Życie trudne jest cz. 20

Życie trudne jest cz. 20Sobotni poranek okazał się wyjątkowo mroźny wobec ostatnich dni. Termometr wskazywał siedemnaście kresek poniżej zera i jak się okazało był to najzimniejszy dzień tego roku. Kiedy się obudził siedziała obok niego oglądając jeden z porannych programów śniadaniowych.
– Zaraz będzie kawa. Ależ dzisiaj zimno.
– Wiem, bo zimno mi było pod kocem, ale nie chciało mi się wychodzić i podkręcać ogrzewania.
– Leniuch z ciebie. Jaki harmonogram dnia?
– Śniadanie, zakupy i zabawa do samego rana?
– Może być…
Podniósł się natychmiast obejmując ją w ramiona.
– A co jeszcze byś chciała?
– Ja? Dużo bym chciała.
Po chwili gwizdek czajnika oznajmił, że czas na kawę. Wstała i poszła do kuchni zaparzyć dwa kubki Nescafe.
Jak to ostatniego dnia roku w telewizji omawiali miejsca gdzie będą się bawić dzisiejsi imprezowicze. Najmniejszą liczbę stanowili właśnie fanatycy domówek. Jak to zawsze bywa pokazali kilka przykładów nieostrożnego używania materiałów pirotechnicznych. Widok urwanych palców czy poparzonych twarzy nie zrobił na nim wrażenia. Sam odpalił setki fajerwerków i nigdy nic mu się nie stało. Po prostu trzeba mieć pecha albo totalnie zignorować ostrzeżenia.
Poprawił poduszkę i nakrył kanapę kocem. Poszedł skorzystać z toalety i patrząc w lustro dostrzegł sine ślady pod oczami. Ostatnio słabo spał, więc zbytnio się nie zdziwił tym widokiem. Obmył twarz i umył zęby przed jedzeniem.
Kiedy do niej dołączył na talerzyku leżały posmarowane masłem bułki, w garnku podgrzewały się cztery białe kiełbasy, które kupował w jednym z jego ulubionych sklepów w dość sporych ilościach. Agata kroiła szklarniowe pomidory i ogórki.
– Rozmroziłam więcej z myślą o tobie.
– Lubisz białą kiełbasę?
– Może być. Patrząc na jej zapas sądzę, że to twoja ulubiona.
–  Smakuje mi bo kupuję z dobrego źródła.
– Idę się odświeżyć.
– Idź, ale nie za długo, bo kawa… – sięgając po swoją dostrzegł, że jej kubek był pusty.
Sięgnął do lodówki po ketchup i po wyjęciu kiełbasy z wody zabrał się konsumowanie śniadania. Pokroił trzy sztuki na kawałeczki i zjadał maczając każdy w kleksie zrobionym ketchupem. Z łazienki dobiegł go szumiący dźwięk prysznica. Zjadł jedną bułkę z pomidorem i ogórkiem.
W kuchni zjawiła się z jeszcze wilgotnymi włosami pachnącymi z daleka jakimś specyfikiem.
– Głodny byłeś.
– Troszeczkę – beknął przepraszając za swoje zachowanie.
– Na zdrowie. Zobaczmy czy taka dobra jak zachwalasz – sięgnęła po kiełbasę wrzucając na talerz. Chwyciła połówkę bułki nakładając na nią dwa plastry pomidora i kilka małych z ogórka.
Przyglądał się jej z uwagą. Wyszukiwał na twarzy reakcji jej kubków smakowych, ale niczego się nie dopatrzył.
– Całkiem dobra, mocno przyprawiona i smakuje jakby była z mięsa – przełknęła ostatni kęs i ugryzła kawałek bułki.
– Cieszę się, że ci smakuje.  
– Muszę się przyzwyczajać.
– Do czego?
– Do twojego jedzenia.
Patrzyła w podłogę udając, że przeżuwa resztę bułki byle nie widzieć jego reakcji. Po chwili milczenia odezwał się mówiąc:
– Zgadzam się.
– Wiedziałam.  
– Pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Zgody twoich rodziców.
– To nie fair – naburmuszyła się – To był chwyt poniżej pasa.
– Co ja ci na to poradzę? Chcesz, aby po każdej twojej ucieczce przyjeżdżali tutaj i robili sceny?
– Nie musimy im otwierać…
– A ty swoje. Chcesz z nimi wojować?
– Nie chcę, ale nie jestem ich własnością, że przez całe życie będą mówić mi, co mam robić.
– Wiesz dobrze, że chcą dla ciebie tego, co najlepsze a ja nie będę stawał im na drodze.
– Jak ojciec powie, że ślubu nie będzie to, co odpuścisz?
– Jakiego ślubu?
– Naszego?
– Znamy się dopiero kilka miesięcy a ty już o ślubie a nawet zaręczyn nie było ba nawet pierwszej rocznicy nie mieliśmy.
– I co z tego?  
– A jak się kiedyś rozmyślisz wobec mnie, bo na przykład będziesz chciała trójkę dzieci a ja dwoje albo jedno?
Tym stwierdzeniem zatrzymał dyskusję na kilka chwil. Szukała argumentów przemawiających za jej punktem widzenia.
– Związek to też kompromisy, więc możemy się dogadać.
– Ty zawsze masz odpowiedź na każde pytanie?
– Nie, ale trzeba bronić swoich racji za wszelką cenę.
– Nie gniewaj się – gładził jej ramię – Oczywista sprawa, że w obliczu mojej pewności, co do ciebie nic nie stanęłoby mi na przeszkodzie do tego abyś została moją żoną.  
– Czyli nie jesteś jeszcze pewny?
– Jeszcze ze mną nie mieszkasz zbyt długo, więc nie znasz moich wszystkich zwyczajów.
– Czegoś jeszcze nie wiem?
– Sporo tego jest…
– Na przykład?
– Może później. Musimy zrobić zakupy. Ubieraj się.
Poszli do największego w mieście marketu. Kupili dwie paczki Laysów paprykowych, paluszki i krakersy. Do picia kilka butelek Coli zwykłej i w wersji dietetycznej. Z monopolowego wybrali dużą butelkę wódki i szampana za trzydzieści złotych. Na deser kupili trzy kilogramy słodyczy w postaci ciastek, wafelków i cukierków każdego rodzaju. Ciasto kupili w cukierni znajdującej się niedaleko kościoła, do którego uczęszczał każdej niedzieli.
– Mamy wszystko?
– A czego ci jeszcze brakuje?
– Nie wiem? Zaraz – napisał wiadomość do gospodarza imprezy.
Po kilku chwilach przyszła pozytywna dla niego odpowiedź, bo nie będzie musiał szukać handlarza z fajerwerkami.
– Świetnie
– Co?
– Fajerwerki ma, więc wracamy do domu.
– Zawsze się bałam, że mogą wybuchnąć w rękach.
– Ja też miałem takie obawy. Ale będąc dzieciakiem całkowicie zapominasz o takich rzeczach, kiedy odpalasz i rzucasz albo odpalasz i uciekasz. Frajda i emocje robią swoje.
– Widziałam w telewizji jak jednemu rękę urwało…
– I?
– Makabryczny widok, jak sobie przypomnę to nie dobrze mi się robi.
Obładowany reklamówkami z trudem pokonał cztery piętra w drodze do swojego mieszkania.
– Ale jestem mokry – przetarł wyraźnie mokre włosy po zdjęciu czapki.
– Co na obiad?
– Nie mam pojęcia? Może moja przyszła żona coś wymyśli?
Zarumieniła się na te słowa, ale nie miała żadnej propozycji.
– Więc?
– Nic mi nie przychodzi do głowy.
– Zamówimy pizzę ale taką góra czterdzieści centymetrów. Co ty na to?
– Idealny pomysł.
Wyjęła z lodówki colę light i nalała po szklance, kiedy dzwonił w celu złożenia zamówienia.
– Dostawa za czterdzieści minut.
– Proszę – podała mu szklankę z czarnym napojem,
– Dzięki, tak bardzo mnie suszyło.
Kiedy siedzisz przed telewizorem nawet nie dostrzegasz jak szybko leci czas. Kilka chwil przed trzynastą zadzwonił domofon. Zapłacił młodemu chłopakowi za dostawę i dorzucił piątaka napiwku.
Pokrojoną pizzę postawił na stoliku przy kanapie i wrócił do lodówki po butelkę whisky.
– Drink? – zaproponował.
– Przecież dopiero wieczorem zabawa.
– Na rozgrzewkę, bo zimno na zewnątrz.
– Niech będzie. Dla mnie dwa centymetry whisky a reszta coli.
Zrobił dwa drinki w jednakowych proporcjach i chwycił kawałek pizzy siadając obok niej na kanapie.
– Jeszcze gorąca – pochwalił dostawcę za ekspres na osiedle.
– Często korzystasz z ich usług?
– Raz, może dwa na miesiąc?
– Nie zbyt często.
Zabawa zbliżała się wielkimi krokami, więc każde z nich zajęło się grzebaniem w swojej garderobie. Równo o godzinie osiemnastej trzydzieści stanęli przed drzwiami…

2 komentarze

 
  • dreamer1897

    Tak, trzeba uważać co się je. Dziękuje za miły i zabawny komentarz :)

  • AuRoRa

    Takie czasy, że człowiek się cieszy, że czuje mięso w kiełbasie ;) Fajnie się czyta, Agata już myśli o ślubie :)