Życie to ciągły trening cz.64

Życie to ciągły trening cz.64Według zaleceń lekarza w szpitalu miał pozostać przynajmniej przez dwa tygodnie. Ze względu na to, że niestety nie przepadał za szpitalami dał jasno doktorowi do zrozumienia, że dzisiaj opuści szpital na własne żądanie. Minęło siedem dni i nawet Agata nie chciała o tym słyszeć, a jego prośbę o przywiezienie ciuchów zbywała zwykłą troską o niego. W swoim życiu mógł jeszcze liczyć tylko na Adama i Agnieszkę. Swojej byłej przekazał listę niezbędnych do kupienia ubrań z wyszczególnieniem rozmiarów, a ta oddała ją Adamowi. Patent musiał zadziałać, bo ostatnie zakupy tego typu robił miesiąc wcześniej i nie odczuł jakiejkolwiek zmiany na wadze. Mina Adama była bezcenna. Jako najlepszy przyjaciel próbował wybić mu z głowy ten pomysł, ale to było jak rzucanie grochem w ścianę.
- Czy ty sobie zdajesz sprawę, jakie mogą być powikłania?
- Przecież powiedziałem, że nie będę trenował przez kolejne dwa tygodnie.
- A jak tamci idioci zechcą znów powalczyć?
- To znowu dam im nauczkę.
- Zawsze w ciebie wierzyłem, ale w tym stanie narażasz się na coś znacznie więcej niż tylko obicie tej, słodkiej buźki.
- Dzięki za komplement.
- Nie ma, za co.
Koszulka nieco opinała go w ramionach, ale miała tylko wystarczyć na powrót do domu. Wciągnął spodnie i zasznurował brązowe sneakersy.
- Naprawdę nie było innego koloru?
- Nie.
- No cóż. Będę miał dwie takie same pary. Chyba, że chcesz. Za darmo.
- Nie mój rozmiar.
Olek rzucił okiem na buty Adama. Faktycznie przyjaciel miał eleganckie, skórzane buty wielkości płetw do nurkowania.
- Na zamówienie?- Wskazał palcem czarne lakierki.
- Te akurat tak. Dużo chodzę i muszą być wygodne.
- Ile taka przyjemność?
- Pięć patyków.
- Masz na myśli piątkę i trzy zera?
- Nadal umiesz liczyć, czyli wszystko ok.
- Mówiłem, że czuję się wyśmienicie.
- Ale nie wyglądasz.  
- Jedźmy już. Mam dosyć tego miejsca.
- Czyli cię nie przekonam?
Olek pokręcił przecząco głową i wyszedł na korytarz.  
- Siostra dziś w pracy?
Adam zerknął za zegarek.
- Powinna już być. O drugiej zaczyna swoją zmianę.
- Dasz mi chwilę?
- Będę w samochodzie.
- Jasne.
Poszedł na koniec korytarza i zapukał do drzwi z tabliczką gabinet lekarski. Otworzył mu jakiś inny doktor, którego nigdy nie widział.
- Pan, do kogo?
- Doktor Agnieszka już przyszła?
Odwrócił się i zawołał koleżankę po fachu.
- Aga? Jakiś pacjent do ciebie.
- Nie pacjent, tylko przyjaciel. Aleks jestem.
- Rozumiem- wzruszył ramionami i przepuścił dziewczynę w drzwiach.
Wyszli na korytarz w kierunku windy. Olek złapał ją za rękę mówiąc:
- Agnieszka przepraszam za to wszystko, czego wobec ciebie nie zrobiłem. Jestem ci wdzięczny, że udzieliłaś mi pomocy, kiedy jej potrzebowałem. Szczególnie po tym, w jakich okolicznościach się rozstaliśmy.
- Aleks, nie musisz za nic przepraszać. To była nasza wspólna decyzja. Gdybym mogła cofnąć czas.
- Ale nie możesz. Masz swoje życie, a ja swoje.
- Wiem.
- Masz męża, ja mam córkę i wkrótce ożenię się z kobietą swojego życia.
- Widocznie tak miało być. Pozostaje mi życzyć ci szczęścia.
- Dziękuję. To naprawdę wiele znaczy, szczególnie z twoich ust.
Jej spojrzenie trochę się przejaśniło i można było je porównać z wyjściem słońca po burzy.
- Daj znać od czasu do czasu, że żyjesz. Oczywiście nie wizytą u mnie na oddziale.
- Postaram się.
Wiedział, że wszystko jest skończone od dawna. Miał kogoś, z kim pragnął spędzić resztę życia, więc nie zdecydował się na jakiekolwiek czułości, czy bliższe okazanie wsparcia. Nie przytulił jej, nie pocałował nawet w policzek. Wcisnął guzik od windy, a potem zniknął.

- Trochę ci zeszło.
- Powspominaliśmy sobie kilka fajnych momentów.
- Gdzie?
- Lawendowa.
- Dzwoniłeś do Agaty?
- Kinder niespodzianka.
- Dzieciak.
- Albo nie. Najpierw do klubu.
- Czy jaśnie pan życzy sobie czegoś jeszcze?
- A drinki tutaj masz?
- Nie. Ale ten po drugiej stronie może cię poczęstuje, jak go ładnie poprosisz.
- Ble. Denaturat!- Aleks udał odruch wymiotny wkładając palec w buzię.
- Wariat.
- Wiem.

Dziarskim krokiem udając, że wszystko w porządku wszedł i rzucił obecnym w klubie głośne cześć.
- Co ty tutaj robisz?- zdziwił się Janek, wytrzeszczając oczy.
- Wracam do pracy.
- Tak szybko cię wypuścili?
- Zażądałem tego od nich.
- Czy ty tak zawsze wszystkich terroryzujesz?
- Udam, że tego nie słyszałem.
- Dobra, szefie.
- Idę na salę.
- Będziesz ćwiczył?
- Z tym?- Aleks podniósł koszulkę i odchylił opatrunek.
- Po tobie można się wszystkiego spodziewać. Wszedłeś tutaj, jakbyś nie miał tylu szwów.
- A nie mówiłem?- obrócił się w kierunku Adama wyszczerzając zęby.
- Dzieciak- spławił go Adam.
- Chodź popatrzymy sobie, chociaż.

Zbita grupa ludzi oznaczała tylko jedno, że doszło do jakiejś konfrontacji. Problem w tym, że nie było słychać żadnej awantury. Kiedy się przedarli przez tłum zobaczyli dwóch, wspaniale zbudowanych chłopaków. Tempo, oddychanie i technika wskazywały ogromny poziom umiejętności. Olek z podziwem patrzył jak wyciskają po sto dwadzieścia kilogramów, bez jakiegokolwiek zawahania. Ilość krążków przy ławkach świadczyła, że zrobili sobie małą rywalizację. Oczy wszystkich były skupione tylko na nich. Dotknął opatrunku i z bólem przyznał, że ominie go fajna rywalizacja. Kiedy jeden z nich odpuścił przy stu pięćdziesięciu kilogramach, brawom nie było końca.
- Ależ umiejętności- pochwalił chłopaków, prawdopodobnie w jego wieku.
- Dzięki.
- Liczę, że będziecie tu zaglądać częściej. Wiele się od was pozostali nauczą.  
- Kto wie? Sprzęt nowy i nie trzeba zbytnio w kolejce czekać.
- Janek?
- Tak szefie?
Olek nie lubił tego określenia, ale nie chciał go teraz pouczać. Wyznawał zasadę, że w pracy wszyscy są tutaj przyjaciółmi.
Podszedł do niego i przekazał mu szeptem, aby przygotował dwie karty VIP. Wytłumaczył mu, że fajnie takie diamenty zatrzymać na dłużej. Chłopak wyszedł, a Olek oprowadził ich po reszcie pomieszczeń. Pokazał im dział dla seniorów i dzieci.  
Po powrocie do recepcji wziął karty od Jasia wręczając je osobiście.
- Miło było was gościć. Myślę, że swoim przykładem pokażecie reszcie jak ciężko trzeba pracować, by osiągnąć takie efekty.
- To dla nas?
- Tak. Chciałbym widzieć was częściej w tym klubie.
- W sumie? Dlaczego nie.

Po ich wyjściu Adam nie mógł odgadnąć zamysłów Olka.
- Kupiłeś ich. Nie wiem tylko, po co?
- Ja też nie, ale mają wielki talent. Chcę mieć takich chłopaków, jako motywatorów. Odwieziesz mnie do domu?
- Tylko?
- W zasadzie to odwiedzimy jeszcze jeden punkt.
Stary dzwonek informujący, że ktoś wszedł do środka zabrzęczał jakby wydawał ostatnie tchnienie. Nic się tutaj nie zmieniło.
- Dzień dobry?- zawołał, bo zawsze po dzwonku ktoś się zjawiał.
- Ach to ty.  
- Dzień dobry. Jak zdrowie?
Beata Górska, właścicielka kwiaciarni i przyjaciółka jego rodziców najlepsze lata miała już za sobą. Zdarzały się jej dziwne flashbacki niezwiązane z daną rozmową. Potrafiła nagle wyskoczyć z czymś co było czasem nie na miejscu. Siwe, przerzedzone włosy świadczyły już tylko o tym, że czas emerytury się zbliża i nie ma powodów do inwestycji w kwiaciarnię.  
- Słucham?
- Pytałem jak zdrowie- powtórzył, ale łagodnie, bo jego też kiedyś czeka starość. Szacunek i zrozumienie były podstawą w takich sytuacjach.
- Ach tak- podrapała się po głowie- Wszystko w porządku, no może cholesterol za duży, ale lekarz daje tabletki i jest ok.
- To świetnie. Zostały jeszcze jakieś kwiatki?
- Myślę, że coś sobie wybierzesz. A kim jest ten pan?- wskazała stojącego pod drzwiami Adama.
- Mój najlepszy przyjaciel- machnął mu ręką zapraszając do środka.
- Dzień dobry panie Adamie.
- Dzień dobry. Widzę, że Olek już mnie przedstawił.
- Tak. Jako najlepszego przyjaciela.
- Tak powiedział?
- Dosłownie.
- Myślałem, że jestem tylko twoim kierowcą?
- I jeszcze obrońcą, gdy ktoś mnie napada.
- Byłbym zapomniał.
- Ktoś cię napadł synu?
- Kiedyś, dawno to było.
- Możesz mi opowiedzieć.
- Długa historia- machnął ręką.
- Chodźcie.
Przeszli przez zaplecze na tyły budynku, aż wyszli w kierunku trzech folii. W środku panował zaduch, ale po jednym pociągnięciu dźwigni kilka okien zostało uchylonych. Ilość kwiatów, ich różnorodność i paleta barw przyprawiały o zawrót głowy.  
- Czy ktoś nadal pani pomaga?
- Pracuje u mnie młoda dziewczyna.
- Tylko jedna? Tadek nie chce przejąć biznesu, albo, chociaż pomóc?
- Wyjechał do tej Warszawy i ma swoje życie. Będę tak długo prowadzić kwiaciarnię, aż mi się odechce.
- Podziwiam- dorzucił Adam i schylił się, aby powąchać jakieś niebieskie kwiaty.- Co to za gatunek?
- To jest mój drogi storczyk. Olku, na jaką okazję potrzebujesz ten bukiet?
- Nie do końca jestem pewien. Opuściłem szpital tydzień przed terminem, bez wiedzy mojej ukochanej, a raczej bez jej zgody.  
- Da się coś zrobić?
- Mam pewien pomysł. Za mną. Pomożecie mi.
Kiedy weszli do trzeciej, największej folii podała im nożyce do cięcia kwiatów.
- Wybierzcie po piętnaście najładniejszych- wskazała białe róże, a sama poszła na drugą stronę przyciąć czerwonych.
W pojedynkę zdążyła naciąć więcej niż oni razem, bo długo się zastanawiali, które są najładniejsze.
- Dajcie mi chwilę. Kawa?
Oboje pokręcili przecząco głowami.
Tempo jej pracy, może nie było super szybkie, ale precyzja, z jaką przekładała kwiaty robiła wrażenie.  
Ogromny bukiet, którego środek stanowiło czerwone serce zapierał dech w piersiach. Otworzył portfel i z przykrością stwierdził, że dwieście złotych to za mało jak na takie dzieło.  
- Ile będzie pani Beato?
- Ty jesteś moim najlepszym klientem i twoje szczęście jest dla mnie bezcenne. Nie płacisz nic. I nie przyjmuję odmowy.
- Jednak moi rodzice potrafili się otoczyć najmądrzejszymi i najwspanialszymi ludźmi.
Podszedł i uścisnął ją mocno, przy okazji delikatnie wsuwając banknot do kieszeni szarego swetra.
- Mam nadzieje, że panna Agata będzie zadowolona.
- Ja nie mam żadnych wątpliwości. Musicie się poznać.
- Wypadałoby mój drogi.
- Obiecuję, że zarezerwujemy jakiś termin. Numer ten sam?
- Tak. Czekam na telefon.

Obszerny bukiet złożył w bagażniku i zajął miejsce obok Adama.
- Jak ona chce żyć skoro rozdaje za darmo takie bukiety?
- Tylko dla wybranych.
- Czy ja też jestem w tym gronie?
- Nie wiem, ale myślę, że tak. Wspaniała kobieta, pomagała mi po śmierci rodziców przez długi czas.
- Zastępcza mama?
- Można tak to nazwać. Wpadałem do niej na obiady.
- Nie wiem jak ty to robisz, ale do Elvisa wiele ci brakuje.
- Nie muszę nim być, jestem jak Rock Hudson.
Adam prychnął, a dopiero po chwili wybuchnął gromkim śmiechem.
- No, co? Widziałeś jak on wygląda?
- Nie.
- Wygugluj sobie, a potem mnie przeprosisz.
- Oho. Ważniak się obraził.
- Kierunek Lawendowa, bo głodny już jestem.
- A dla mnie też będzie obiad?
- Agata zawsze robi większe porcje.  
- To ja nie mam więcej pytań.
Dźwięk wydechu i pisk opon zwrócił uwagę niejednego pieszego będącego w pobliżu.  

2 komentarze

 
  • blondeme99

    blondeme99 · 23 kwietnia

    Niespodzianka będzie ❤ ale czy pozytywna? Agata może się zmartwić, że nie poczekał jeszcze trochę w szpitalu, tylko wypisał się na żądanie ale rozumiem go, szpital nie należy do najprzyjemniejszych budynków zresztą, pewnie się za nimi stęsknił

  • Speker

    Speker · 21 kwietnia

    No to się Agatka zdziwi. Różne losy przypisuje życie. Kiedyś dziewczyna, dziś Pani doktor. Najważniejsze w tym wszystkim jest zrozumienie. Dobrze kiedy ludzie mimo innych planów i nadziei potrafią się porozumieć i dogadać po przyjacielsku. Jak zwykle piszesz lekko i przede wszystkim prawdziwie. Masz talent kolego.