Ukojenie cz. 1

Ukojenie cz. 1Trevor nie spał już tej nocy. Po opróżnieniu zawartości butelki whiskey i wypaleniu dwóch skrętów, wyszedł z domu i udał się do pobliskiego lasu. Łaził bez celu, bijąc się z myślami. Nie odczuł nawet, kiedy minęło kilka godzin.          
      Nie mógł pojąć, dlaczego nie skrzywdził tej dziewczyny, przecież miał świetną okazję. Ciemno i cicho, klimat odpowiedni, taki, w którym najczęściej dopadały go obłąkane myśli. Nie wiedział, czemu wraz z pojawieniem się młodej kobiety, uszły z niego chore zapędy, kompletnie tego nie rozumiał. Przecież fajki to podświadomie nie był jedyny powód jego wyjazdu do miasta, już coś zaczęło go nachodzić.
      Zmęczony spacerem i fanatycznym rozmyślaniem, około południa wrócił do domu. Zasnął w okamgnieniu.
      
      
      Obudził się i spojrzał na zegarek – kilka minut po dwudziestej trzeciej. Skręcił dwa jointy, włożył do kieszeni, wziął ze stolika nową flaszkę i wyszedł z domu. Chcąc, nie chcąc, znów znalazł się przy znanej mu już kamienicy. Odpalił używkę, pociągnął z butelki i czekał... czekał, mimo iż wiedział, że nie pisane mu będzie ponownie spotkać nurtującą go dziewczynę.  
      Gdy butelka się skończyła, była równiutko druga w nocy. Zrobiło się cicho i pusto, ulica umarła. Ciężko podniósł się z miejsca i skierował w kierunku pobliskich klubów. Szedł anemicznie, nie przestając myśleć o pięknej blondynce. Uczucie powróciło. Przeszedł w zadumie już prawie połowę miasta, gdy nagle dostrzegł ubranego w mdło szary garnitur faceta. Mężczyzna stał przy taksówce i darł mordę na kierowcę. Jakiś pedał – pomyślał chłopak, idąc powoli w jego kierunku. Auto odjechało, a koleś stanął na środku chodnika i odpalił papierosa. Dopiero po chwili zauważył kroczącego jak po narkozie Trevora. Gdy ten się do niego zbliżył, typ cicho lecz złośliwie się zaśmiał, co z jego strony miało być chyba oceną osoby chłopaka. Kurwa! Taki śmieszny jestem?! – zinterpretował w okamgnieniu Trevor i coś szarpnęło nim od środka. Natychmiast się odwrócił, szybkim krokiem podszedł do mężczyzny i z pełną siłą uderzył go z pięści w twarz. Gdy ten upadł, zaczął go kopać. Zadała kilka, jak nie kilkanaście ciosów, po czym chwycił leżącą nieopodal, połamaną deskę i zaczął tłuc nią faceta. Ten krzyczał coś do oprawcy, z czego Trevor wyłapał tylko: Przestań!, lecz tej chwili nie docierało do niego nic – trwał w jakimś chorym amoku.
      Lał kolesia do czasu, aż się w końcu zmęczył. Zaprzestał katowania, spojrzał w oczy nieprzytomnemu już prawie mężczyźnie i jednym ciosem w głowę dokończył dzieła. Zdenerwowany, pośpiesznie zaciągnął zwłoki w najbliższy ciemny kąt i szybko oddalił się z miejsca zbrodni. Gdy był już wystarczająco daleko, oparł się o najbliższe drzewo, starając się uspokoić zmęczony oddech i drżące ciało. Zamyślił się głęboko, jakby żałował tego, co przed chwilą zrobił. Zawsze po dokonaniu każdej zbrodni miał dziwne wyrzuty sumienia.
      Szedł już wolno w stronę auta, gdy znowu poczuł chęć na alkohol. Sięgnął do kieszeni – jest zwitek banknotów. Ruszył żwawo i po kilku minutach zatrzymał się przed witryną sklepową. Podumał chwilę, w końcu niepewnie wszedł do środka. Poprosił o butelkę, zapłacił i nie odbierając reszty, szybko opuścił sklep. Sprzedawca długo podążał wzrokiem za wyglądającym trochę jak bezdomny, gościem. Źle ze mną... coraz gorzej – pomyślał Trevor, siedząc już w ciemnym zakamarku i sącząc z zamiłowaniem Johnniego Walkera. Nie chcę już tego robić... nie chcę!  
      Siedział w zadumie, raz po raz popijając. Alkohol przyjemnie uderzał do głowy...              
                                                                          

      – Co pan tu robi? – Ktoś szarpnął Trevora za rękę.  
     Otworzył oczy – obraz mu się rozmazywał.
      – Pytam, co pan tu robi? Czemu pan tu śpi? To nie miejsce na drzemkę! – warknął gruby, wąsaty gliniarz, wisząc nad głową chłopaka.
      – Która godzina? – zapytał Trevor; obraz w zaspanych oczach już się wyostrzył.
      – Dochodzi szósta rano.
      – Przepraszam. Spacerowałem i chciałem w spokoju pomyśleć i napić się whiskey. Widocznie przysnąłem, już się zabieram.
      – Co pan ma na ubraniu? Czy to krew?
      Trevor, mocno już wystraszony, w wyniszczonych szarych komórkach szukał odpowiedzi, rozglądając się jednocześnie dookoła.
      – Proszę odpowiedzieć!
      – Tak, to krew. Potrąciłem psa, zostawiłem go w lesie.
      – Ma pan jakieś dokumenty? – Policjant nie odpuszczał.
      Kompletnie spanikowany już chłopak zaczął obmacywać się po kieszeniach.
      – Chwila... musiały gdzieś mi tu wypaść, albo mam je w aucie.
      – Prowadzi pan po alkoholu? – katował go dalej mężczyzna, spojrzawszy na leżącą obok, pustą butelkę, którą Trevor dawno już namierzył.
      – Nie, zamierzałem wracać taksówką.
      – To ma pan te dokumenty czy nie?! – zapytał głośniej gliniarz, mocno już podejrzliwy w stosunku do chłopaka.
      – Widocznie mam je w samochodzie – bąknął spłoszony szatyn, wskazując ręką stojącego nieopodal Forda.
      Policjant odwrócił się w stronę auta. Trevor tylko na to czekał. Bez chwili zastanowienia chwycił butelkę i z całym impetem roztrzaskał ją na głowie faceta. Koleś upadł i lekko oszołomiony próbował sięgnąć po broń, lecz napastnik był szybszy. Wyrwał mu rewolwer i wycelował do mężczyzny. Ręka mocno mu drżała. Leżący na ziemi facet zdążył tylko wybełkotać: Nie rób tego, zabijesz policjanta? – ale otępiały jeszcze alkoholem, a teraz i strachem furiat nie zwracał na niego uwagi. Spojrzał z wściekłością na pistolet, po czym przykucnął, chwycił głowę ogłuszonego mężczyzny i szybkim ruchem skręcił mu kark.
      Oszołomiony całą zaistniałą sytuacją, zszokowany, ciężko przysiadł na kolanach, poza tym strasznie się zmęczył tym wszystkim. Obejrzał się – samochód stał kilkadziesiąt metrów dalej, w tej chwili o kilkadziesiąt metrów za daleko. – Kurwa – wymamrotał pod nosem, schował broń w spodnie i biegiem ruszył w stronę pojazdu. Wrzucił gnata pod siedzenie pasażera, odpalił silnik i podjechał do feralnego miejsca. Śpieszył się bardzo – zaczęło już świtać. Zapakował ciało do bagażnika, rozejrzał się jeszcze, czy go ktoś nie widział i szybko odjechał.  
      Jechał bardzo nerwowo, rozglądając się bacznie, czy nie nadjeżdża jakiś radiowóz. Kwadrans zajęło mu dotarcie do lasu, gdzie wjechał daleko w jego głąb, i tam dopiero wywlekł trupa z samochodu i zagrzebał w stertę liści. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach był już w domu i jeszcze nie otrząsnąwszy się z tego zdarzenia, od razu sięgnął po butelkę. Pił, palił i i mamrotał do siebie: Musiałem, nie pójdę do pierdla. Debilu, dwa zabójstwa na raz? Naprawdę coraz gorzej z tobą…
      Nie ćpał nic, wypił jedynie ćwierć flaszki, zapakował łopatę do auta i wrócił do lasu. Długo kręcił się miedzy drzewami, za cholerę nie mogąc znaleźć miejsca, gdzie schował ciało. Łaził tak w kółko już dobrą godzinę i powoli zaczęła ogarniać go na przemian to złość, to panika. W końcu usiadł. Przypalił Marlboro i mocno się zaciągnął. Spokojnie. Myśl, kurwa, to na pewno było gdzieś tu – główkował, paląc papierosa coraz szybciej. I nagle go olśniło!
      Kopał dół, klnąc pod nosem, był wściekły, że musi się tak męczyć. W końcu po półtorej godzinie machania łopatą, gdy dziura była już wystarczająco głęboka, wrzucił zwłoki i zakopał. Uśmiechnął się dziwnie.  


      Wsiadł do auta i wyjął rewolwer. Oglądał go z wielkim zainteresowaniem, w końcu pierwszy raz miał w dłoni broń. Długo mu się przyglądał, wertując, do czego może mu się on przydać, po kilku minutach się jednak znudził i ruszył w drogę powrotną. Zaparkował bliżej niż zwykle i udał się na tyły po trawę, lecz gdy tylko wyszedł zza budynku, stanął jak wryty. Sterczał z otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Wszystkie zarośla – włącznie z posadzonymi krzakami... spłonęły, zostało tylko pogorzelisko.  
      – Kurwa jebana mać! – wydarł się.  
      Wiedział, że to musiało stać się wczoraj wcześniej, kiedy był tak nawalony, że się przewracał, wracając z lasu po przesadnej konsumpcji alkoholu. Tak, to na pewno wczoraj – stwierdził; przecież dwa dni temu brał stamtąd zielsko i wszystko było w porządku. Narąbał się w trupa i pewnie spał jak kamień, nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje za domem.
      Podszedł wolnym krokiem, nadal nie wierząc, że to się dzieje. Rozejrzał się – na ziemi leżał do połowy spalony, papierosowy filtr. Ostatnio było bezdeszczowo i dość sucho, więc rzucony bezmyślnie niedopałek wystarczył do zaprószenia ognia. To już kompletnie wyprowadziło go z równowagi. Odwrócił się na pięcie, wpadł do domu jak szalony i po kolei zaczął wywalać wszystkie szuflady. Musi być chociaż gram, choć odrobina, przynajmniej na parę chmur – pałał nadzieją, ale nie znalazł nic.
      – KURWAAA, ZWARIUJĘ W TYM DOM, CZEMU TU NIE MA NA JEDNEGO, JEBANEGO SKRĘTA?! – ryknął furiacko, łażąc w kółko, po czym wpadł z powrotem na zwęglone pole i na kolanach wszczął poszukiwania chociaż kawałka ocalałej roślinki.
      – CHOLEEERA JAAAASNA, CO TU SIĘ DZIEJE?! – wrzeszczał na całe gardło.
      I nagle sobie uświadomił – szopa! Wbiegł tam jak oparzony i otworzył bagażnik starego rzęcha, zaparkowanego z gracją na środku. Niewiele tego, ale zawsze. – Pomyślał, ściskając w ręce mały zwitek wielkości piłeczki golfowej. Usiadł na kanapie, skręcił, odpalił.  
      I co teraz? Zabiłem pierdolonego glinę, będzie szum. – Wkurwiał się. Muszę się napić, odpocząć, a potem pojadę do miasta i zobaczę, co się dzieje – zadecydował, po czym legł na kanapie i zamknął oczy. Blant dopalał się w dłoni...        
      Śniło mu się, że nad jego łóżkiem z dość dziwną miną stoi Emma i trzyma na rękach psa, którego miał w dzieciństwie i który już dawno zdechł. Był chudy jak szkapa i cały wyliniały. Głowa zwisała mu bezwładnie na jej prawym przedramieniu, dziwnie wykręcona.
      – Nie martw się, nic mu nie jest – powiedziała dziewczyna, głaszcząc zwierzaka po karku. Pies otworzył oczy i Trevorowi ukazały się jego puste oczodoły...
      Zerwał się do pozycji siedzącej, cały mokry. Oczy mocno załzawiły. Chwilę minęło, póki doszło do niego, że już nie śpi. Spojrzał na zegarek – kilka minut po dwunastej.  
      – Kurwa, co za flejtuch – burknął, podniósł niepalonego skręta z dywanu i szybko wsadził w usta. W miejscu „zbrodni” został jedynie brzydki, czarny kleks. Spojrzał na stolik – prócz pustej brązowej butelki nie ujrzał tam nic ciekawego. Co jest? – Pomyślał zaskoczony. Nie miał pojęcia, skąd się ona tam wzięła, nie przypominał sobie, żeby pił piwo. Nie zdziwił się jednak, już od dawna od nadużywania wszelkiego rodzaju środków odurzających, jego pamięć nie funkcjonowała jak należy.  
      Nie chciało mu się ruszać z łóżka. Sięgnął do kieszeni i wyjął zawiniętą w kartkę papieru trawkę. Trochę mało – pomyślał i dopiero teraz ruszył się niezgrabnie. Kości miał gumowe i obolałe. Wstał.
      Z piwem w dłoni zasiadł przy komputerze i zaczął robić skręta. Ręce uporczywie odmawiały mu posłuszeństwa. Były jak z drewna, do tego cholernie bolały – zapewne pamiątka po porannym kopaniu. Namęczył się niemiłosiernie, w końcu po dziesiątkach przekleństw udało mu się skręcić. Zapalniczka... i już kłęby przyjemnego dymu otoczyły go całego. Otworzył przeglądarkę.
      
      NAD RANEM ZNALEZIONO CIAŁO MŁODEGO BIZNESMENA. PO STANIE, W JAKIM ZNAJDOWAŁY SIĘ ZWŁOKI, POLICJA USTALIŁA, ŻE MAMY DO CZYNIENIA Z WYJĄTKOWO BRUTALNYM SPRAWCĄ. NA RAZIE NIE UJAWNIA SZCZEGÓŁÓW. TRWAJĄ POSZUKIWANIA PODEJRZANEGO. WŁADZE APELUJĄ O OSTROŻNOŚĆ.

      Skrzywiła mu się twarz, choć nie bardzo się tym przejął. Nie znają sprawcy, nie mają żadnych poszlak, świadków... To był jakiś gnój, należało się bydlakowi... – Tłumaczył się głupio. Zamknął przeglądarkę i uruchomił Worda, w którym napisane było tylko kilka stron. Opisał zbrodnię na stróżu prawa, przekręcając całkowicie okoliczności i fakty, i zmieniając również postać nieszczęśnika, jakby to miało złagodzić jego poczucie winy.        Tak go wchłonęła mordercza fabuła, że zapomniał o zielsku i oparzył sobie palec.  
      – Kurwa mać! – ryknął i machając wściekle prawą dłonią, lewą zgasił niedopałek.
      Ta książka jest bez wyrazu, czegoś w niej brakuje. – Mamrotał w myślach, zamykając notebooka i nagle przypomniał sobie ślicznotkę spod kamienicy. Chciałby znów ją zobaczyć, może porozmawiać? Ale nie chciał jej zabić, nie ją. A jak to będzie silniejsze od mnie? – Ogarnął go lęk, Trevor już dawno nie ufał samemu sobie. Pytania kotłowały się w głowie z siłą wodospadu. I nagle coś go tknęło! Chwycił kluczyki, szybko wsiadł do wozu i mocno wcisnął pedał gazu. Gdy dojechał do miasta, od razu zauważył sporo ludzi w miejscu, gdzie zatłukł eleganta. Skręcił w prawo i zatrzymał samochód pod menelsko wyglądającą knajpą. Wszedł do środka i zaczął się rozglądać. Jest, jak zawsze! Ubrany w wyciągniętą, czarną bluzę, koleś z długimi włosami, siedział przy stoliku w kącie i popijał drinka. Twarz Trevora momentalnie rozpromieniała.

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 2326 słów i 13687 znaków, zaktualizowała 1 lip 2020.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Jeśli to jest dopiero początek zbrodni, to zaczynam się bać! Co będzie z głównym bohaterem? Jak będzie sobie radził w trudnej sytuacji? Co będzie robił dalej? Czy się poprawi? Przecież to niełatwe zadanie... Ciekawe, czy policja będzie go ścigać... A jeśli tak, to czy go złapią? Baaardzo ciekawe. Wielka łapa, mistrzu!  :zakochany:   :cheers:

  • agnes1709

    @Duygu Bohater? Hmmm. To czub, tacy zawsze dają radę:lol2: Dziękuję :przytul:

  • agnes1709

    @Duygu p.s. Widzisz? To się nazywa wena, jeden dzień, a napisałam już prawie 50 stron! Eee?:tadam::lol2:

  • Duygu

    @agnes1709 Dajesz czadu!  :D  Rządzisz  :D

  • agnes1709

    @Duygu A jak <dumna> :D

  • agnes1709

    @Duygu Ja tak teraz pacze i widzę, że dużo tych pytań, więc zapewniam, że do wszystkich otrzymasz odpowiedzi, słoneczko  :ciuch: Wybacz, mam dziś fiku-Miku  :lol2::swoon:

  • Duygu

    @agnes1709 O, to bardzo się cieszę w takim razie!  :D