Ukojenie cz. 50

Ukojenie cz. 50Do chatki w lesie dojechał bardzo szybko. Wywlekł Scotta z wozu i za fraki zaciągnął do domu, klnąc przy tym jak szewc. Facet był bardzo dobrze zbudowany i dość ciężki, Trevor nieźle się namęczył, póki wtargał go do wnętrza.  
W korytarzyku, naprzeciw sypialni, znajdowało się wejście do piwnicy i to tam szatyn zaciągnął Scotta, schodząc schodkami w dół.
      W środku, przy każdym z czterech kątów stały grube, drewniane pale, umieszczone w celu wzmocnienia stropu, piąty zaś znajdował się na środku piwnicy. Trevor skierował się do starego kredensu i już po chwili miał w ręku kajdanki, pozostałość po dziadku, będącym dawniej policjantem. Posadził Scotta na środku, oparł plecami o słup, założył mu ręce do tyłu i skuł. Następnie wyjął trzy szerokie deski, którymi zaraz pozakrywał taką samą ilość okienek znajdujących się w piwnicy i zapadł półmrok. Nalał whiskey do szklanki i usiadł vis–a–vis kolesia, który spał sobie w najlepsze. Chłopak przyglądał się mu z uśmiechem i myślał: Już nie jesteś taki mocny, co? Spojrzał na zegarek – minęło wpół do pierwszej. Wiedział, że Scott niedługo się ocknie, więc gdy skończył drinka, poczęstował go jeszcze chloroformem, zakneblował jakąś starą, obrzydliwie brudną szmatą i wyszedł z piwnicy. Zamknął drzwi na klucz, sprawdził uważnie, szarpiąc mocno za klamkę, włożył Marlboro w zęby i wyszedł z domu. Po kolejnych kilkunastu minutach był już na klatce w budynku ukochanej. Włożył klucz, przekręcił cicho i wszedł do domu. Stanąwszy w korytarzu zobaczył Tommy'ego, który od razu skierował na niego wzrok. Trevor natychmiast obrócił się na pięcie i wyszedł z mieszkania, ale młodzik wyskoczył za nim.
      – Trevor, czekaj! – krzyknął i w mig doskoczył do przyjaciela, zatrzymując go w połowie schodów. – Sorry za tą akcję, nie wiem, co mi odjebało – rzucił zmieszany.  
      – W porządku, postąpiłbym tak samo – odparł szatyn, cały czas stawiając kroki w dół.
      – Chodź do domu – poprosił Tommy, idąc przed nim.
      Trevor się zatrzymał.
      – No chodź, wiem, że zachowałem się jak dupek. Nazwałem cię hipokrytą, a sam odstawiłem szopę, jak byłem nawalony – ciągnął małolat.
      – Nie musisz mi się tłumaczyć, jestem gnojem, jakich mało – stwierdził Trevor.
      – Chodź, dama się martwiła, jak uciekłeś.
      Chłopak w końcu zawrócił i udał się z przyjacielem do mieszkania. Od razu dostał piwo i skręcił używkę. Gdy spalili, Trevor dał młodemu małą karteczkę.
      – Tu jest numer do mojego kumpla, możesz kupować od niego zielsko. Ma najlepsze, zresztą sam wiesz... – roześmiał się. – Ma na imię Mike. Tylko dzwoń do osiemnastej i od razu powiedz, że jesteś ode mnie, bo odłoży słuchawkę – dodał.  
      – W porządku, dzięki. – Tommy wziął świstek i schował do leżącego na regale portfela.
      – Nie wychodź za często z domu i miej oko na Emmę. Wczoraj spotkałem gnoja, który mnie skopał i on nadal jej grozi. Lepiej, żebyś przez parę dni częściej przebywał w domu, do czasu, aż go dorwę i się nim zajmę – powiedział Trevor bez jakichkolwiek ogródek.
      – Stary, nie dasz mu rady, to potężny chłop. Poza tym pies – odparł Tommy, zaniepokojony słowami szatyna.
      – Spokojnie, już moja w tym głowa, jak to załatwić. Nie pozwolę żadnemu frajerowi odgrażać się tej dziewczynie – syknął Trevor, po czym wziął swoją torebkę z marihuaną i połowę wysypał na stolik. – Chowaj to gdzieś.
      Tommy zawinął zielsko w pierwszą lepszą kartkę, podziękował i dał chłopakowi następne piwo.
      – Gdzie jest mój obrazek? – zapytał Trevor.
      – O kurwa, zapomniałem o nim! – zapiał młody, nie patrząc na to, że jest środek nocy, sięgnął do górnej półki i wyjął dużą, grubą książkę. – Włożyłem go tam, żeby się nie pogniótł i kompletnie wyleciało mi z głowy, żeby pokazać go damie – tłumaczył chłopak, wyciągając szkic.
      – Ciekawe, czy było jej tu ciasno? – spytał Trevor, wskazując na księgę i zaraz obaj zarechotali.
      Ziółko już fajnie działało, a krępująca atmosfera po wyskoku Tommy’ego  całkowicie zniknęła.
      – Jak chcesz iść spać, to śmiało, ale może masz chęć ze mną popalić? Dawno nie zarwałem nocy – poinformował starszy chłopak.
      – No jasne, posiedzimy, tylko jest jeden problem... – uśmiechnął się Tommy – nie mamy już piwa – zarechotał jak dureń.
      – Mam cztery w wozie – rzekł Trevor.
      – Na całą noc? Jedźmy do sklepu.
      – Dobra, ale napisz kartkę, zaraz będzie się zamartwiać.



      – A może wódkę? – wyskoczył Trevor, parkując pod sklepem.
      – Nie przepadam, ale dobra, raz się żyje – rozradował się naćpany młodzik.
      Wzięli, co trzeba i zawiśli przed ladą. Urzędował przy niej jakiś grubas; stał i patrzył na chłopaków z bardzo oryginalną miną. Ci widząc jego kwaśno-zniesmaczony wyraz twarzy, jeszcze głośniej się rozradowali.      
      – Proszę jeszcze dwie paczki czerwonych Marlboro i dwie niebieskich L&M-ów – wydusił Trevor.
      – Zapłacę – zaproponował Tommy.
      – Jaja sobie robisz? Pokaż, ile masz kasy.
      Młodzik wyjął wymiętolone banknoty, w sumie około sześćdziesięciu dolarów. Trevor wyjął swoje – było tam z dziesięć razy więcej.
      – I co? Odpadasz! – rozradował się z udawaną dumą.  
      – Co z tego, że mam mniej? To nie znaczy, że nie mogę zapłacić – walczył Tommy.
      – Coś jeszcze?! – zapytał głośno sprzedawca, wkurzony już ich głupią dyskusją przy kasie.
      – Nie, to wszystko – zaśmiał się Trevor, facet był przezabawny. Szybko wzięli torbę i głośno się zachowując, opuścili sklep.
      – No nie mogę, co za smutny typ – wyjechał wesoło Tommy – Widziałeś, jak się nastroszył? Może wybiera się na walki kogutów? – dodał.
      Ryk, jaki wydał z siebie w tej chwili Trevor, był nie do opisania. Musiał zatrzymać się na chwilę, bo przez tą szajbę nie dał rady prowadzić.
      – Kurwa, daj dojechać do domu – wymamlał.
      Wyli dłuższą chwilę, w końcu szatyn ruszył i jakoś udało mu się szczęśliwie dojechać do kamienicy. Szli na górę, chichocząc. Starali powstrzymywać się od takiego zachowania, ale na próżno, do tego niewielkie echo na całą klatkę zdradzało ich obecne samopoczucie. Trevor cicho przekręcił klucz.
      – Zanieś zakupy, zobaczę, co u kociaka. Pewnie znowu zgubiła kołdrę i marznie.
      Ponownie parsknęli tłumionym śmiechem i chłopak udał się do sypialni. Przewidywania okazały się słuszne – Emma do połowy była rozkryta. Nakrył ją, ucałował w czoło i wyszedł, zamykając bezszmerowo drzwi. Za chwilę był w salonie, gdzie stały już dwa kieliszki, dwie szklanki i micha chipsów.
      Gdy opróżnili po kolejce i zapchali ustami chrupkami, Trevor wyskoczył:
      – Włącz telewizor, tylko ścisz. Lubię, jak coś brzęczy. – Przymknął drzwi salonu.
      Usiedli obok siebie. Leciał jakiś nieciekawy film.
      – Kurwa, wiecznie jakieś dno. Co by było, gdyby nie istniało DVD? – zapytał Trevor.
      – Nie wiem. Chodzilibyśmy wcześniej spać, jak przystoi grzecznym chłopcom – zarechotał Tommy i znów napełnił szkła.
      – Masz jakiś film?  
      – Nie mam, ale mam coś lepszego – rzekł tajemniczo młodzik.
      Wypili i gospodarz wyjął jakąś starą, nieco zniszczoną książkę dla dzieci.
      – Emma mi ją czytała, jak byłem mały. Zabrałem z domu, wiedziałem, że się przyda. Są w niej strasznie pojebane obrazki – oświadczył, dusząc się ze śmiechu.
      Otworzył lekturę i już przy drugiej stronie Trevor głośno zawył.
      – O ja pierdolę, też sobie taki kupię!
      Rysunek przedstawiał stracha na wróble w ogromnym, słomianym kapeluszu. Patrzyli na kartkę, wrzeszcząc jak debile. Śmiech jeszcze bardziej się nasilił, gdy Tommy pokazał dla kumpla piątą stronę. Widniał na niej zabawny człowieczek, który niósł wodę w wiadrze, ale ciecz uciekała z niego ciurkiem przez dziurkę w pojemniku. Koleś szedł i nie miał o niczym pojęcia.
      – Patrz, to pewnie Scott! Tylko on potrafi być tak tępy! – wykrzyczał Trevor z niemal diabelskim wydźwiękiem.
      – Dawaj, zajaramy! – rzucił młodszy chłopak i po chwili stali w kuchni z lufą.
      Po tej porcji odbiło im całkowicie. Byli już tak naćpani, że toczyli ze sobą coraz bardziej bezsensowną dyskusję. Odpalili papierosy, Tommy uchylił okno w pokoju i wrócili do interesującej lektury.
      Następny obrazek – dziewczynka zbierająca kwiatki na łące. Miała na głowie śmiesznie zawiązaną, żółtą chustkę i wyglądała trochę jak stara babcia.
      – Emma! – wyjechał Trevor.
      Czwarty szkic przedstawiał tą samą dziewczynkę, która dawała zerwane kwiatki dla jakiegoś chłopczyka, stojącego przed nią. Na jego ramionach wisiał plecak, a w ręku tkwił niewielki badyl.
      – O! A tu Emma cię podrywa – stwierdził Tommy.
      – Narwała marychy na łące i ruszyła na podryw – sprostował Trevor i znowu donośnie zawyli, kładąc się na kanapie.
      – Moglibyście zachowywać się trochę ciszej? – warknęła nagle zaspana dziewczyna, która pojawiła się w drzwiach salonu.
      Była kompletnie zaskoczona widokiem wódki na stole i obu panów, którzy bawili się, jakby nic się nie stało. Dochodziła druga piętnaście. Chłopcy spojrzeli na nią i znowu się rozradowali. Emma tylko westchnęła, wzięła szklankę i zapełniła sokiem.
      – Ej. Sok należy się tylko do kieliszka – rzucił wesoło Tommy.
      Nie skomentowała
      – Może wypijesz jednego? – zapytał Trevor, biorąc dziewczynę za rękę.
      – O drugiej w nocy? – Oburzyła się.
      – A jaka to różnica? Żadna, tylko że na zewnątrz jest ciemno – oświadczył szatyn, kolejny raz nie mogąc powstrzymać się od wybuchu śmiechu.
      – Długo zamierzacie tu wrzeszczeć? – zapytała blondynka, patrzą z politowaniem na brata.
      – Nie wiem, aż się zmęczymy. Czytamy tu bardzo poważną i pouczającą lekturę, nie możemy przerwać w środku. Tak nie wypada – odparł Tommy z przekomicznym przejęciem.
      Emma spojrzała na książkę i szeroko się uśmiechnęła. Trevor już prawie płakał z radości, brzuch go bolał. Sam wstał i nalał wódki do kieliszków, które bezzwłocznie opróżnili.
      – Mały, dlaczego tu palicie? Prosiłam, żeby robić to w kuchni – bąknęła niezadowolona Emma.
      – Sorry, jakoś tak wyszło.
      Trevor nabrał odwagi po używkach i przytulił dziewczynę.
      – Już nie będziemy. Do rana się wywietrzy – powiedział z uśmiechem.
      – Idę spać, nie krzyczcie tak. – Dziewczyna ucałowała Trevora i zniknęła za drzwiami.
      – Co jej jest? Nie krzyczy, nie fuczy, że bal o drugiej w nocy? – zapytał zdziwiony Tommy.
      – Nie mam pojęcia.
      Siedzieli tak do piątej rano, narkotyzując się i upijając, lecz gdy w końcu poczuli się bardzo zmęczeni i odurzeni, rozeszli się spać. Trevor rozebrał się do bokserek i położył obok ukochanej. Nie patyczkował się, od razu schował ją w objęciu. Był tak naćpany, że usnął natychmiast.

      
      Obudził się około dziesiątej. Czuł lekkiego kaca, choć nie było najgorzej, suszyło go tylko trochę. Emmy nie było, ruszył więc do kuchni i bez słowa ucałował dziewczynę w szyję, po czym nalał kubek kawy.
      – Miałeś nie pić kawy. – Usłyszał.
      – Dzisiaj muszę, mało spałem.
      – Ile chcesz kanapek?
      – Ze trzy – odparł.  
      Był głodny, więc śniadanie zjadł w okamgnieniu. Od samego przebudzenia nerwowo spoglądał na zegarek, nie wiedząc, co się dzieje w domu. Podziękował za posiłek i teraz już na spokojnie odpalił papierosa.
      – Idę do pracy. Będziesz, jak wrócę? – zapytała dziewczyna.
      – Nie wiem, ale się postaram.
      – Podwieziesz mnie?
      – Co to za pytanie?  
      Dochodziła dziesiąta trzydzieści. Młodzik nadal spał, pewnie dlatego, że napił się wódki, do której nie miał sentymentu. Wyszli z domu i młody mężczyzna podał ukochanej klucz od jej mieszkania.
      – Zatrzymaj, mamy swoje.
      Schował go i ruszyli do auta. Już pod sklepem, w którym pracowała, dostał całusa i dziewczyna zniknęła z wozu. Zdziwił się, że nie nie wypytywała, nie nalegała na przyjazd. Nie zastanawiał się jednak na tym, teraz miał ważniejsze sprawy na głowie. Kwadrans później był już pod swoim domem. Wziął broń i od razu udał się do lodówki po zaczętą whiskey. Natychmiast zaczerpnął z butelki, otworzył piwnicę i stanął w progu. Drewniany wspornik, do którego przykuty był Scott, znajdował się dokładnie naprzeciwko wejścia, w odległości około dwóch metrów od ostatniego schodka, dlatego szatyn widział porwanego jak na dłoni. Blondyn uniósł głowę i gdy zobaczył ”brudasa” stojącego na górze, natychmiast przerażenie pojawiło się na jego twarzy.
      – Witaj, śliczny. Wyspałeś się? Przepraszam za spóźnienie, trochę zabalowałem – rzucił wesoło Trevor, schodząc na dół.  
     Scottowi chwilowo odebrało mowę, był kompletnie zaskoczony. Młodszy chłopak wyjął mu knebel z ust, usiadł naprzeciwko, na drewnianej skrzyni i zaczął robić skręta, którego zaraz odpalił.
      – Gdzie ja jestem? Rozkuj mnie – odezwał się w końcu Scott.
      – Nie wiesz, gdzie jesteś? Przecież taki mądry z ciebie chłopiec – syknął Trevor.
      – Muszę się odlać.
      Szatyn wyjął broń zza spodni i podszedł do Scotta z kluczykiem w ręce.
      – Tylko bez numerów, bo ciężko pożałujesz – poinformował i rozkuł chłopaka, trzymając mu pistolet przy głowie. – Lej tam. – Pokazał mu znajdującą się w kącie piwnicy kratkę ściekową. Scott wstał i poczłapał do niej wolno, oglądając się po drodze. Trevor jednak nie był idiotą i cały czas trzymał dystans.
      – Szybciej, kurwa! – ryknął, widząc, że typ się ociąga, jakby coś kombinował.
      Ten w końcu załatwił sprawę i odwrócił się do chłopaka.
      – Siadaj! – Trevor wskazał mu wcześniejsze miejsce pobytu.
      Scott usiadł, cały czas patrząc na broń. Młody mężczyzna na powrót go skuł i usiadł na skrzyni.
      – Chyba nie muszę ci tłumaczyć, dlaczego tu jesteś? – warknął.
      – Nie rób jaj i mnie wypuść. Niedługo zauważą, że zniknąłem. Ted domyśli się, że to twoja sprawka. Nie chcę być w twojej skórze, jak tu wpadnie po raz drugi – zagroził Scott.
      Trevor roześmiał się na całe pomieszczenie.
      – Mam rozumieć, że Ted to twój skorumpowany przydupas? Może mnie odwiedzić, mam dla niego odpowiednie przywitanie – rzekł, pokazując chłopakowi broń i dziwiąc się przy okazji, że ten ma jeszcze odwagę go straszyć.
      – Uwolnij mnie i zapomnimy o sprawie.
      – Emma też zapomni?
      – Nie rozumiem…
      Trevor, zezłoszczony ignorancją blondyna, wstał i z całej siły uderzył go stopą w krocze. Scott wydał z siebie głośny krzyk.
      – Nadal nie rozumiesz, czy po prostu masz krótką pamięć? – fuknął i usiadł na miejsce, popijając alkohol.
      – To nie było tak, nic nie rozumiesz. Ona sama mnie sprowokowała. – Usłyszał.
      Znów się zerwał i dwoma szybkimi kopnięciami pociągnął w to samo miejsce. Scott zawył przejmująco i wygiął się do samej ziemi.
      – Zamknij mordę, bo znowu ci ją zatkam – rzucił wkurwiony szatyn.
      Podszedł do regału, nałożył rękawiczki, wziął nożyce do ścinania żywopłotów, ukucnął przed skutym i zaczął rozpinać mu spodnie.
      – Ej, co ty robisz, zostaw mnie – wyjęczał spanikowany Scott.  
       Trevor nie słuchał, tylko wyciągnął na wierzch narząd chłopaka i włożył między zimne ostrza.
      – Chyba powinienem ci go obciąć. To będzie najbardziej adekwatna kara do twojego czynu – uśmiechnął się.
      – Ej, nie wariuj, nie rób głupot. Błagam cię – zaskamlał Scott.
      Zrobił się blady jak ściana i calutki mokry na twarzy; trząsł się jak galareta.
      – Gdzie twoja odwaga? W pubie, w sklepie, jak podbijałeś jej oko, a przede wszystkim jak ją gwałciłeś... byłeś takim chojrakiem, a teraz co? – zapytał cierpko Trevor, delikatnie ściskając ostrza nożyczek.
      – Zabierz to, przysięgam, że wam to wynagrodzę i zniknę z waszego życia! Masz rację, to moja wina, nie powinienem was zaczepiać, przepraszam! Błagam cię, nic nie rób! – krzyknął przerażony Scott, ledwo wydobywając słowa. Płaszczył się przed chłopakiem jak zbity pies, był totalnie roztrzęsiony. Czuł zimne ostrze na dolnej części ciała i cały dygotał, patrząc błagalnie na młodego mężczyznę. Trevor wziął krótki łańcuch i obwiązał go naokoło pala, sczepiając oba końce małą kłódką.
      – Nie waż się ruszyć – rozkazał, trzymając broń przy skroni Scotta, uwolnił jego prawą rękę, a lewą przykuł do łańcucha.
      – Ubierz się sam, drugi raz cię nie dotknę – nakazał z obrzydzeniem.
      Koleś w mig schował fujarę w spodnie.
      – Nie myśl, że to litość. Skróciłbym ci go, ale potem miałbym problem z zatamowaniem krwawienia, a nie chcę, żebyś mi tu za szybko zdechł – poinformował ironicznie szatyn.
       Spojrzał na butelkę – płynu było już na samym dnie.
      – Bądź grzeczny – rzekł, zakneblował więźnia i wyszedł z piwnicy, zamykając drzwi na klucz. Niedługo potem wchodził do sklepu Emmy i z wymalowanym na twarzy zadowoleniem, podszedł do lady.
      – Co tu robisz? – zapytała zdziwiona dziewczyna.
      – Daj mi butelkę whiskey i fajki.
      – Trevor, nie pij od samego rana – poprosiła łagodnie blondynka.
      – Kotku, nie będę. Obiecuję, że wypiję dwa, trzy drinki i koniec. O szóstej po ciebie przyjadę.
      – Na pewno?
      – Tak, na pewno.
      Dostał alkohol, papierosy i już chciał wychodzić.
      – Nie chcesz posiedzieć? – zapytała Emma.
      – Nie mogę, muszę załatwić jeszcze jedną sprawę, ale jak chcesz, przyjadę godzinę wcześniej.
      – Dobrze, to przyjedź.  
      – Na razie – Trevor ucałował sympatię w usta i zaraz go nie było.

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 3016 słów i 18048 znaków, zaktualizowała 16 maj 2020.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Aaaaaa!!!  :bitka:  Trevor, dajesz! Widzę, że dopiero się rozkręca chłopak ;) No, no... Lecę dalej. Oczywiście łapka zasłużona jest, jak zawsze  <3

  • agnes1709

    @Duygu Dziękuję, kochanie :kiss: Wybacz, bo pewnie przegapiłam jakiś woły, ale sprawdzę jeszcze i poprawię, jak już wrzucę całość.

  • Duygu

    @agnes1709 Oj, tam, dwa, czy trzy błędy- tyle każdemu się zdarza  ;)   :kiss:

  • agnes1709

    @Duygu O dwa, trzy za dużo:D