Życie trudne jest cz.79

Życie trudne jest cz.79– Co ty wyprawiasz? – Marta trzasnęła drzwiami samochodu.
– Ja? Nic.
– Nie widzisz jak tęskni za tobą? Już nie pamiętasz jak wyczekiwałeś następnego spotkania?
– Było, minęło.
– Dlaczego ją tak traktujesz?
– To moja była dziewczyna, ale skoro jest twoją przyjaciółką muszę to akceptować. A raczej chcę, bo jesteś moją siostrą i dla ciebie wszystko. Zawsze.
– A myślisz czasem o sobie, o swoim szczęściu?
– Zależy, co dla ciebie jest definicją szczęścia.
– A dla ciebie?
– Bo ja wiem? Na pewno nie miłość.
– Dlaczego tak uważasz?
– Jedna zostawiła mnie, bo nie chciałem mieć z nią dziecka, a raczej chciałem, ale jeszcze nie byłem gotowy na nie. Druga odeszła bez słowa wyjaśnienia. Jeżeli miłość w takim wykonaniu to synonim szczęścia to ja dziękuje za takie szczęście.
– Nie wierzę.
– W co?
– Że się poddałeś. Agata odeszła, ale to nie koniec świata. Nie zamierzasz walczyć o powrót do Kingi? Ona cię kocha.
– Gdyby mnie kochała to byśmy się nie rozstali.
– A skąd wiesz, że nie żałuje swojej decyzji?
– Pewnie tak skoro cały czas się widujemy.
– Wiem, że nie powinnam ci narzucać swojego zdania, ale nie mogę patrzeć jak się męczysz. Tym razem, chyba wiem, co jest dla ciebie lepsze.
– Co? A może raczej, kto?
– Wiesz, kto.
– Przemyślę to. Jedźmy już. Jestem zmęczony.
Krystian odwrócił głowę w stronę szyby i nie odezwał się ani słowem do momentu, aż wrócili do domu.
Z garażu poszedł prosto do swojego pokoju. Zamknął drzwi i włączył płytę Minutes to midnight, która pozwalała mu się odstresować i zapomnieć o wszystkim, co go męczyło. Każda piosenka idealnie pasowała do stanu, w jakim się znajdował. Słowo w słowo powtarzał kolejne wersy za Chesterem i było mu z tym dobrze. Potrzebował zapomnienia i tylko to się liczyło w tym momencie.

Kilka chwil po osiemnastej obudziło go ciche pukanie.
– Można?– Marta zajrzała do środka.
– Nadal będziesz mówić, co dla mnie lepsze?
– Nie. Pomyślałam, że może zapomniałeś o balu, na którym miałeś być.
– Nie idę.
– Kapitan wygranej drużyny i maskotka prezesa nie pójdzie? Wiesz, co sobie o tobie pomyśli?
– Nie interesuje mnie to. On sam woli, być gwiazdą a ja nie bardzo.
– Tak ci się tylko zdaje, że nie masz, z kim iść.
– Marta!
– Uważam, że to dobry pomysł na naprawę waszych relacji. One są już naprawione, ale możecie je wzmocnić jeszcze bardziej.
– A ty znowu swoje.
– Bo już nie mogę znieść tego, że stale się poświęcasz dla wszystkich a dla siebie nic.
– A skąd wiesz, że nie lepiej mi w samotności?
– Ty? Samotny? Daj spokój. Zawsze miałeś wzięcie i zawsze byłeś duszą towarzystwa. Przebywanie wśród ludzi to twoje naturalne środowisko.
– A może zapragnąłem zostać ascetą?
– Wiem, że nie. Znam cię na wylot.
– Widocznie zmieniłem się pod czas twojej nieobecności.
– Od razu po moim przyjeździe bym to zauważyła.
– Może dobrze się maskuję?
– Nie umiesz nosić maski. Krystian – złapała go za dłoń – Chcę ci pomóc.
– Wiem siostrzyczko, ale sam muszę sobie z tym wszystkim poradzić.
– Pójdziesz?
– Sam?
– Wystarczy jeden telefon. Zawiozę was.
– Nie. Pójdę tam tylko dla tego, że powinienem.
– Świetnie. Już przygotowałam twój garnitur.
– Skąd wiedziałaś, że się zgodzę?
– Nigdy nie łamiesz danego słowa.
– A skąd wiesz, że tego kiedyś nie zrobię w przyszłości?
– Znam cię zbyt dobrze. Chodź – przytuliła go do siebie, a potem zeszli na dół.
Ogolił się, wypachnił i wrócił do niej. Wciągnął białą koszulę. Krawat zawiązała Marta.
– Szkoda, że do niej nie zadzwonisz.
– Teraz mnie zniechęcasz.
– Dobra. Już się zamykam.
– Jedźmy.
Pałacyk, w którym odbywał się bal znajdował się niecałe dwadzieścia kilometrów od Gniewkowa. Oboje uznali, że bezpieczniej będzie przenocować w mieszkaniu Marty niż wracać do Torunia przez las pełen dzikiej zwierzyny, a szkoda im było uszkodzić nie swoje auto.  
Trochę się wahał, kiedy dojechali na miejsce. Co chwila podjeżdżały tylko wypasione auta. Same Mercedesy, BMW i wielkie suvy. Pojawiły się nawet Lamborghini i dwa Porsche bez dachu. Niby auto czy ubiór nie świadczy o tym, jakim się jest człowiekiem, ale wstydził się wysiadać z Toyoty.
– Mogę cię odprowadzić.
– Już idę.  
– Nie ważne, kogo spotkasz bądź sobą. Bądź Krystianem Czartoryskim.
– Ale nie księciem.
– Nie. Moim bratem Krystianem.
– Zadzwonię, kiedy się znudzę. Nie zasypiaj zbyt szybko, bo to może być wkrótce.
– Wydaje mi się, że zabawisz dłużej.
– Jedź ostrożnie – zamknął drzwi i zatrzymał się widząc przed sobą grono ludzi, do których nijak pasował. Nie piastował żadnego stanowiska prezesa, nie posiadał nawet firmy o renomie pozwalającej mu być na tym balu.  
– Krystian. Cieszę się, że przyszedłeś – Jarocki podał mu kieliszek szampana.
– Dobry wieczór – skinął głową w kierunku jego żony.
– A więc to pan był gwiazdą turnieju.
– Zaraz gwiazdą.
– Wszystkie dzienniki o panu pisały. Okazał pan dobre serce dzieciakom.
– Po to był ten turniej. A teraz mamy bal.
– Sam pan przyszedł?
– Niestety – wzruszył ramionami i popił szampana.
– A prezes przyszedł z dwiema dziewczynami. Czuję, że przyszły za pieniędzmi.
– Tak pani myśli?
– Sądzisz, że takie dwudziestki uganiałyby się za pięćdziesięciolatkiem z miłości?
– Miłość czasem potrafi być ślepa proszę pani.
– Jestem Olga – uśmiechnęła się.
Krystian spojrzał na dyrektora zaskoczony tą sytuacją.
– Ja chyba nie mam wyjścia.
– Kochanie…
– Nie powinienem spoufalać się ze swoimi pracownikami.
– Sam przecież mówiłeś, że Krystian będzie twoim następcą.
– Musiałaś się przesłyszeć, albo źle mnie zrozumieć.
– Też uważam, że Krystian godnie cię zastąpi w przyszłości. Będę cię mogła mieć tylko dla siebie, bez obaw o to, że ktoś będzie cię wzywał. Potrafi sobie poradzić w nerwowych sytuacjach – mrugnęła mu okiem, kiedy jej mąż nie patrzył.
– Stefan – w końcu się przełamał i wyciągnął dłoń, którą uścisnął Krystian.
– Krystian Czartoryski.
– Od tych Czartoryskich? – zdziwiła się.
– Nie wiem. Chyba raczej nie.
– Swoją drogą prezes niemal się posikał po finałowym gwizdku.
– Olga! – Jarocki skarcił żonę.
– No, co? Przecież Krystian jest jak swój. Nie poleci z tym do prezesa przecież – zatrzepotała komicznie rzęsami w taki sposób, że Krystian poczuł się raźniej w towarzystwie ludzi z wyższych sfer, do których nie należał.
– Jasne, że nie. Wie pani, to znaczy wiesz, co powiedział do mnie przed finałowym meczem?
Patrzyła na niego ze skupieniem.
– Że mogę nie wracać do pracy bez złotego medalu.
– Frajer. Zresztą on nie ma jaj, aby to zrobić.
– Olga!
– Jeszcze jeden? – żona Jarockiego zatrzymała kelnera.
– Zdrowie państwa Jarockich – Krystian uniósł kieliszek.
– Twoje też – uśmiechnęła się i stuknęli się lampkami szampana.
– Chodźmy do środka. Zimno się robi – Stefan wziął żonę pod rękę i weszli do środka. Wnętrze przepełnione było drewnem. Poręcze schodów prowadzące na górę ktoś sfrezował w abstrakcyjny sposób. Sala główna wypełniona krzesłami mogła pomieścić grubo ponad dwieście osób. I jakby policzyć wszystkich gości to pozostałoby ledwo kilka wolnych miejsc. Ściany zdobiły obrazy o barwach tak żywych jakby, co dopiero wyszły spod ręki konserwatora. Na sufitach mieniły się piękne, kryształowe żyrandole. Ludzi porozstawiali się i gawędzili w przyjacielskiej atmosferze. Wiele nowych, biznesowych znajomości zostało tutaj zawartych. Krystian podążał za swoim przełożonym z żoną. W tle dało się słyszeć grający fortepian. Nie był zwolennikiem muzyki klasycznej i nie rozpoznał granego utworu.
– Jeszcze jedna lampka Krystianie? – Jarocka zatrzymała przechodzącego kelnera.
– W pani towarzystwie zawsze – uśmiechnął się i zdjął po jednej lampce dla każdego. Jak na żonę dyrektora sprawiała wrażenie prostej a zarazem inteligentnej kobiety. Do tego poczucie humoru charakterem zbliżone do jego. Miał z kim pogadać.
Najpierw podał jej lampkę, potem Stefanowi a dla siebie sięgnął na końcu.  
– Zdrowie – uniósł swój kieliszek, a potem stuknął się z małżeństwem.
– Bardzo miły bal.
– Nie wiem czy się nadaję do tego towarzystwa.
– Masz szlacheckie pochodzenie. Obawiam się, że wielu ludzi cię zagada, gdy poznają twoje nazwisko.
– I co im powiem? Że jestem informatykiem?
– Nie informatykiem, a szefem działu zaawansowanych technologii i działu bezpieczeństwa w jednej z najlepszych firm w kraju – wtrącił się Jarocki.
– I niby spadkobierca rodu zajmuje się komputerami w prywatnej firmie?
– Graj nazwiskiem – szepnął dyrektor.
– Nie mam, czym. Nie mam żadnych powiązań i kontaktów, aby móc z nimi swobodnie rozmawiać. A co dopiero coś zaproponować.
Dzwonek wiszący przy mównicy przywołał gości do porządku. Wszyscy zaczęli się schodzić do sali głównej. Fortepian ucichł, a na środek wyszedł prezes parku technologicznego.
– Dobry wieczór państwu. Bal jest od tego, aby się bawić i poznawać, ale przede wszystkim pomagać. Pomagać tym, którzy tej naszej pomocy potrzebują. Z powodu swojego wieku nie mogą nam teraz zapewnić swojej obecności, ale jest z nami pani prezes fundacji Pomóż w marzeniach pani Barbara Sowa. Pani prezes poproszę o kilka słów.  
– Drodzy państwo. Bal charytatywny zorganizowany przez TPT to wydarzenie szczególne z perspektywy fundacji. Zebrano ogromną kwotę pieniędzy, która pozwoli nam właśnie na realizację wielu marzeń naszych podopiecznych. A są do bardzo wymyślne propozycje. Mam nadzieje, że nasza współpraca będzie trwać dłużej i w równie przyjacielskiej atmosferze.  
Mikrofon otrzymał mężczyzna w popielatej marynarce. Jego czarną koszulę zdobiła mucha w drobne, białe kropki.  
– Proszę państwa. Zaczniemy od wymienienia tych, którzy najhojniej wsparli nasz cel. To osoby, które wylicytowały te najdroższe przedmioty w prowadzonych przez nas aukcjach. Poproszę Bartłomieja Stańczyka, Marię Banasiak, Radosława Borowiaka, Annę Bończak, Sylwestra Kowalskiego i Kingę Bielską.  
Krystian poprawił się na krześle i zaczął rozglądać się w poszukiwaniu jego byłej.
– Nie ma pani Kingi? – mężczyzna rozejrzał się po Sali – Nagrodźmy ich brawami za wsparcie naszych podopiecznych.  
Gdy jedna osoba wstała to cały tłum podążył za nią. I gromkimi brawami nagrodzili tych najwytrwalszych w zaciętym boju o najcenniejsze trofea. Do spikera ktoś podszedł i przekazał coś na ucho – Z powodu obowiązków służbowych pani Kinga nie mogła zaszczycić nas swoja obecnością. I bardzo wszystkich przeprasza – mężczyzna poprawił kartki i po chwili dołączyła do niego blondynka w czerwonej sukni – Asiu? – podał jej koperty, które rozdała stojącym obok osobom. Nastąpiła chwila dla prasy i każdy prezes mógł zapozować ze zwycięzcą nagrody, która była bezpośrednio związana z jego firmą. Pasowały im te zdjęcia, bo szczerzyli się bez żadnych oporów i niesmaku, że tak mocno kipią swoją dumą, kiedy błyskały flesze. Nastąpiła chwila przerwy i muzyka znów popłynęła z fortepianu. Krystian skierował swoje kroki w stronę strzałki wskazującej kierunek toalet. Wszedł do środka i oczom nie wierzył. Ściany były wyłożone płytkami imitującymi cegły, a muszla była zdobiona kwiatami pomalowanymi na różowo. Aż miał wątpliwości czy naruszać ten porządek i błysk porcelany. Po załatwieniu potrzeby spuścił wodę i stanął przed umywalką. Mydło wyłożono na pozłacanym uchwycie, który mienił się w świetle sodowych lamp. Opłukał twarz zimną wodą.
– Kim ty jesteś? – pytał się swojego odbicia i parsknął śmiechem – Nawet nie zachowujesz się jak oni. Twoje pochodzenie ma niewiele wspólnego z rodem.
Przeczesał włosy i wyszedł z toalety.

1 komentarz

 
  • blondeme99

    Życie Krystiana jest mocno zawirowane. Nie wiem co zrobiłabym na jego miejscu. Kinga wciąż zakochana, a Agata się nie odzywa i unika go jak tylko może, ukrywając coś. Krystian to dobry chłopak i oby jego sytuacja miłosna rosła w górę ;)

  • dreamer1897

    @blondeme99 Niektóre sprawy są po prostu nie do zapomnienia. Zbyt bardzo wpływają na nasze życie i nie potrafimy ich ostatecznie wykreślić. Pewnie i na niego przyjdzie czas w tych sprawach. Szczególnie, że ktoś taki jak Ty trzyma za niego kciuki. Dziękuje za tak miłe słowa. Pozdrawiam.