których już nigdy nie będę w stanie złożyć w całość.

NIEjestemBARBIE

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1412 słów i 7726 znaków.

9 komentarzy

 
  • mariplosa

    Rycze..........

  • nastolaka

    Piekne :*<3 blagam oni musza byc razem :(:(:'( <3:*:*:*:*:*

  • nasiaaa

    Kocham !!! ❤❤❤❤❤❤❤

  • Malawasaczka03

    Super!!!:*

  • cukiereczek1

    Brak słów normalnie <3 :* :*

  • Karolina12

    <3  <3

  • NIEjestemBARBIE

    @KontoUsunięteina12 <3

  • natallla7

    Cudowne i smutne zarazem <3

  • ....

    Kiedy next?

  • NIEjestemBARBIE

    @.... Za godzinę :)

  • Krolewna

    <3  <3