Ukojenie cz. 7

Ukojenie cz. 7Z daleka widział, że Emma wysiadła z auta i nerwowo wpatruje się w stronę baru.
      – To chyba nie trwało długo – chłopak uśmiechnął się sztucznie.
      – Nie, chciałam postać na powietrzu. Czemu tam poszedłeś? Niedaleko jest inny sklep.
      – Zostawiłem komórkę – skłamał, nie patrząc na dziewczynę. – Wsiadaj. – otworzył drzwi –  zawiozę cię tam, gdzie jest aż nadto świeżego powietrza.
      – Która godzina? – zapytała Emma.
      – Dochodzi za piętnaście dziewiąta.
      Zapadła chwila ciszy.
      – Wsiadaj, to niedaleko, za godzinę będziesz w domu – chłopak wznowił temat, widząc, że jest raczej niechętna na tą propozycję.
      W końcu wsiadła do srebrnego Forda. Trevor szybko wskoczył za kółko i podał jej napój.
      – Trzymaj, zimne, dobrze ci zrobi.
      Odjechali. Po dziesięciu minutach byli już na skraju lasu. Otworzył drzwi i zapalił papierosa.
      – Dużo palisz – stwierdziła pasażerka.
      Trevora przeszło dziwne mrowienie, dziewczyna powiedziała to w taki sposób, że zrobiło mu się totalnie wstyd.
      – Sam nie wiem, czemu. Ale masz rację, muszę się ograniczyć – wytłumaczył się nieudolnie.
      Znów zamilkli na chwilę.
      – Przejdziemy się? – zaproponował chłopak.  
      – Dobrze.
      Poszli wolno drogą, którą oświetlały od tyłu światła samochodu. Gdy po kilkudziesięciu metrach powoli zaczęły zanikać i otaczała ich coraz większa ciemność, Emma się zatrzymała.
      – Nie idźmy dalej – rzekła dziwnym głosem.
      – Spokojnie, nie ma tu żadnych potworów – zaśmiał się Trevor.
      Wiedział, że trawa tylko wzmagała jej strach przed mrokiem.
      – Wracajmy – nalegała blondynka; wyglądała na poważnie wystraszoną.
      – W porządku, chodźmy.
      Gdy już wsiedli do samochodu, Trevor dopiero zobaczył, jak mocno jeszcze trawa nią targa. Oczy miała totalnie przekrwione.
      – Jestem zmęczona. Możesz mnie odwieźć? – poprosiła dziewczyna.
      Nie odezwał się ani słowem, tylko uruchomił wóz i energicznie ruszył. Jechał i myślał o zabitej dziewczynie, las go nieco nastroił. Znów poczuł niedostatek. Cholernie chciało mu się alkoholu albo czegokolwiek innego, przez co znowu zaczął być lekko wkurzony. On palił zielsko codziennie, więc potrzebował więcej; Emma była jeszcze nagrzana, a on już prawie nic nie czuł.  
      Żal mu było się rozstawać, a jednocześnie cieszył się, że w końcu sobie dogodzi.
      – O czym znowu tak rozmyślasz? – zapytała dziewczyna, która od dłuższego czasu mu się przyglądała i była coraz bardziej pewna, że coś go męczy. – Jak chcesz, możemy pogadać.
      – Nic mi nie jest – powiedział zupełnie bez przekonania.
      Nie zauważył, kiedy dojechali pod kamienicę. Emma chciała otworzyć drzwi i jakież było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że brak w nich klamki.
      – Przepraszam. To stary rzęch, już dawno nie ma tu tego uchwytu – wyjaśnił Trevor, otwierając drzwi od zewnątrz.
      Ale o tym, że sam go usunął, nie wspomniał.
      – Poczekam, aż wejdziesz – poinformował.
      – Dzięki za miły wieczór – rzekła z sympatią Emma, całując chłopaka w policzek.
      Ciarki go przeszły po całym ciele po tym aksamitnym dotyku. Przytkało go.
      – To ja dziękuję – wybełkotał w końcu.
      Dziewczyna podeszła do drzwi i zaczęła czegoś szukać w torebce. Trwało to dłuższą chwilę, w końcu Trevor do niej podszedł.
      – Co się stało?
      – Chyba zostawiłam klucze w domu – odparła rozgoryczona.
      – Zadzwoń domofonem.
      – Nikogo nie ma. Tommy wieczorem zawsze gdzieś łazi, nie mam pojęcia, gdzie go szukać – wyjaśniła Emma, zrezygnowana i prawie bliska płaczu.
      – Jaki numer?
      – Dwadzieścia trzy.
      Trevor wcisnął guzik – cisza. Wcisnął drugi raz – znowu nic.
      – Zadzwoń do niego. – Podał jej telefon.
      – Na pewno bym to zrobiła, gdyby miał komórkę,
      – Możemy go poszukać – zaproponował, żal mu się zrobiło dziewczyny.
      – To nie ma sensu. Mój brat zapada się jak kamień w wodę, jak się spotka z chłopakami. Może być wszędzie.
      Trevor stał oparty o budynek i kompletnie nie miał pomysłu na dalsze działania.
      – Chodź, przejedziemy się. A nuż... – rzekł w końcu i pociągnął ją w stronę auta.    
      Objechali całe miasto i po pół godzinie zatrzymali się znowu pod jej domem. Trevor wyskoczył i ponownie zadzwonił pod numer mieszkania. Wrócił bardzo szybko.
      – Nic – oświadczył młodej kobiecie.
      – Pewnie gdzieś siedzi i się narkotyzuje – warknęła Emma z ogromną już złością w głosie.
      Chłopak zamyślił się chwilę.
      – Możesz przenocować u mnie – wyskoczył.  
      Wiedział, że nie ma zbytniego porządku, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Nie był szczególnie zadowolony, że przeszkodzi mu w nawaleniu się, a jednocześnie chciał, żeby z nim pojechała. No i nie chciał zostawiać jej samej z tym problemem… nie mógł.
     – To chyba nie jest dobry pomysł – odparła, zaskoczona propozycją.
     – Masz lepszy? – rzucił chłodno Trevor, lekko już zniecierpliwiony.
      Emma stała i milczała.
      – Nie jestem gwałcicielem ani mordercą, jeśli o to chodzi – uśmiechnął się do niej, samemu nie wierząc, że mówi to z taką lekkością.
      Dziewczyna nadal stała niezdecydowana.
      – No chodź, nie będziemy tu stać do rana – zadecydował w końcu szatyn, chwycił ją za rękę i otworzył drzwi wozu. – Wskakuj.


      W połowie drogi Emma wyraźnie się spłoszyła, widząc, że jadą na jakieś odludzie.
      – Daleko mieszkasz? – zapytała, jakby chciała się upewnić, że nic jej nie grozi.
      – Zaraz będziemy.
      Dziewczyna wiedziała, że jest nieśmiały i nie sądziła, aby mógł jej zrobić krzywdę, ale z drugiej strony było w nim coś niepokojącego. Był całkiem inny od większości facetów, a dokładniej rzecz biorąc... nieco dziwny. Bała się tego, lecz pociągało ją to zarazem.
      Po kilku minutach byli już na werandzie. Trevor przekręcił klucz i zanim uchylił drzwi, poinformował:
      – Mam lekki bałagan, nie zwracaj uwagi. Nie jestem fanem porządków.
      – Nic nie szkodzi.
      Wpuścił ją przodem.
      – Siadaj. – Cisnął w kąt jakieś łachy, oczyszczając kanapę. – Wybacz, sprzątanie nie jest moją mocną stroną – tłumaczył się.
      Dziewczyna zauważyła, że znowu zaczyna się denerwować.
      – Zjesz coś? – zapytał.
      – Nie, dziękuję.
      – A może drinka? Mam wino, ale nie mam lodu.
      – Może jednego.
      Otworzył barek, wyjął butelkę, ponownie schował w nim głowę i zaczął szperać w środku.
      – Kurwa! – burknął pod nosem, lecz Emma doskonale to słyszała.
      – Co się stało?
      – Nie mogę znaleźć korkociągu.
      – Ten drink nie jest aż tak ważny – zaśmiała się dziewczyna, ale Trevor był już zły.  
      – Jeszcze chwila.
      Chwila minęła, lecz poszukiwania nadal nie przyniosły rezultatu, chłopak trzasnął drzwiczkami barku, zamknąwszy go z hukiem. Poszedł do kuchni, wyjął szufladę i całą zawartość wywalił na kuchenny blat. Rozszedł się metaliczny rumor. W końcu znalazł. Wrócił do salonu i otworzył wino, nalewając Emmie spory kieliszek.
      – Na pewno nie jesteś głodna? – powtórzył.
      – Nie, jadłam przed wyjściem z pracy.
      Zdziwił się, że dziewczyna nie ma ochoty na przekąskę po wypalonym blancie. Znów poszedł do kuchni i otworzył lodówkę. Ukazało mu się kilka plasterków sera i jakaś zmiętolona sałatka. Teraz ogarnęło go szczęście z powodu odmowy posiłku, gdyż lodówka nie zachwycała zawartością, a chleb, który leżał na stole, był już tak twardy, że nadawał się co najwyżej do wbijania gwoździ. Otworzył górną szafkę – jest paczka krakersów.
      – Kretyn ze mnie. Proponuję ci kolację, a mam tylko to – uśmiechnął się głupkowato, kładąc ciastka na stole.
      Sam nie wiedział, czemu to powiedział i zrobił z siebie jeszcze większego idiotę. Dziewczyna się zaśmiała, rozweselało ją to jego ciągłe zakłopotanie. Wydawał jej się wtedy taki... bezradny. Nie powiedziała nic.
      Trevor usiadł obok i spojrzał na zegarek – zbliżała się dziewiąta wieczorem.
      – Na którą idziesz jutro do pracy? – zapytał.
      – Na jedenastą.
      – O której cię zbudzić?
      – Nie martw się, pewnie wstanę wcześniej od ciebie. Zawsze wcześnie wstaję.
      – Przepraszam na chwilę. – Chłopak zerwał się z miejsca i poszedł do samochodu.
     Obrócił w mig z butelką i skrętem w kieszeni. Nalał sobie dość sporo, chwycił szklankę i wrócił na miejsce. Milczał. Ona także siedziała w ciszy, uśmiechała się tylko od czasu do czasu. Trevor zerkał raz po raz na jej śliczną twarz, w końcu, nie mogąc zdobyć się na rozpoczęcie jakiegokolwiek tematu, wstał.
      – Pójdę zapalić. Nie masz nic przeciwko? – bąknął speszony, doskonale wiedział, jak idiotycznie się zachowuje.
      – Nie.
      Wyszedł, usiadł na schodkach  i odpalił skręta. Bardzo szybko spalił połowę.
      – Miałeś się ograniczyć. – Usłyszał za plecami.
      Usiadła koło niego, śmiejąc się. Odsunął rękę z trawą na bok.
      – Lubisz to palić? – spytała.
      Chłopak siedział i gapił się w schody, kompletnie nie wiedział, co ma powiedzieć. Zrobiło mu się strasznie głupio, że go przyłapała.
      – Mój brat też to robi. Próbuję go przekonać do zaprzestania, ale nic do niego nie dociera. Cieszę się tylko, że na trawce się kończy i nie ciągnie go do innych używek.
      Trevor siedział i słuchał dziewczyny, ciesząc się, że to ona mówi. Był zażenowany i zupełnie wypompowany z pomysłów na rozmowę. Blanta nadal trzymał w dłoni, ani razu się jeszcze nie zaciągnął. Znów zapadła cisza.
      – Rozłożę ci kanapę! – zaproponował nagle, podnosząc się z miejsca; chciał już uciec od tej niezręcznej sytuacji.  
      Poszedł do kuchni, wykończył resztkę peta i wrzucił do zlewu. Rozłożył wyrko i rzucił na nie kołdrę przyniesioną z sypialni. Zerknął jeszcze, czy posłanie jest w porządku i wyszedł do dziewczyny.
      – Gotowe. Pościeliłem w salonie, w sypialni może być trochę chłodno. Nie jest to łoże najwyższej klasy, ale mam nadzieję, że będzie ci wygodnie – oznajmił.  
      – Na pewno, dziękuję.
      Trevor patrzył na jej uśmiech, który był coraz bardziej niewyraźny. Widział, że jest zmęczona, do tego jeszcze rozbita przez tego frajera z pubu. Sam był już lekko skonany.
      – Idź się połóż, sen ci dobrze zrobi – zaproponował łagodnie.
      – Ok. A ty?
      – Zaraz przyjdę.  
      Emma zniknęła, a Trevor zapalił papierosa. Znów przypomniał sobie niewdzięczny telefon i złość go brała; nie miał ochoty nigdzie jechać.
      Skończył palić i wszedł do domu. Przekręcił zamek w drzwiach i wyciągnął z szafy śpiwór. Rozłożył na ziemi, naprzeciw kanapy, rzucił na to jakąś szmatę, która kiedyś przypominała koc i położył się głową w stronę Emmy.
      – Tu jest dużo miejsca – zasugerowała, pokazując na wolną, prawą część łóżka.
      – Dzięki, tu mi dobrze. Poza tym musisz się wyspać – odparł twardo, skrzętnie ukrywając wstyd.  
Jasne, że chętnie by się przy niej położył, nie dał rady się jednak przemóc.
      – Ja nie gryzę – zaśmiała się dziewczyna.
      – I tak bym ci nie smakował – odparował Trevor, za żartem próbując ukryć zmieszanie.
      Dziewczyna widząc, że broni się jak może, nie nalegała dłużej. Leżał i patrzył w jej oczy, które powoli się zamykały. Sam również zasypiał.

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 1938 słów i 11494 znaków, zaktualizowała 27 mar 2020.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Ciekawie wyglądała ta randka  :D  Trzymam kciuki za Trevora, nie idzie mu najgorzej :) Oby tylko Emma nie poznała jego mrocznej strony... :cool:

  • agnes1709

    @Duygu Idzie mu tragicznie :lol2:

  • Gaba

    Moja 👏🤚🤚pierwsza!

  • agnes1709

    @Gaba Szybki jesteś. Mam nadzieję, że w wyrze nie taki, niewiasta może poczuć się zawiedziona :D:D:D