Ukojenie cz. 48

Ukojenie cz. 48Za moment odezwała się jego komórka. Spojrzał na nią i ujrzał nieznany mu numer. Domyślił się, że to przyjaciółka, więc zaraz wyłączył telefon. Gdy już dotarł na przedmieścia, zatrzymał się i znowu uderzył w płacz. Wył dobre kilkanaście minut i dopiero, jak się całkowicie uspokoił, zrobił drugiego skręta, którego natychmiast rozżarzył. Sprawdził godzinę – kilka minut po szesnastej. Niedługo potem Za chwilę był pod domem ukochanej. Drzwi były otwarte. Trevor bardzo zdziwił się tym faktem, wiedząc, jakie podejście ma Emma do tego tematu. Wszedł strachliwie do kuchni i podszedł do siedzącej przy stole sympatii. Milczała i gapiła się na jakiś leżący przed nią brukowiec.
Położył na blacie odzyskany niedawno klucz. Chciał ją przytulić, ale się skuliła, bojąc się jego dotyku. Mimo to objął dziewczynę.
     – Kotku, przepraszam. Nie będę się tłumaczył, bo na moje zachowanie nie ma wytłumaczenia. Nie wiem, co ci powiedzieć… – Wtulił twarz w jej szyję. Stał przy niej chwilę. – Wiesz, że czasem jestem porywczy, a mimo to szłaś w zaparte. Ale to też mnie nie usprawiedliwia, jestem pierdolonym gnojem. Przysięgam, że to był pierwszy i ostatni raz – tłumaczył się nieudolnie, trochę mocniej przytulając blondynkę.  
      Dziewczyna nadal tkwiła w bezruchu. Trevor czuł się coraz bardziej parszywie i miał już całe mokre oczy. Po chwili rzucił:
      – Chodź, odwiozę cię do domu.
      – Co zrobiłeś Kate? – odezwała się nagle Emma.
      – Nic, nie było jej, chłopak oddał mi klucz. Przyjechali po jakieś dokumenty, których zapomniała.
      Emma wstała.
      – Jedźmy – mruknęła.
      Trevor zobaczył, że jej oczy także są szkliste i jeszcze bardziej go to dobiło. Chciałby zapaść się po ziemię. Przełknął tylko szczypiące w gardło łzy i ruszył za ukochaną. Całą drogę milczeli. Chłopak zatrzymał się pod kamienicą i otworzył drzwi młodej kobiecie. Wysiadła, Trevor je zatrzasnął i szybko udał się na drugą stronę auta.
      – Trevor! – zawołała blondynka.
      Spojrzał na nią.
      – Chodź – wydusiła.
      Nie odezwał się, tylko wsiadł za kółko i ruszył w kierunku domu Mike’a. Gdy dotarł do drzwi, zapukał głośno. Za chwilę przyjaciel mu otworzył.
      – Nie wal tak, myślałem, że to psy. – skarcił szatyna; był blady jak ściana.
      – Masz coś przyćpać? – wymamrotał Trevor, wchodząc do środka.
      – Co jest, coś się stało? – zapytał kolega, widząc, że kumpel wygląda jak zbity pies.
      – Narozrabiałem.  
      Mike przyniósł dwa piwa i chłopak, popijając, przybliżył przyjacielowi przebieg zdarzeń.
      – No stary, ładnie, nie ma co. Ale wrzuć na luz, z czasem jej przejdzie… raczej – rzekł Mike.
      – Masz coś zarzucić? – Trevor ponowił pytanie.
      Gospodarz zrobił skręta i wyciągnął rękę do kumpla.
      – A coś konkretniejszego? – sprecyzował szatyn, zupełnie bez życia.
      – Ty tak na poważnie? – Mike się trochę zdezorientował.
      – Masz czy nie? – warknął Trevor.
      Starszy z facetów widząc, że przyjaciel ma kompletny dół, zniknął w kuchni i po chwili wrócił z przeźroczystym woreczkiem w dłoni.
      – Jak już się tak uparłeś, to mam niecałe dwie setki. Ale może odpuść, po chuj ci to? – Podał mu kokainę z niezbyt zadowolonym wyrazem twarzy.
      Szatyn nie odpowiedział, tylko wziął opakowanie.
      – Stary, brałeś to w ogóle kiedykolwiek? Jasne, wiesz co nieco, ale widzieć, słyszeć, a brać, to znaczna różnica. Odradzam – rzekł brunet.
    – Nic mi nie będzie po dwóch działkach – bąknął na odczepnego Trevor.  
    – Tylko żebyś nie żałował, gościu, jak ci niedługo przejdzie. Więcej już nie mam, a chęci będą. Radzę to przemyśleć, wiesz, że to gówno za bardzo się podoba i możesz popłynąć – ciągnął Mike, uparcie próbując namówić go do zmiany decyzji.
      – Jebać to – mruknął szatyn i po chwili przy pomocy dwudziestodolarowego banknotu, wciągnął wszystko do nosa.  
     Starszy z chłopaków z rezygnacją opadł na fotel, gapiąc się z niedowierzaniem na kumpla.    
       – Stary, nie podoba mi się to. Do tego zjadłeś wszystko – oświadczył cierpko.
       – Kurwa, nie pouczaj mnie, dobra? I tak mam przejebane, więc chociaż ty mnie nie dołuj. – Trevor podniósł głos i odpalił skręta. – Daj mi lepiej jakiegoś palenia, bo mam pustki.
      Mike już nie ciągnął tematu, tylko poszedł po zioło. Dał je chłopakowi i też odpalił używkę. Nim szatyn skończył swoją, kokaina zaczęła działać.  Poczuł się niesamowicie. Ogarnęło go kojące zadowolenie i rozluźnienie. W tej chwili zaczynał rozumieć małolata –  marihuana to nie to samo.  
      Wstał gwałtownie z kanapy.
      – Muszę spadać, dzięki za towar – rzucił i udał się w stronę drzwi.
      – Kurwa, koleś, gdzie ci się tak śpieszy? Co, już ruszyło? – uśmiechnął się wymownie Mike.
      – Mam jeszcze sprawę – odparł Trevor. Był już bardzo pobudzony, co w połączeniu z trawą owocowało jeszcze większą euforią. Koniecznie chciał już wyjść na zewnątrz.
      – Na razie – uściskał rękę gospodarza i zaraz był w Fordzie.
      Odpalił papierosa i ruszył do domu. Jechał jak wariat i po dziesięciu minutach już siedział na kanapie ze szklanką whiskey. Nagle zrobił osobliwą minę.
      – A co ty tu robisz?! – roześmiał się na całe gardło, wstał i wziął z regału maskotkę Emmy. – Zabłądziłeś, porzuciła cię? Oj, nieładnie – wył jak debil, gadając do zabawki. – Zaraz odwiozę cię do domu.
      Gdy się ruszył, poczuł się jeszcze przyjemniej. Był bardzo szczęśliwy, proch dawał genialny efekt. Zażenowanie gdzieś zniknęło, rozpłynęło się w powietrzu. Ruszył do wozu i po kwadransie już dzwonił pod „23”.
      – Słucham – odezwał się małolat.
      – Otwórz, przywiozłem zgubę Emmy – zapiał, wielce z siebie zadowolony.  
      Po chwili był już na górze i młodzik mu otworzył.
      – Trzymaj. – Trevor podał mu miśka z uśmiechem na twarzy, ale Tommy miał oschłą minę. Wziął maskotkę, położył na szafce, po czym z hukiem zatrzasnął drzwi za szatynem i raptownie kopnął go w brzuch. Chłopak lekko  się pochylił i w tym momencie spadła na niego lawina potężnych ciosów. Nie bronił się, zasłonił tylko głowę. Młodzik bez słowa zadał mu kilkanaście uderzeń i po którymś z kolei, powalił kumpla na ziemię. Zaczął go kopać. Trevor na początku niezbyt mocno odczuwał razy, ale po po krótkim czasie już do niego dotarły. Leżał skulony, nadal zasłaniając głowę, a ciosy padały jak szalone.
      – Ty pierdolony hipokryto! – krzyknął wściekły małolat, nie przestając go bić.
      Zabiłby go chyba, gdyby zaspana Emma nie wyskoczyła z pokoju.
      – Tommy, przestań?! – wrzasnęła i w sekundę znalazła się między bratem, a leżącym chłopakiem. – Co ty wyprawiasz?! – Odepchnęła brata i przykucnęła przy szatynie, który leżał, cały obolały.  – Trevor, wstań.
      Chłopak nie reagował.
      – Proszę cię, wstań – powtórzyła zszokowana blondynka.
      Egzystował tak jeszcze chwilę i nagle uderzył głupim, obłąkanym śmiechem. Leżał z schowaną w rękach głową i sekundy na sekundy śmiał się coraz głośniej. Emma patrzyła na niego zupełnie skołowana. Gdy chłopak się nie uspokajał, tylko z chwili na chwilę rechotał mocniej, w końcu krzyknęła:
      – Trevor, uspokój się. Co się z tobą dzieje?!
      – Jak to, nie widzisz, co?! Jest kompletnie naćpany! – wrzasnął z salonu z salonu.
      – Trevor, proszę cię, przestań – apelowała dziewczyna z wyraźnym strachem w głosie, ale on rżał dalej.
      – Przywiozłem twojego Trevorka – wydusił, pokładając się ze śmiechu.
      – Uspokój się do cholery! – ryknęła rozdrażniona blondynka.
      Wariował jeszcze chwilę, w końcu się wyciszył i powoli wstał, opierając się o ścianę.
      – Przepraszam… – wycedził i chciał wyjść.
      – Gdzie idziesz, dalej ćpać?! – zagrzmiała dziewczyna, przytrzymując go za koszulkę.  
      Trevor jednak zgrabnie się wywinął i bez słowa przestąpił próg.
      – Nie idź! – zaapelowała płaczliwie Emma, wyskakując przed chłopakiem.
      – Zostaw mnie i wracaj do domu – mruknął Trevor, nie zatrzymując się.
      – Nie, nigdzie nie pójdziesz! – oświadczyła bezkompromisowo blondynka, łapiąc go za ramiona.
      – Odejdź, mówię, nie chcę zrobić ci krzywdy! – warknął szatyn, odepchnąwszy ją na tyle mocno, że zrobiła kilka kroków w tył.
      Chyba się nieco wystraszyła, bo już nie podeszła, krzyknęła tylko ze schodów jego imię. To nic nie dało, po chwili siedział w wozie. Wyjął komórkę i chciał włączyć, ale zaraz pomyślał, że Sandra będzie dzwonić, schował więc z powrotem. Ruszył do zielonego neonu – Jessica stała za ladą.
      – Cześć. Daj mi podwójnego Walker. – Niemrawo uśmiechnął się do dziewczyny.
      Dostał drinka i usiadł przy stoliku w kącie. Kokaina powoli przestawała działać i chłopak zaczynał odczuwać irytującą pustkę. Młoda barmanka podeszła do niego.
      – Chcesz coś jeszcze? – zapytała.
      – Czy Scott dziś tu był?
      Spojrzała na niego nerwowo.
      – Był dziś? – powtórzył Trevor.
      – Nie.
      – A wczoraj?
      – Też nie?
      – To kiedy ostatnio?
      – Nie pamiętam, chyba dwa dni temu – odparła spięta małolatka.
      Zawsze krępowała się przy chłopaku, a teraz widząc, że jest jakiś dziwny, zupełnie się pogubiła, a może i wystraszyła.
      – O której kończysz? – zapytał szatyn.
      – Za kilka minut. Dlaczego pytasz?
      – Jedziesz do młodego?
      – Tak.
      – Jak chcesz, mogę cię podrzucić. Jadę w tamtą stronę.
      Jessica raczej nie pałała chęcią na przyjęcie propozycji, bo zamilkła.
      – No idź, rób, co masz robić i wracaj. Już szósta – ponaglał Trevor.
      Dziewczyna poszła, a szatyn zapalił papierosa. Za chwilę nie miał już drinka, a barmanka była z powrotem.
      – Napijesz się ze mną? – zapytał.
      – Nie mogę, powiedziałam, że przyjdę po pracy.
      – Dobra, chodź. – Chłopak wstał, i rzucił na stół dziesięć dolarów.
      Od razu wyłapał, że chyba wystraszył dziewczynę, milczał jednak. Doszli do Forda i Trevor otworzył drzwi.
      – Wskakuj.
      Szybko dojechali pod dom Emmy. Trevor wypuścił brunetkę i poprosił:
      – Przekaż Emmie, że ją przepraszam.
      – A ty nie idziesz? – spytała zdziwiona Jessica.
      – Nie. Przekaż jej to, dobrze?
      – Ok.
      Małolatka odeszła, oglądając się jeszcze po drodze. Szatyn zajrzał pod siedzenie.
      – Kurwa jego mać! – zaklął głośno; obie butelki zostały w domu.  
      Podjechał pod pierwszy lepszy sklep, kupił alkohol i od razu w wozie zaczerpnął spory łyk. Po nim napił się drugi i trzeci raz, schował butelkę i przekręcił kluczyk.


      Prysznic trwał kilka chwil, po których Trevor na powrót siedział w samochodzie. Szkicownik i ołówek leżały na siedzeniu pasażera. Zajrzał między fotele – chloroform był na miejscu. Mimo iż wiedział, że go tam schował, sprawdził jednak; ostatnio nie wierzył swojej pamięci za grosz. Poszedł do szopy, wyciągnął jakieś stare, skórzane rękawiczki, które również położył do schowka, uruchomił silnik i ruszył. Niedługo potem Ford stał już zaparkowany nieopodal zielonego neonu, po drugiej stronie ulicy.
      Siedział i popijał, gapiąc się co chwila na ten nieszczęsny lokal. Wegetował tak około pół godziny, w końcu wykończył flaszkę i od razu doprawił z drugiej. Czuł się coraz gorzej, skręcała go chęć na działkę i teraz żałował, że w ogóle zaczął. Denerwował go fakt, że nie ma więcej. Z Marlboro w ustach chwycił szkicownik. Tkwił w aucie, rysując pobliskie otoczenie, chciał czymś wypełnić ten męczący czas. Narysował całą ulicę i budynki, które miał w zasięgu wzroku, ale cały czas zerkał w stronę pubu i okolic. W końcu odłożył rysunek i znów napił się alkoholu. Minęły mu tak dwie godziny i zaczęło się ściemniać.
      Cholernie chciało mu się narkotyku, pomyślał więc, że trawa da nieco ulgi. Po chwili już palił. Z dwóch butelek whiskey zostało niecałe ćwierć. Wysiadł z auta i podszedł do szyby lokalu. Rozejrzał się po wnętrzu, ale Scotta nie było w środku. Naprzeciwko knajpy był sklep, w którym chłopak zaopatrzył się w dwie kolejne butelki i zaraz był obok auta. Nie wsiadał, tylko schował zakup pod fotel, wykończył resztki, wziął obie puste butelki i wywalił do kosza. Dopiero wtedy wsiadł za kółko.
      Ruszył agresywnie i zatrzymał się pod kamienicą Scotta. Wsadził gnata w dżinsy i z papierosem w ustach ruszył do drzwi. Sprawdził jeszcze godzinę – za kwadrans dwudziesta druga. Nacisnął guzik przy numerze „15” i czekał. Po kilku chwilach, gdy domofon milczał, nacisnął drugi raz. Odczekał kilka sekund i zadzwonił po raz kolejny; był już zniecierpliwiony. Kurwa, gdzie jest ten jebany pedał – pomyślał wściekły. Skrzywił się i w końcu wrócił do auta. Broń ukrył w schowku, obok chemii.  
      Znowu podjechał pod pub i zaparkował tam, gdzie wcześniej. Otworzył nowego Walkera i przykleił usta do butelki. Sączył trunek bardzo szybko, postanowił przepić  kokainowe braki.


      Wolnym krokiem nadeszła północ. Trevor przez cały ten czas obserwował knajpę, a w ręku miał już drugą z butelek. Chłopak dopiero teraz poczuł się pijany i zmęczony. Czekał na Scotta ponad pięć godzin, wypijając przy tym ponad trzy butelki whiskey, nie dziw więc, że był już wyczerpany. Odpalił papierosa, oparł głowę o fotel i mocno się zaciągnął. Otępił go ta używka, więc chcąc nie chcąc, w końcu  zasnął.

      
      Pukanie w szybę wyrwało go ze snu. Odwrócił w lewo zaspaną twarz i od razu się obudził. Obok, w aucie siedział policjant, który go niedawno pobił. Ten zapukał znowu i cynicznie się uśmiechnął. Trevor, nie mając wyjścia, otworzył szybę.
      – Co tu robisz, brudasie, o czwartej nad ranem? – zapytał facet.
      Chłopak momentalnie się zdenerwował, nie wiedząc, co powiedzieć. Prawa ręka ruszyła w stronę schowka
      – No gadaj, ćpunie. Chcesz znowu pojechać? – warknął typ.
      Trevor miał już gnata w dłoni.
      – Czekałem na kumpla i zasnąłem. Widocznie nie przyszedł, bo by mnie obudził – odparł przez zęby chłopak.
      – Chyba coś ci powiedziałem, masz problemy ze słuchem? Myślę, że jednak porozmawiam sobie z tą małą suką, może ona przemówi ci do rozumu – zaśmiał się wesoło gliniarz.
      Trevor ponownie zamilkł. Ręka kurczowo ściskająca pistolet robiła się coraz bardziej wilgotna i broń zaczęła się ślizgać.
      – Na pewno jest dobra w te klocki – dodał typ, widząc, że chłopak jest coraz bardziej rozgorączkowany.
      Szatyn nie reagował, nie chciał, żeby facet znowu go zwinął.
      – Za dziesięć minut będę tędy wracał i jak zobaczę twój samochód, pogadamy inaczej – ostrzegł  mężczyzna i odjechał.
      Chłopak był już cały mokry. Spojrzał na zegarek – zbliżała się czwarta rano. Nie czekał, tylko przekręcił kluczyk i wolno ruszył. Czuł się paskudnie. Pustka po prochu, do tego kac po trzech butelkach whiskey szarpały go całego. Był półprzytomny.
      Gdy dojechał pod dom, dopiero wtedy wykończył alkohol, a butelkę cisnął w krzaki. Schował zielsko do szopy, nabrał tylko odrobinę i ze skrętem w ustach ruszył do drzwi. Przekręcił klucz, wszedł do środka i zdębiał. Emma spała w najlepsze na kanapie. Od razu się spłoszył i cały zdrętwiał. Nie wiedział, czy się cofnąć, czy wejść dalej. Był jednak do cna wyczerpany, do tego na czternastą umówiony się z adwokatem, musiał się więc wyspać.
      Powoli zamknął drzwi i po cichutku podszedł do dziewczyny. Dotknął jej dłoni – była  chłodna. Emma nakryła się tylko cienkim kocem i chyba dlatego zmarzła. Wziął z sypialni kołdrę, najdelikatniej jak mógł przykrył dziewczynę po samą szyję i zniknął z salonu.
      Już w sypialni powyjmował rzeczy z kieszeni spodni, walnął się na łóżko i nakrył kocem zabranym dziewczynie. Chwilowo się uśmiechnął, gdyż pomyślał, że tak  panikowała względem jego domu, a teraz śpi sobie w najlepsze bez żadnych oporów. Radość była jednak chwilowa, zaraz znowu zmarkotniał. Leżał i myślał o sympatii, ale był tak wykończony, że usnął bardzo szybko.

      
      Zbudził się i poczuł zimno. Nie miał drugiej kołdry, więc leżał pod samym kocem. W sypialni zawsze było najchłodniej, co o godzinie szóstej rano nieźle dawało się we znaki. Skulił się w kłębek, żeby było mu cieplej, ale to nic nie dało; do tego fizyczne samopoczucie było bardzo nieciekawe. Suszyło go i czuł się, jakby miał trzy kace naraz.  
     Marzł tak kilka chwil, w końcu wstał, wkurzony, wziął trawę i wyszedł z sypialni. Szedł najciszej, jak się dało. Poprawił dziewczynie nakrycie, które tradycyjnie było już w okolicach bioder i bezszelestnie wyszedł z domu. Na zewnątrz pojawiło się już słońce i było nieco cieplej, niż w domu. Usiadł na schodkach i zrobił skręta, którego zaraz odpalił. Nie mogło być inaczej, po trawce w zębach zagościł papieros. Po paru minutach poczuł się trochę lepiej. Napiłby się swojego ulubionego Pepsi, ale nie kupił, więc pozostała mu tylko woda z kranu.
      Skręt był dość duży i działał już z całą swoją siłą, dzięki czemu Trevor odczuł ogromną ulgę. Wszedł do salonu i zawiesił wzrok na ślicznotce – była bardzo słodka, jak spała. Gdy już nacieszył oczy, wrócił do łóżka. Trawa pomogła, zasnął w okamgnieniu.

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 2973 słów i 17698 znaków.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Z Trevorem jest coraz gorzej... Czuję, że odwali niezły cyrk i zrobi niektórym ludziom piekło na ziemi. W sumie... rozumiem reakcję Tommy'ego. Można się było tego po nim spodziewać. Emma jest zagadkowa, nie wiem, co sobie tak naprawdę myśli o tym wszystkim... Ile emocji z samego rana!  <3