Ukojenie 2 – Młody cz. 6

Ukojenie 2 – Młody cz. 6Zbiegała po schodach jak szalona, w głowie mając tylko jeden cel – znaleźć się jak najdalej od własnego domu. Wyskoczyła z klatki i gdy oddaliła się już spory kawałek, zwolniła nieco kroku i ruszyła w stronę przystanku. Kompletnie zapomniała o tym, że wciąż jest bez butów. Lało jak z cebra, lecz dziewczyna nie zwracała na to uwagi – mknęła przed siebie, przecierając mokre od łez i deszczu oczy. Nagle przeszedł ją piekący ból i teraz była zmuszona się zatrzymać. Uniosła stopę – tkwił w niej kawałek zielonego szkła, który wbił się dość głęboko. Kurwa, jeszcze to! – pomyślała, z miejsca wściekając się na notorycznie rozbijających butelki chłopaków z osiedla. No tak. Sama nieraz robiłam tu bajzel, to teraz mam – warczała, choć w tej chwili uważała tą "karę” za wielką niesprawiedliwość, przecież to nie jest odpowiednia chwila.  
       Zirytowana przysiadła na schodkach i wyjęła z nogi odłamek, jęknąwszy cicho. Pojawiła się strużka krwi. Nie miała czym jej zatamować, zdjęła więc przemoknięte na wylot skarpetki i jedną z nich przyłożyła do rany. Nie dość, że pogłaskana subtelnie pięściami głowa przy każdym ruchu pulsowała i bolała już do tego stopnia, że zaczęła wywoływać odruch wymiotny, to jeszcze doszła do tego ta cholerna noga. Dziewczyna była wściekła.    
       Siedziała tam dłuższą chwilę i znów zaczęło zbierać jej się na płacz, tym razem jednak nie wiedziała, czy z żalu, czy już ze złości. Była głodna, było jej zimno, a myśl, że zamiast leżeć w w miłym, ciepłym łóżku, musi łazić po deszczu i marznąć sprawiała, że najchętniej zasnęłaby teraz na wieki. Ponownie spojrzała na skaleczenie – krew sączyła się nadal, ozdabiając wraz z deszczem chodnikową kostkę. Nie wiedziała, co zrobić, jak iść dalej. Pomimo iż wiedziała, że nie znajdzie chusteczki, przeszukała bezsensownie kieszenie sztruksów, uśmiechając się do siebie z rezygnacją. Oczywiście nic nie znalazła, więc jedyne, co przyszło jej w tej chwili do głowy, to skarpetki. Chwyciła jedną z nich, rozerwała zębami i zawiązała na stopie, zaciskając mocno. Obejrzała opatrunek – wydawał się być w porządku.  
       Wiedziała, że teraz marsz nie będzie przyjemny, do tego o wiele wolniejszy, mając jednak świadomość, że znajduje się pod blokiem, gdzie często jeździ policja, pomyślała, że lepiej będzie, jak stąd zniknie. Chwyciła drugi but i chciała go nałożyć, lecz gdy tylko się pochyliła, ból głowy wzrósł, czuła, jakby ktoś gniótł ją imadłem. Schowała twarz w dłoniach i na powrót zastygła w bezruchu, widząc, jak zamkniętych oczach wiruje wszystko. Zawroty zniknęły dość szybko, podniosła więc głowę i rozejrzała się wkoło – osiedle wyglądało jak wymarłe, tylko gdzieniegdzie w oknach paliły się jeszcze pojedyncze światła.  
      Patrzyła na nie z zazdrością i żalem, chciałaby być teraz za jednym z nich, bez ojca, w cieple, bezpieczna i z pełnym żołądkiem. Na myśl o siedzących w miłych, przytulnych mieszkankach ludziach znowu kołek zaczął rosnąć jej w przełyku. Nie miała jednak czasu rozczulać się nad sobą, wiedziała, że musi iść, tym bardziej, że miała przed sobą dość długi spacer.  
       Tył głowy nadal uciskał nieprzyjemnie i wydawał się być gorący jak wrzątek. Dotknęła go lekko – mogła już wymacać kilka małych guzów, które czuły najlżejsze muśnięcie palców. Powoli włożyła w końcu przemokniętego, niebieskiego Nike, odgarnęła do tyłu przyklejające się do twarzy włosy i wyjęła telefon – dwadzieścia trzy minuty po północy. Nie wiedziała, co robić, gdzie iść, do głowy przychodził jej jedynie pustostan. Posiedziała jeszcze chwilkę, mobilizując się do podróży, wreszcie wstała i chciała ruszyć przed siebie, lecz wystarczyło postawić pierwszy krok, aby pieczenie stopy wzrosło. Zatrzymała się, ale tylko na moment, sekundy później ruszyła dalej, starając się stąpać jedynie na palce. W duchu prosiła losu, aby w opustoszałym magazynie był jeszcze ktokolwiek, kto być może jej pomoże, powie, co robić, zostanie z nią na noc... Nadzieja była jednak płocha, późna godzina nie napawała jej optymizmem.  
      Przemoknięta do suchej nitki na przystanek dotarła kilka minut później, ale że autobus miał zjawić się dopiero za pół godziny, do tego nie miała na bilet, nie czekała, tylko go minęła i szła dalej. Paląca przy każdym stąpnięciu noga uporczywie utrudniała jej spacer, lecz twardo dreptała przed siebie – cóż innego mogła zrobić?  

    
    Od jej miejsca zamieszkania do Trevora było około pięciu, może sześciu kilometrów, natomiast trasa od chłopaka do udekorowanego "sztuką uliczną” budynku to kolejne dwa, lub trzy, dziewczyna miała zatem do pokonania niezły odcinek.  
    

      Dumała, kombinowała, w końcu postanowiła przejść, ile się da i spróbować poprosić kierowcę, aby podwiózł ją za dramo. Wiedziała, że szanse są nikłe, do tego obawiała się, że widząc spacerującą o tej porze szesnastolatkę, może wezwać policję, lecz perspektywa przejścia tak odległej trasy uporczywie wymuszała na niej myśli o transporcie. Szła, mocno już zziębnięta, rozważając, czy zagadać kierowcę, czy dać spokój. Chciałaby być w domu, w ciepłym łóżku, lecz wiedziała, że zażywająca różnorakie leki matka może już spać kamiennym snem, więc w razie ataku nikt jej nie pomoże. Nawalony w sztok ojciec tak przerażał dziewczynę, że mimo chłodu, głodu i bólu, bała się wracać. Marzyła tylko o tym, aby dojść już do tego cholernego pustostanu, oczami wyobraźni widząc stojącą tam, podartą kanapę oraz brązowy, wykradziony kiedyś przez Darrena z domu koc.  
       Deszcz nie dawał za wygraną, ale dziewczynie było już wszystko jedno. Przemokła przecież cała, więc nawet, jakby przestało padać, czy coś to zmieni? Chłód sprawiał, że co chwila wyrzucała sobie, że uciekła i teraz marznie, lecz przypomniawszy sobie bolesne ciosy, dokładając do nich przy okazji perspektywę jeszcze gorszego bicia, natychmiast przestawała żałować. Szła, skulona, targana na przemian to pretensją, to ulgą, myśląc bezustannie, jak wejdzie do magazynu? Nie ma żadnej latarki, zapalniczki, nic, a przecież tam jest kompletnie ciemno, przez co dość przerażająco. Była w nim dziesiątki razy i znała budynek jak własną kieszeń, ale te mroczne czeluści... Strach przed otchłanią nie gościł jednak długo w jej głowie, po chwili ustąpił miejsca ponownemu uczuciu chłodu, trzęsła się już cała.  
      Spojrzała przed siebie – przeszła już trochę ponad połowę trasy do domu Trevora, lecz jakże dużo jeszcze zostało. Ponownie chciała sprawdzić godzinę, niestety zdrętwiałe z zimna ręce nie za bardzo chciały słuchać właścicielki. Po usilnych staraniach udało jej się jednak wyjąć komórkę i chwyciwszy ją w obie dłonie, na ekraniku dojrzała pierwszą czterdzieści. Było coraz zimniej, skuliła się więc jeszcze bardziej i ruszyła dalej. Ubrana jedynie w cienki t-shirt wściekała się na siebie, że nie chwyciła po drodze leżącej na krześle bluzy. Ale czy to bluzę miała akurat w tamtym momencie w głowie?  
       Stopa piekła nieprzyjemnie, do tego zaczęła boleć ją także druga noga. Nie mogła porządnie stąpnąć na skaleczoną kończynę, dlatego kładąc na zdrową prawie cały ciężar ciała, nadwyrężyła ją już dość mocno. Zacisnąwszy zęby wędrowała dalej, lecz gdy po przejściu następnych kilkuset metrów noga mdlała coraz bardziej, usiadła na najbliższym przystanku, aby dać jej odpocząć. Dziewczyna była wykończona. W tym momencie postanowiła, że wreszcie zgłosi całą sprawę, po chwili jednak uśmiechnęła się głupio, wiedząc, że oszukuje sama siebie. Nieraz już w złości i smutku obiecywała sobie, że to ostatni raz, ale zawsze, gdy widziała uśmiechniętą w jego objęciach matkę, plany spełzały na niczym. Za każdym razem otuchy dodawał jej też fakt, że gdy osiągnie pełnoletność, wyprowadzi się, ale to przecież jeszcze prawie pięć lat.  
      Pięć lat, co się może zdarzyć przez ten czas? Może już nie będzie żyć, może ją w końcu zatłucze? A to, co się dziś stało, ta ręka na pośladku, o co mu chodziło? Był po prostu pijany, czy już coraz gorzej mu odbija i kiedyś ją jeszcze, nie daj Boże, zgwałci? Bierze przykład z synka, który już nie raz klepnął ją po tyłku, lub próbował złapać tam, gdzie nie powinien?  
      Na myśl o Stephenie od razu stanął jej w oczach obraz jego wrednej gęby i tego, jak już kiedyś próbował się do niej dobierać. Był ewidentnie podpity, do tego bardzo agresywny, Sue wiedziała, że to nie skończy się dobrze. Na szczęście nie zdążył, gdyż przerwała mu Daria, która nieoczekiwanie pojawiła się w domu w towarzystwie matki. Dziewczyna tej pory pamięta jego szyderczy uśmiech i przesiąknięte złośliwością słowa: i tak nikt ci nie uwierzy, a zwłaszcza ojciec. I nie waż się otwierać mordy, bo ja mogę powiedzieć mu o wiele więcej. Milczała więc, wiedząc, że chłopak w akcie zemsty może nagadać ojcu bzdur, które ten łyknie jak pelikan, nie słuchając nawet jej wyjaśnień.  

    
      Siedziała w miejscu już ponad dziesięć minut, przeplatając różnorakie wspomnienia, myśli i decyzje. Kompletnie zapomniała o tym, że musi ruszać dalej, odleciała gdzieś w zaświaty.  
      – Hej! – Głośny, odbijający się echem od ulicznej ciszy okrzyk wyrwał ją nagle z otępienia.  
      Spojrzała na wprost – stał przed nią czarny Ford.  
     – Wszystko w porządku? – zapytał wysoki, na oko około trzydziestoletni brunet, schylając głowę do okna pasażera.  
      – Tak – wycedziła.  
    No ładnie, zaraz wrócę do domu, albo zawiezie mnie gdzieś i zgwałci, pobije, lub zrobi jakieś inne okropieństwo. Po co się zatrzymywałam? – pomyślała. Kierowca przez chwilę obserwował dziewczynę, po czym znienacka wysiadł i skierował się w jej stronę. Natychmiast ogarnął ją strach, a zziębnięte ciało oblało się potężną falą szczypiącego gorąca. Powietrze utkwiło w krtani.  
Mężczyzna stanął naprzeciwko, nachyliwszy się lekko nad nastolatką.  
      – Co tu robisz? Jest wpół do drugiej – zapytał, nie odrywając od niej wzroku .  
      – Wracam do domu, autobus mi uciekł – odparła, modląc się, aby nie wzywał policji, nie zawiózł jej do domu, nie porwał, nie wykorzystał, i do cholery, przestał wypytywać…  
      – Ej! – Poruszył jej ramieniem. – Autobus przed chwilą odjechał, czemu do niego nie wsiadłaś? – zapytał miłym głosem.  
      Kurwa, odjechał? Kiedy? To już jestem głucha? – Wkurzyła się dziewczyna, była tak zamyślona, że nie wyłapała nawet, kiedy ją minął.  
      – Nie jesteś czasem za młoda, żeby spacerować tak późno? To nie jest bezpieczne – kontynuował nieznajomy, uczepiwszy się szatynki jak rzep.  
      Ponownie zrobiło jej się zimno, nie wiedziała, co zamierza, co zrobi, nie chciała wracać do domu. O zmartwieniach już dawno zapomniała.  
      – Wracam z imprezy i muszę już iść – odparła stanowczo, podnosząc się z miejsca.  
      Brunet w okamgnieniu zauważył, że coś jest nie tak z jej stopą.  
      – Co ci się stało? Gdzie mieszkasz? – Zagrodził jej drogę.  
      – Na Gardens Place – rzuciła bez zastanowienia, targana coraz większa złością przez jego nieustępliwość.  
    Gardens Place było to osiedle sąsiadujące z pustostanem i mimo iż nie chciała, aby znał kierunek jej podróży, nie wiedzieć, czemu, nazwa ta samoistnie wydobyła się z jej ust.  
      – Chodź, podrzucę cię.  
      Zdrętwiała. A jak zechce odprowadzić mnie do domu lub będzie czekał, aż wejdę? Tam wszystkie domki są bardzo blisko ulicy i co zrobię? Zapukam do któregoś, do cholery? A może ma na celu coś innego…? Od razu uświadomiła sobie, jak głupio walnęła, nie zastanowiwszy się nad tym, co gada. Ale co by było, gdyby powiedziała prawdę? Zawiózłby ją do centrum i znowu musiałaby iść taki kawał? Nie!
      – Hej! – Zniecierpliwił się młody mężczyzna.  
      – Nie trzeba, sama dojdę, poza tym pana nie znam – odparła i chciała go wyminąć, lecz ją zatrzymał.  
      – Jestem Elliot, nie pan – roześmiał się. – Boisz się wsiąść do mojego samochodu? A nie sądzisz, że gdybym chciał cię skrzywdzić, zrobiłbym to tak, czy siak? – stwierdził, gapiąc się na nastolatkę opiekuńczym spojrzeniem.  
        – Tak, boję się. Nie znam pana, poza tym nie chcę, aby starzy widzieli, że ktoś obcy mnie podwozi, zaraz będzie jatka – sprostowała szybciutko, motając słowa, chciała, aby już sobie pojechał i dał jej spokój.  
      – Jak masz na imię? – zapytał nieznajomy, ignorując jej negatywne względem niego nastawienie.  
      – Nieważne. Proszę mnie puścić, muszę już iść – warknęła chłodno dziewczyna i gdy udało jej się go w końcu wyminąć, ruszyła najszybciej, jak się dało.  
      Po odpoczynku stopa zaczęła boleć jeszcze bardziej, lecz zignorowała to, strach przed facetem był w tej chwili większy, niż ból. Odwróciła się – brunet wsiadł do auta, lecz nadal stało ono w miejscu. Dokładnie widziała, jak siedzi w bezruchu i bacznie się jej przypatruje, operując uśmiechem. Przyśpieszyła, nie zważając na dolegliwości, wiedziała, że za chwilę będzie musiała skręcić w boczną uliczkę i to dawało jej nadzieję, że w końcu uwolni się od nieznajomego. Ponownie się obejrzała – wóz stał nadal. Podążała coraz szybciej, oglądając się co chwila i nie patrząc już, jak idzie, w końcu efekt był taki, że zaczepiła się o nierówno położoną płytkę i wyłożyła jak długa na chodniku.  
      – Kurwa! – burknęła cicho, natychmiast wstała i zawstydzona swoją niezgrabnością, po raz kolejny skierowała wzrok w stronę Forda.  
      Prowizorycznie otrzepała mokre, brudne ręce i spodnie, po czym bezzwłocznie wznowiła podróż.  
      – Kurwa jego mać! – klęła, zerkając na niewielką dziurę w swoich ulubionych sztruksach i obtarte odrobinę dłonie.  
      Skręciła w prawo i znów się obejrzała – auto zniknęło z pola widzenia. Odetchnęła, przepełniona ulgą i nadzieją, że facet odpuścił. Trwało to niestety tylko chwilę, kilka sekund później Ford pojawił się ponownie i sunął wraz z nią, oświetlając przed sobą dość długi odcinek drogi.  
      – A może jednak skorzystasz?! – nieznajomy ponowił próbę, krzycząc z wnętrza wozu. – No wsiadaj, przecież nie dasz rady iść, do tego leje! Podwiozę cię, gdzie będziesz chciała i znikam. Wiem, co to znaczy wykład starych, przeżyłem to nie raz! – zaśmiał się. – Wsiadaj, nie bój się! – przekonywał nie zwracającą na niego uwagi, patrzącą przed siebie dziewczynę.  
     Jego sympatyczny, wiarygodny i przekonujący ton głosu sprawił, że przystanęła. Odwróciła się w stronę auta, lecz mimo iż nieznajomy wydawał się być szczery i nie wyglądał na bandytę, nadal miała obiekcje w kwestii zaufania mu. Perspektywa szybkiego dojazdu do miejsca przeznaczenia kusiła, jednak lęk walczył z tą pokusą, jak tylko mógł, tworząc mętlik w głowie.  
    Stała niezdecydowana, a kierowca cierpliwie czekał, wreszcie widząc, że dziewczyna zastygła w bezruchu, moknąc na środku chodnika, wysiadł i otworzył przednie drzwi pasażera.  
      – Wskakuj! – rozkazał, tym razem krótko i zdecydowanie.  
     Trudno, co będzie, to będzie – stwierdziła i niepewnie zajęła miejsce na szarym, ciepłym fotelu. W tej chwili po tej niewdzięcznej ulewie i cholernym chłodzie był on rajem dla ciała i duszy. Elliot wrócił za kierownicę i widząc, że Sue trzęsie się cała, sięgnął do tyłu i wręczył jej czarną, bawełnianą bluzę.  
      – Załóż, wystarczająco już dziś zmarzłaś – poprosił spokojnie, po czym sięgnął do schowka i wyjął z wnętrza nawilżane chusteczki, które także podał nastolatce.  
    Nadal będąc niepewną swojej decyzji dziewczyna nie odrywała od niego wzroku  
      – Wytrzyj ręce, bo zaraz wda się jakiś syf – uśmiechnął się, przypominając dziewczynie przy okazji o jej fajtłapowatości i wprowadzając tym samym w stan jeszcze większego zakłopotania.  
      – Dzięki – mruknęła, puszczając kolorki.  
      Mimo onieśmielenia całą tą sytuacją nałożyła ciuch i od razu zrobiło się jej o wiele przyjemniej. Ford ruszył.  
      – No to powiesz mi, jak masz na imię? – zapytał kierowca, spojrzawszy przelotnie w jej stronę.  
      – Susan – ciężko wydusiła, słowa zatrzymywały się gdzieś między krtanią a żołądkiem .    
      – Ładnie, do tego jesteś imienniczką mojej siostry i jak widzę, tak samo niezdecydowaną – oznajmił radośnie.  
      Dziewczyna nieznacznie wygięła usta, lecz się nie odzywała, nadal nie wiedziała, czy dobrze zrobiła i uparcie nie dawało jej to spokoju.  
      – Nie miałaś pieniędzy na ten autobus, prawda? – wyskoczył Elliot.  
      – Nie – mruknęła.  
      – Co ci się stało w nogę? I czemu wracasz tak późno, do tego piechotą? Starzy nie będą się burzyć? – ciągnął.  
      – Nie – odparła sucho.  
    Kurwa, a co cię to obchodzi? – pomyślała w końcu. Nie chciała być niemiła, lecz jego nadopiekuńcza wścibskość zaczynała działać jej na nerwy. Brunet był jednak bardzo spostrzegawczy.  
      – Przepraszam, że tak wypytuję, po prostu szkoda by było, żeby coś ci się stało. Jest sobota, dziś w centrum roi się od świrów – zaśmiał się.
      Sue uśmiechnęła się skromnie.
      – Gdzie Cię wysadzić? – Kierowca spojrzał na dziewczynę, gdyż właśnie wjechali w okolicę domków.  
      – Na końcu osiedla, ale jak jedziesz bliżej, wysiądę, gdzie ci pasuje – oznajmiła.
      – Powiesz mi, gdzie mam się zatrzymać.  
      Nieznajomy nadal pałał radością, lecz Susan nie było do śmiechu. Widząc już, że nic jej nie grozi, znacząco się rozluźniła, przez co znowu stanął jej w oczach zimny pustostan, przemoknięte ciuchy, oraz bolące noga i głowa. Głód już maksymalnie szarpał jej bebechy, lecz starała się o nim nie myśleć, ważniejsze było przetrwanie dzisiejszej, jakże pięknie zapowiadającej się nocy. Otulona uściskami zimna, ssania w żołądku i bólu na pewno przeżyje jedną z najromantyczniejszych chwil w swoim życiu…  
      – Susan! – Obudził ją. – Jesteśmy na końcu ulicy, gdzie mieszkasz? Nie pojechaliśmy za daleko?  
      Podskoczyła wystraszona i zaraz skierowała na niego swoją uwagę – inwigilował ją wzrokiem, mając niezrozumiałą minę, jakby domyślił się, że coś kręci.  
      – Wysiądę tu, dzięki za podrzucenie – mruknęła i zdjęła bluzę, którą powiesiła na oparciu fotela. – Dzięki – powtórzyła i szybko wysiadła z auta.  
      Skrzywiła się – miłe, ciepłe wnętrze wozu ponownie zmieniło się w mokrą, zimną chlapę. Objęła się rękoma i już chciała ruszać…  
      – Sue! – Elliot otworzył szybę, widząc, że nastolatka chce kierować się w stronę, z której przyjechali. – Pojechaliśmy za daleko? Wsiadaj, zawrócimy.  
      – Nie, to zaraz tu – odparła szatynka, wskazując ręka przed siebie i prosząc losu, aby już sobie pojechał i nie musiała bez powodu oddalać się od miejsca docelowego.  
      – Na pewno? – brunet nie odpuszczał.  
      W jego piwnych oczach iskrzyły w tej chwili tysiące pytań, a na twarzy malowała się mina świadcząca o wyraźnym brak przekonania co do wiarygodności jej słów.  
      – Tak, jedź już, dziękuję ci – bąknęła Sue, nadal stojąc jak posąg.  
      – Dobra, jak chcesz, ale jak coś, to zadzwoń, ok? Mieszkam sam, mogę ci pomóc – oznajmił Elliot, wyciągając przez szybę rękę z małą karteczką.  
      Uśmiechnęła się niemrawo i chwyciła świstek. Kierowca gapił się na nią jeszcze moment, po czym ruszył wartko, zakręcił kilka metrów dalej, uśmiechnął się jeszcze, ponownie mijając nastolatkę i docisnął mocniej. Pomóc? – pomyślała. Wizja noclegu w cieple była bardzo kusząca, lecz dziewczyna i tak nie miałaby na tyle odwagi, aby jechać w nieznane z przypadkowo poznanym gościem.  
    Patrzyła za nim, aż zniknął w mroku i skierowała się do swojej dzisiejszej, przytulnej noclegowni.

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 3634 słów i 20401 znaków, zaktualizowała 22 maj o 13:31.

3 komentarze

 
  • Iga21

    Głupio zrobiła, ze dała się namówić do podrzucenia "do domu" przez nieznajomego. Akurat trafił się jej teraz chyba normalny typ, ale jak dla mnie za dużo ryzykowała.  
    Ach no i nie powiem, że trochę też jestem rozczarowana obrotem sprawy.  
    Myślałam, że zajdzie do Trevora.  
    Ale no cóż może w tym kierunku coś się jeszcze rozkręci.  
    Szkoda tej nogi, jakby nie to szkło, to może by na imprezę zdążyła.  
    A propos imprezki.  
    Wracaj do głównego bohatera i jego sytuacji. Udało mu się tam dotrzeć czy jednak nie?

  • agnes1709

    @Iga21 Spokuś lokuś, już wracam

  • Somebody

    Wątek Susan czyta mi się dużo lepiej niż Trevora. Lubię ją   Chcę jej więcej  

  • agnes1709

    @Somebody Będzie. Nie lubisz niegrzecznych chłopców?   Dzięki

  • Somebody

    @agnes1709 Lubię. Ale Susan kocham  

  • agnes1709

    @Somebody  

  • Duygu

    Biedna Susan    Trzeba zrobić porządek z tym potworem, tylko jak?    Jest obrzydliwy i coraz bardziej denerwujący.    Elliot jest dziwnie przyjazny, wydaje mi się podejrzany i coś czuję, że trochę nabroi...    Czekam na ciąg dalszy  

  • agnes1709

    @Duygu Do lasu go, śladami taty A małolaci potrafią być gorsi