Ukojenie cz. 5

Ukojenie cz. 5Wracał okrężną drogą. Jechał wolno, chorobliwie delektując się swoim czynem. Pół godziny później był pod domem. Wyłączył silnik i już na luzie skręcił i odpalił kolejnego blanta. Jarał go z gracją, rozsmakowując się każdym pociągnięciem. Był już tak naćpany, że prawie nie kontaktował. Emocje powoli z niego uchodziły, a oczy lekko się zamykały. Ogarniała go przyjemna senność. Zasnął.      
      Śnił o mrocznym ceglanym domu bez okien. Stał na samym środku jakiegoś zniszczonego pomieszczenia. Było tam okropnie zimno, wręcz lodowato. Z każdej ściany dochodziły do niego niezrozumiałe szepty i krzyki. Z tych dźwięków dobiegało dziwne, zastanawiające ciepło, które fizycznie czuł. Chciał koniecznie stamtąd wyjść, ale były tylko ściany, żadnych drzwi. Dźwięki stawały się coraz głośniejsze i powoli zaczynały go wręcz piec. Wilgotny chłód ceglanego pokoju mieszający się z palącymi go po całym ciele odgłosami, był nie do wytrzymania. Do tego czerwień budynku stawała się coraz ostrzejsza, przenikała jego oczy i powodowała okropny ból.  
      Skulił się na mokrej podłodze i nakrył głowę rękoma. Łeb mu pękał, był bardzo ciężki. Udręka stawała się coraz większa, a ból czaszki rozszedł się po całym ciele – czuł go wszędzie. Leżał  i cierpiał, jednakowoż wiedząc, że to tylko sen.  
      Egzystował zwinięty w kłębek z jedną myślą – chcę się już obudzić. W kieszeni spodni rozległ się głuchy dźwięk telefonu...  
      
        
      Zerwał się tak mocno, że trzasnął głową w szybę auta. Komórka nadal dzwoniła w schowku. Ospale otworzył drzwiczki, chwycił telefon i przyłożył słuchawkę do ucha.
      – Witaj, synku. – Usłyszał.
      Przeszedł go zimny dreszcz i momentalnie się obudził. W okamgnieniu ogarnęła go nerwowa duszność, a ręce rozlatały się na wszystkie strony.  
      – Halo, jesteś tam? – ponaglała kobieta.
      Chłopak nie potrafił wydusić słowa.  
      – Trevor.
      – Tak mamo, jestem. Cześć. – Ledwo wydusił; słowa nie przechodziły mu przez gardło.
      – Co u ciebie? Wszystko w porządku? – zapytała ciepło rodzicielka.
      – Tak.
      – Chciałabym, abyś nas jutro odwiedził.  
      Aż nim wstrząsnęło, było to dla niego jak potężny lewy sierpowy. Ostatnio matkę widział rok temu. Kochał ją i tęsknił, ale unikał ojca. Nienawidził go i bał się jak ognia. Bardzo dobrze pamiętał jego wychowawczą nadgorliwość.
      – Synu, słuchasz mnie? – spytała zniecierpliwiona kobieta.
      – Nie mogę, jestem chory – wyjąkał.
      – Ojciec wyjechał na dwa dni. Proszę cię, przyjedź. Nie wiem, jak się masz i chciałabym cię w końcu zobaczyć. Jeśli nie przyjedziesz, ja przyjadę do ciebie. – Matka nie dawała się spławić. Zbyt dobrze go znała, wiedziała, że będzie szukał wymówek.
      Chłopak zamyślił się chwilę – nie miał ochoty, aby oglądała jego zapuszczony dom.
      – Dobrze, o której? – bąknął niechętnie.
      – Jak zawsze, na obiad, o trzeciej.
      – Dobrze, będę, ale teraz muszę kończyć. Mam gościa.
      – Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa. Do zobaczenia jutro. Kocham Cię.
      – Ja ciebie też. Cześć.
      Dość długą chwilę po rzuceniu telefonu na siedzenie obok jeszcze nie mógł dojść do siebie. Czuł, że oczy robią mu się mokre. Rozejrzał się natychmiast w poszukiwaniu napoczętej flaszki, przypomniał sobie jednak, że wypił ją w lesie. Otworzył nową. Ręce nadal mu latały, a napływające łzy dusiły za gardło. Przyssał się do whiskey i spojrzał odruchowo na zegarek – kwadrans po siedemnastej. „Emma!” – O mało się nie zakrztusił. Szybko wysiadł się z wozu i biegiem wpadł do domu…


      Prysznic trwał „moment”, po którym ubrał się w niebieskie jeansy, białą koszulkę i przysiadł na kanapie. Ciągle był nieswój, gardło nadal miał ściśnięte. Wiedział, że telefon matki będzie go teraz dręczyć. Nie mając jednak czasu na dołowanie się, szybko zarzucił na siebie ciemnoniebieską, dżinsową bluzę i zamknął drzwi na klucz. Zegarek – dochodziło wpół do szóstej.
      Zajrzał do samochodu – zakupy nadal leżały w środku. Zaniósł je do domu i wrócił do auta. Łeb już go nie bolał, ale samopoczucie było do niczego. Miał mętlik w głowie, czuł się cholernie dziwnie i ciasno we własnym ciele. Poza tym był głodny, ale myśl o posiłku przyprawiała go o mdłości. Przespał się, więc efekt skręta pozostał tylko wspomnieniem. Nie palił następnego, nie chciał jechać do dziewczyny pod wpływem. Zrobił jednak trzy sztuki i schował pod siedzenie, w niewielką dziurę w tapicerce. Resztę narkotyku schował w szopie i za moment przekręcał kluczyk
      Gdy dojechał na miejsce, widział zza szyby, że Emma jeszcze pracuje. Do szóstej brakowało kilku minut. Chętnie by przyćpał, ale nie chciał w takim stanie pokazywać się dziewczynie. Sięgnął do schowka po paczkę Marlboro...
      – Kurwa, co za dureń! Czy ja zawsze muszę o czymś zapomnieć?! – syknął.  
      Torbę z zakupami rzucił niechlujnie w kuchni, tylko że zapomniał wziąć z niej fajki. Ogarnęła go wściekłość, zwłaszcza, że cała zawartość schowka wywaliła się w tym momencie na podłogę. Płacząc już prawie ze złości nachylił się i zaczął ładować wszystkie śmieci z powrotem. Jak już się z tym uporał, łupnął drzwiczkami z całej siły, ale te nie chciały się zatrzasnąć. Przy trzeciej próbie zamknięcia skrytki papiery znowu powypadały ze środka.
      – Kurwa, co za gówno! – wrzasnął, zostawił tak jak jest i wysiadł z samochodu.  
      Podszedł do sklepu, ale do niego nie wchodził. Chciał trochę ochłonąć. Po pięciominutowym spacerze wzdłuż witryny w końcu wlazł do środka. Za ladą stał jakiś chłopak.
      – Poproszę paczkę czerwonych Marlboro – wycedził półgębkiem.
      Zapłacił i wyszedł. Czekał na swoją upragnioną towarzyszkę, ale ta się nie pojawiała. Spojrzał na zegarek – osiemnasta siedem. Mijały kolejne minuty i odzyskany przez chwilą spokój zaczynał powoli zmieniać się w zniecierpliwienie. Palił już trzeciego papierosa, wędrując wkoło, kiedy usłyszał:
      – Przepraszam, szef mnie zatrzymał. Dzięki, że poczekałeś.
      Poczuł nieopisaną ulgę.
      – Nie ma sprawy, dla tego uśmiechu było warto – odparł niepewnie, znów za komplementem próbując ukryć swoje zawsze pojawiające się przy niej zmieszanie. Kurwa, co za pojeb! – Pomyślał od razu o swoim kretyńskim tekście. Emma się zaśmiała.
      – Idziemy czy dzwonimy po taksówkę? – zapytała . – To trochę daleko.
      – Mam tam samochód, chodź.
      Nie był zadowolony z faktu, że muszą jechać, burdel w aucie nieciekawie się prezentował. Sam nie wiedział, czemu był taki głupi i nie skorzystał z taksówki. Otworzył drzwi pasażera i spojrzał na dziewczynę.
      – Poczekaj minutkę.
      Nachylił się pod schowek, zebrał trochę bajzlu i rzucił do tyłu. Papiery i inne badziewie rozprzestrzeniły się po całym tylnym siedzeniu.
      – Przepraszam, miałem mały wypadek – tłumaczył się głupio, zbierając ostatnie śmieci, które złośliwie wylatywały mu z rąk.
      Ona stała i śmiała się z sympatią z jego zauważalnej, spowodowanej zapewne zdenerwowaniem, nieporadności. Trevor śpieszył się jak mógł, w końcu podłoga była czysta.
      – Proszę, jak nowy! – zaśmiał się, wskazując siedzenie.
      Emma zajęła miejsce, a on zatrzasnął za nią drzwi i usiadł za kierownicą.
      – Dokąd jedziemy? Dawno tu nie byłem – zapytał, nieśmiało patrząc na pasażerkę.
      – Jedź prosto. Powiem ci, kiedy skręcić.
      Trevorowi, nie wiedzieć, czemu, w tej chwili przypomniała się sytuacja sprzed kilku godzin. Spojrzał na śliczną dziewczynę i czuł, że za nic w świecie nie mógłby jej skrzywdzić. Każdego, ale nie ją. Była jakaś taka... magnetycznie przyciągająca. Nigdy czegoś takiego nie odczuwał, w szkole to uczucie było jakieś… inne.
      – Coś się stało? – zapytała blondynka, widząc, że chłopak zamyślił się przez dłuższą chwilę.
      – Nie, nic… Przepraszam.
      Emma nie skomentowała, już dawno zauważyła, że Trevor w jej towarzystwie nieswojo się zachowuje. Chłopak odpalił samochód i ruszył. Jechali już dłuższą chwilę, lecz żadne z nich się nie odzywało. Młoda kobieta zapewne nie chciała naciskać, a on kompletnie nie wiedział, co powiedzieć. Miał pustkę w głowie. Gdyby przyćpał, podróż zapewne wyglądałaby inaczej.
      Jechali tak około pięciu minut w jakimś głupim milczeniu, w końcu kazała mu skręcić w prawo.
      – Widzisz? To tam – pokazała mu niewielki, oddalony o jakieś sto metrów zielony neon i po chwili kierujący zatrzymał się przed knajpą o nazwie: „Green Clover”. Poczuł się dziwnie. Czuł, że jest w niej sporo ludzi, a on nie przepadał za tłumem.  
      Weszli do środka. Było tam około dziesięciu, może dwunastu osób, lecz pub był dość spory i było jeszcze dużo wolnych miejsc.
      – Chodź. – Emma skinęła głową i ruszyła przed siebie.  
      Podążył za nią. Usiedli przy stoliku na końcu, przy ścianie.
      – To mój ulubiony. Nikt tu nie łazi i można spokojnie pogadać – oświadczyła dziewczyna, siadając na granatowej, barowej kanapie.
      – Można tu palić? – zapytał; już miał chęć na dymka.
      – Jasne.
      – Nie będzie ci przeszkadzać?
      – Mój brat kopci jak smok, jestem przyzwyczajona. Poza tym są tu inni palący, więc nie zrobisz wielkiej różnicy – zażartowała ciepło Emma, uśmiechając się tak pięknie, że chłopaka przeszedł ciepły dreszcz.  
      Roześmiał się i odpalił papierosa. Spalił już pół, a kelnera nie widać.
      – Ile można czekać? – burknął zniecierpliwiony. – Sam to załatwię. Co chcesz?
      – Czerwone Martini z cytryną. Tylko poproszę dużo lodu.
      – Zaraz wracam.
      Podszedł do baru i zgasił peta w stojącej na nim popielniczce.
      – Czy ktoś obsługuje w tym lokalu? – burknął wkurzony. – Czekam już dziesięć minut.
      – Przepraszam. Mamy trochę zamieszania na zapleczu, nie zauważyłam nowych gości. Co podać? – odparła młodziutka barmanka.
      Powiedział, co ma być i czekał. Nalała mu błyskawicznie. Spojrzał na wino – kilka kostek lodu. Nie wiedział, czy o taką ilość jej chodziło, ale wziął szklanki i wrócił do stolika.
      – Czy z lodem ok? Mogę pójść po więcej.
      – Jest dobrze, dziękuję.
      Usiadł naprzeciwko i zamoczył usta w dawno oczekiwanym drinku. Wypił prawie całego. Dziewczyna spojrzała na niego z uśmiechem.
      – Chyba bardzo chciało ci się pić?
      – Trochę mnie suszy po fajkach.
      Potargał lekko swoje króciutkie, jasnobrązowe włosy, które delikatnie rozczochrane znacznie lepiej się prezentowały.
      – W szkole zawsze miałeś dłuższe, znudziły ci się? – spytała, patrząc na niego bez cienia skrępowania.
      – Tak jest wygodniej.
      – I lepiej wyglądasz – pochwaliła, przenikając go wzrokiem na wskroś. Była totalnie wyluzowana.
      Trevor spiął się jeszcze bardzie; nie wiedział, czy lubi to spojrzenie, czy chce, żeby przestała. On tylko od czasu do czasu na nią zerkał, wzrok kierował to w stronę drinka, to znów gdzieś przed siebie, peszył się zbyt długim patrzeniem w jej niebieskie oczy. Emma siedziała i przez słomkę sączyła swoje Martini. Widziała, że się denerwuje, ale podobały jej się jego włosy i ciągle się im przyglądała. Podeszła barmanka.
      – Podać coś jeszcze?
      Trevor już skończył swój trunek, ale spojrzał na dziewczynę. Ta się nie odzywała.
      – Jeszcze raz to samo – zadecydował. – I nową słomkę.
      – Chcesz mnie upić? – zażartowała blondynka.
      – Tylko trochę – uśmiechnął się skromnie, coraz częściej patrząc na piękną dziewczynę.
      Całkowicie zapomniał o matce i jutrzejszej wycieczce. Tylko brak skręta coraz bardziej mu dokuczał.

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 2003 słów i 11934 znaków, zaktualizowała 27 mar 2020.

1 komentarz

 
  • Duygu

    To jest tak wciągające, że nawet nie wiem, kiedy kończę czytać! Bardzo dobrze się czyta. Super. Mam cichą nadzieję, że Trevorowi i Emmie się ułoży... ;)