Ukojenie – prolog

Ukojenie – prologWersja poprawiona... mam nadzieję. Pierwsze dwie, trzy części mogą mulić, ale obiecuję, że akcja się rozkręci.

***
        
UWAGA! OPOWIADANIE ZAWIERA WULGARYZMY, BRUTALNE WĄTKI I NIECENZURALNE TREŚCI!                                

***
          
      Trevor siedział w salonie oparty o ścianę. Oczy miał zamknięte, ale nie spał, trwał w jakby półsennym letargu. Na podłodze rozpościerał się poszarzały, wydeptany już mocno dywan, a nad głową chłopaka wisiał duży plakat, przedstawiający leżący na stole zakrwawiony nóż oraz wypełnioną do połowy bursztynowym trunkiem szklankę. Niedokończony ołówkowy rysunek, który trzymał w ręku, zrobił się już wilgotny od jego dłoni.
      Mierzący sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, dwudziestosiedmioletni szczupły szatyn, siedział tak od dwóch godzin. Od czasu do czasu nerwowo ściskał ołówek, który tkwił w jego drugiej ręce. Niedopalony skręt leżał obok popielniczki, przy wypalonej w dywanie, niewielkiej dziurze.
  
      
      Stojący na małej polance w lesie dom po babci był idealnym schronieniem dla stroniącego całe życie od ludzi młodego mężczyzny. Był nieduży. Z drzwi wejściowych wchodziło się do salonu, po prawej znajdowało się wejście do sporej kuchni, na końcu pokoju zaś, także po prawej, skręcał w bok wąski korytarzyk. W nim, na lewo, znajdowała się zawsze zacieniona sypialnia, a na końcu łazienka. Na środku salonu stała wiśniowa kanapa, a przy lewej ścianie duży regał z telewizorem, natomiast na końcu pokoju, na wprost drzwi, widniało wielkie, stojące na środku ściany biurko, na którym spoczywał komputer.  
      Nieopodal domku była główna, mało uczęszczana droga, prowadząca do dwóch miast – na lewo do Forrest Town, na prawo zaś do Green Lake – rodzinnego miasta chłopaka.  
      Drewniany budynek ukrywał się jak przestępca, z asfaltowej szosy prawie nie było go widać. Lecz Trevor, wyglądając przez okno, mógł dostrzec kawałek jezdni, do której prowadziła piaszczysta, przechodząca obok jego chatki droga.    
      Do cna uzależniony od używek chłopak mieszkał sam, jednakże to zapomniane przez świat miejsce miało swoje dobre strony. Za domem, wśród gęstej roślinności, rosło kilka krzaków marihuany, z których młody mężczyzna codziennie czerpał. Gąszcz za chatką nie był obszerny, lecz wystarczająco obfity, by ukryć niedozwolone sadzonki.  
      Szatyn do miasta po narkotyki jeździć nie lubił, bał się ludzi i starał się ich unikać, lecz gdy po długich latach zażywania nie mógł się już bez nich obejść i wariował, nie mając się czym odurzyć, posadził konopie w pobliżu, aby zawsze mieć do nich dostęp.
        
        
      Trevor wyprowadził się od rodziców około sześciu lat temu. Mieszkając samotnie, codziennie umilał sobie życie skrętem i różnego rodzaju alkoholem, od co najmniej trzech lub czterech lat ani razu nie był całkowicie trzeźwy. Zarabiał na ilustrowaniu książek, napisał także trzy niewielkie opowiadania o dość mrocznej fabule. Od nastolatka chłopak zakochany był w tego rodzaju tematyce, a najbardziej w tej dotyczącej psychopatów i seryjnych morderców. Obejrzał o nich chyba wszystkie dostępne filmy i przeczytał masę książek. Lekarz chłopaka ze względu na jego chorobę (miał stwierdzony lekki stopień schizofrenii i depresję) był dość mocno zaniepokojony rosnącą z każdym miesiącem w siłę pasją Trevora. Poinformowała go o niej matka chłopaka. Kobieta znalazła u syna kilkanaście odpychających filmów oraz dziwne, przerażające rysunki, które ten schował w szafie.
      Jego hobby powoli zmieniło się w obsesję. Niekiedy pojawiała się całkiem nieuzasadniona agresja, to znowu apatia. Skoki nastroju zebrały na sile, więc gdy mieszkał jeszcze w rodzinnym domu, brał tabletki, które łagodziły te napady, ale gdy się wyprowadził, uznał, że nie są mu już potrzebne. Zaledwie po kilku miesiącach mieszkania na odludziu i niezażywania leków jego obłędne hobby dało o sobie znać. W ciągu następnych czterech lat porwał i zamordował trzy osoby, co przeszło bez echa. Nie zadawano pytań, nie było podejrzeń, nie znaleziono ciał – czuł się bezkarny. Lecz największym dowodem jego obłąkania było naśladowanie swoich ulubionych bohaterów. Za każdym razem znęcał się nad ofiarami, zanim je wykończył. Po wyładowaniu energii przez dokonanie każdego z mordów emocje jakby z niego uchodziły, nawet na kilka miesięcy.
                                                                      
                                                                      
      Otworzył oczy – dochodził wieczór. Spojrzał na zniszczony dywan.  
      – Kurwa! – zaklął przez zęby, wymiętolony rysunek odłożył na bok i wziął się za sprzątanie chlewu, który zrobił. Niedopałek blanta natychmiast odpalił – nigdy nie marnował narkotyku. Po skończeniu trawy złapała go chęć na papierosa. Wstał i leniwie poczłapał stronę stolika, gdzie leżała otwarta paczka. Zajrzał do środka – ostatni. Natychmiast się zirytował, wsadził odpaloną używkę w zęby, wsiadł do srebrnego Taurusa z 1986 roku i odjechał w stronę oddalonego o kilkanaście kilometrów miasteczka.  
      

    Szedł wolno pochłoniętymi w mroku alejkami, wypatrując sklepu. Kroczył tak, myśląc o wszystkim i o niczym, gdy w pewnym momencie coś przykuło jego uwagę. Po drugiej stronie ulicy zobaczył jakąś dziewczynę. Jej twarz od razu wydała mu się znajoma i natychmiast wzbudziła jego ciekawość. W okamgnieniu się ożywił i ruszył za nią. Szedł równolegle do młodej kobiety już dłuższy czas, próbując dokładniej ją dostrzec, lecz nadal jej nie poznawał – było zbyt ciemno. Poza tym widział ją z boku, przez co nie mógł dokładnie się przyjrzeć, był jednak pewien że zna widoczne w słabym świetle latarni kontury jej twarzy. Lecz jedno mógł stwierdzić na pewno – dziewczyna była piękna.
      Przyglądał się hipnotycznie ślicznotce, w końcu ta skręciła za obdrapany budynek i zniknęła w drzwiach dużej kamienicy. Stał tam jeszcze dłuższy czas w nadziei, że może wyjdzie, lecz w końcu się znudził i odpuścił.
      Po niezbyt długich poszukiwaniach znalazł mały, nocny sklepik. Kupił dwie paczki papierosów i trzydzieści minut później był już w domu. Nalał sobie sporego drinka, wyjął zielsko schowane pod pryczą i zrobił skręta. Był dość spory, ale Trevor miał ochotę bardziej niż zwykle się dziś nawalić. Poza tym nie miał nic lepszego do roboty.
      


      Leżał w łóżku, palił i rozmyślał o dziewczynie z miasta. Miał pewne podejrzenia co do tego, kim jest, lecz nie brał tego do siebie. W w mieście panował mrok, widział ją niewyraźnie, z daleka, mógł się więc pomylić. Lecz myślał dalej, coraz intensywniej; młoda kobieta bardzo go zaintrygowała i szczerze mówiąc... trochę namieszała mu w głowie. Długo nie mógł usnąć. Tak go to męczyło, że około trzeciej nad ranem zerwał się z kanapy i sięgnął po szkolny album. Nie szukał długo. Już na szóstej stronie pojawiła się Emma, o dwa lata starsza od niego uczennica, do której zawsze miał słabość. Od razu przypomniał sobie jej lekko przyozdobione jasnymi pasemkami ciemne blond włosy i ładną twarz. Nigdy nie odważył się do niej podejść, zwłaszcza, że od zawsze był nieśmiałym, a wręcz strachliwym samotnikiem, którego jedynymi kumplami od lat były tylko ołówek i szkicownik.
      Uczniowie szkoły nigdy nie rozmawiali z Trevorem, wręcz przeciwnie – podśmiewali się z niego. Ale nie Emma. Dziewczyna, mijając go czasem na szkolnym korytarzu, zawsze się uśmiechała, ciepło i przyjaźnie, i ten uśmiech właśnie robił na chłopaku tak wielkie wrażenie. Był piękny i szczery.        
      Niespełniona szkolna miłość na amen zawładnęła myślami młodego mężczyzny. A najbardziej dumał nad jednym: co ona tu robi?

***

No! W końcu po zabiegu "kopiuj  – wklej" zachowane są wcięcia akapitowe. Tak, jak było wcześniej. Wielkie dzięki, choć... długo to trwało.  

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 1388 słów i 7971 znaków, zaktualizowała 27 mar o 10:44.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Bardzo ładnie napisane. Ciekawie się zaczyna, wcale nie jest nudne!    Coś czuję, że będzie się działo       Zostawiam łapę i lecę dalej    

  • agnes1709

    @Duygu  Oj, będzie. Dzięki, kochani