Ukojenie cz. 27

Ukojenie cz. 27Budynek był dość spory, ale wyglądał raczej na magazyn, niż fabrykę. W środku znajdowało się osiem, może dziesięć pustych lokali. Już od progu usłyszał donośnie śmiechy. Szedł wolno, wsłuchując się w nie i próbując wyłapać, ile jest tam osób. Broń trzymał w jednej, alkohol w drugiej dłoni. Od stanu upalenia mieszały mu się nieco te odgłosy, przy czym echo miało w tym swój spory udział. W końcu wszedł do pomieszczenia, z którego dobiegały dźwięki zadowolenia. Zobaczył pięciu młokosów. Nakręcił się jeszcze bardziej, widząc, że małolaci imprezują w najlepsze, kiedy młody leży w szpitalu.  
      – Dobrze się bawicie? – zapytał, oparłszy się o ścianę przy wejściu.
      Młokosi momentalnie ucichli i od razu spojrzeli na gnata. Trevor wykończył trunek i rzucił butelkę w kąt.
      – Co taka cisza? Też bym się pośmiał – ciągnął, patrząc na każdego po kolei.
      Kolesie stali i nie mieli pojęcia, co zrobić. Chłopak zobaczył kilkanaście leżących na podłodze piw. Podniósł jedno i otworzył.
      – Nie będziecie mieć nic przeciwko, jak się napiję? – ironizował ze złowrogim spokojem.
      Małolaci nie reagowali, zdrętwieli, widząc broń.
      – Ma ktoś język w tym towarzystwie? Bo mamy do pogadania – kontynuował szatyn.
      Żaden z nich dalej się nie odzywał.
      – Chodź tu – nakazał Trevor stojącemu najbliżej gówniarzowi.
      Nastolatek nie słuchał.
     – No rusz dupę! – zagrzmiał chłopak.
     Teraz poskutkowało, spłoszony młodzik podszedł niepewnie. Trevor ścisnął lekko jego twarz i spojrzał mu w oczy – symptomy były bardzo widoczne. Puścił młokosa.
      – Opróżniać kieszenie – zarządził.
      Czekał już minutę, ale towarzystwo nie kwapiło się, aby wykonać polecenie.
      – No co, kurwa?! Dwa razy mam powtarzać?! Wywalać wszystko, migiem! – wydarł się diabolicznie.
      Dopiero teraz powyciągali, co mieli, ale wśród tych rzeczy z narkotyków była tylko trawa.
      – To wszystko? – spytał niezadowolony Trevor.
      – Tak – odezwał się przyjaciel Tommy'ego.
      Chłopak spojrzał na niego zimnym, srogim wzrokiem.
      – Na pewno? Bo chyba ściemniasz.
      – Na pewno.
      – Chodź tu.
      David podszedł wolno, mocno wystraszony. Trevor wziął się za jego ubranie. Nic nie znalazł.
      – Poproszę ostatni raz – wyciągać wszystko – powtórzył.
      Nadal bez reakcji.
      – Ty – kiwnął głową na trzeciego z gówniarzy – podejdź.
      Chwycił małolata, gdy ten się zbliżył i zaczął przewalać też jego ciuchy, ale i tu niczego się nie doszukał.
      – Ściągaj buty – syknął, wskazując bronią adidasy chłopaka.
      Młody migiem wykonał. Trevor wziął się nie za buty, a za skarpetki. W okamgnieniu znalazł kokainę. Uderzył gówniarza z otwartej dłoni, choć niezbyt mocno.
      – Znacie słowo ”wszystko” – warknął cierpko.
      Małolaci stali jak słupy, coraz bardziej przerażeni.
      – Do trzech razy sztuka. Wyjmować prochy, jeśli je macie. Więcej nie będę grzecznie prosił – rozkazał Trevor, bardzo już zniecierpliwiony.
      W konsekwencji znały się dwie torebki narkotyku. Wziął je w rękę.
      – Skąd to macie?
      Cisza.
      – Dobra. Wy spadać, a ty i ty zostajecie – spojrzał na Davida i na chłopaka, którego uderzył.
      Pozostała trójka ulotniła się w okamgnieniu.
      – Gdzie byłeś, jak twój kumpel umierał? – zwrócił się do przyjaciela Tommy’ego.
      Ten zrobił wielkie oczy.
      – Co, zatkało?! – wrzasnął Trevor
      – Nie wiem, o co ci chodzi. Jak przyszedłem, nikt nie otwierał – wydukał David.
      – Przecież chwilę wcześniej wysadziłem was pod domem; gdzie, kurwa, zniknąłeś?  
      – Zaszedłem do siebie, mieszkam tam. Jak wróciłem do Tommy'ego, nikogo nie było – tłumaczył młodzik, o mało już nie płacząc.  
      Trevor zrozumiał, że chłopak nie kłamie.
      – Skąd macie to gówno? Wiesz, że Tommy o mało się nie przekręcił? Gdybym nie wrócił, przyszedłbyś do niego na pogrzeb, a nie na trawkę – stwierdził, coraz mocniej wkurwiony.
      Gówniarz stał i cały się trząsł.
      – Gdzie jest ten dziad, od którego to kupiliście? – spytał Trevor.
      David spuścił głowę.
      – No mów, do jasnej cholery!  
      – Nie wiem.
      – Dzwoń, że chcesz coś kupić. – Podał mu komórkę, ale David jej nie wziął.  
      Coraz bardziej pijany i zirytowany nieposłuszeństwem Trevor chwycił chłopaka za fraki łupnął nim o ścianę.
      – Kurwa! Nie zmuszaj mnie, żebym zrobił ci krzywdę! Bierz telefon i dzwoń! – huknął.
      Kumpel Davida stał jak posąg pod ścianą, pewnie myślał, że też oberwie.
      – Zadzwonię ze swojego – wydukał David.
      – Powiedz, że potrzebujesz więcej – poinformował Trevor.
      – Ile?
      – Dziesięć sztuk.
      Puścił chłopaka i oparł się o ścianę, odpalając Marlboro. Młody załatwił sprawę bardzo szybko.
      – Będzie za dziesięć – piętnaście minut – oznajmił, patrząc na szatyna szklistymi oczyma.
      – Jeśli jeszcze raz zobaczę Tommy'ego na koksie, wszyscy będziecie mieli przejebane. Zrozumiano? – ostrzegł zimno Trevor.
      – Tak.
      – Czy on dowie się o mojej wizycie?
      – Nie.
      – No… mam taką nadzieję. A teraz wyjazd!
      Dwa razy nie musiał powtarzać, gówniarze prawie biegiem opuścili budynek.  


      Zabrał piwa małolatów, wsiadł do Forda i czekał. Dziesięć minut upłynęło, palił już drugiego papierosa, a gościa nie widać. Siedział w aucie kolejne przedłużające się chwile, w końcu dojrzał kolesia. Faktycznie wyglądał jak rasowy ćpun. Był chudy jak patyk i poruszał się ospale. Trevor szybko opuścił pojazd i jeszcze szybciej ruszył w jego stronę. Facet od razu zauważył chłopaka, ale zupełnie go zignorował. Trevor narkotycznie wpatrywał się w gościa, ściskając pistolet w dłoni. Stanął naprzeciwko, prawie że dotykając kolesia.
      – Idziemy – syknął bez ogródek, pokazując broń i wskazując głową samochód.
      – O co chodzi? Nie znam cię, gościu – warknął nieprzyjaźnie kompletnie zaskoczony handlarz.
      – Ale ja cię znam. Zaraz się dowiesz, o co chodzi. Ruszaj!
      Typ stał dalej, był chyba tak naćpany, że nie przejął się nawet widokiem rewolweru. Trevor przyłożył mu lufę do skroni.
      – Idziemy, powiedziałem!
      Dopiero teraz diler skierował się wolno w stronę auta, choć nadal nie wykazywał zbytniego zainteresowania czy strachu obecną sytuacją. Podeszli do auta i Trevor otworzył bagażnik.
      – Zapraszam.
      – Czego ty ode mnie chcesz? – Typ w końcu wrócił do żywych i teraz, widząc otwartą klapę, już się zaniepokoił.
      – Właź, kurwa! – ryknął szatyn, uderzając go bronią w twarz. Zrobił to tak mocno, że facet upadł. – Wstawaj i ładuj się!
      Mężczyzna ruszył się ciężko. Trevor widząc, że koleś zbyt opornie się podnosi, kopnął go w klatkę piersiową.  
      – Szybciej, frajerze, nie mam czasu!
      Ćpun, porządnie już wystraszony, posłusznie położył się w bagażniku. Trevor zatrzasnął klapę, rewolwer wsadził w spodnie i wsiadł za kółko. Nie pojechał w stronę powrotną do miasta, tylko zakręcił i ruszył w przeciwnym kierunku. W odległości stu, może stu pięćdziesięciu metrów zaczynał się las, podobnie, jak przy wjeździe do miasteczka. Gdy droga otoczyła się już drzewami, stanął, otworzył piwo i ruszył dalej. Wjechał dobry kilometr w głąb i skręcił w boczną drogę.  Podjechał jeszcze spory kawałek, do kompletnie gęstego buszu, w końcu zatrzymał wóz. Wysiadł z butelką w dłoni, wyjął pistolet i otworzył bagażnik – koleś leżał skulony, był cały blady.
      – Wyłaź.
      Facet nie zdążył dobrze wygramolić się na zewnątrz, a już oberwał z buta w brzuch. Upadł na ziemię. Za chwilę dostał ponownie, tym razem w twarz. Leżał chwilę, lecz zaraz spojrzał na młodego mężczyznę, który wisiał nad nim z diaboliczna miną.
      – O co ci chodzi? – wydukał przestraszony narkoman.  
      – Siadaj – nakazał Trevor, wskazując mu najbliższe drzewo.
       Mężczyzna usiadł i oparł się o pień. Z wargi delikatnie leciała krew. Chłopak ukucnął naprzeciwko i odpalił papierosa.
      – Lubisz sprzedawać syf młodym ludziom i wysyłać ich do grobu, a w najlepszym razie do szpitala? – zapytał.
      – Jaki syf?
      Trevor wyjął narkotyki, które zabrał gówniarzom.
      – Poznajesz? – Podsunął mu je pod nos.
      – To nie moje.
      – Kurwa, jeszcze masz odwagę się wypierać? – syknął szatyn.
      – Ja nie sprzedaję małolatom.
      – To jakim cudem zjawiłeś się po telefonie jednego z nich?
      – Przypadek – odparł byle jak diler, próbując chyba zrobić z Trevora kompletnego idiotę.
      Chłopak znów pociągnął z butelki, był już pijany. Wstał, rozejrzał się wkoło, położył broń masce i wziął w rękę gruby, twardy konar, który leżał nieopodal. Wrócił i zawisł nad facetem, operując niepojętą miną. Diler spojrzał na badyl i krew odpłynęła mu z twarzy.
      – Czemu dajesz małolatom brudne prochy? Żeby tobie czasem nie zabrakło? – zapytał chłopak.
      – To nie moje – powtarzał się narkoman.
      Trevor podszedł i z całej siły huknął go kijem w lewe kolano. Facet zawył na cały las i skulił się nad nogą.
      – Wyciągaj wszystko, co masz przy sobie – rzekł stręczyciel z pełnym opanowaniem.
      Lekko nim bujało. Koleś siedział zgięty w pół i nie reagował. Szatyn nie widząc wykonania polecenia, łupnął go z impetem tym samym narzędziem po plecach. Mężczyzna znowu wrzasnął i natychmiast się wyprostował. Nadal trzymał pobitą kończynę, zgiął ją tylko nieco.
      – Długo mam czekać? – Oprawca się niecierpliwił, coraz mocniej ściskając kij w dłoni.
      Facet w końcu jedną ręką trzymając się za nogę, drugą powydobywał narkotyki z kieszeni. Posłuchał Davida – miał dziesięć torebek po jednym gramie. Trevor podsunął mu pod nos jego prochy i prochy gówniarza.
      – Nie widzisz tu podobieństwa? Bo ja widzę – zadrwił gorzko.
      Koleś milczał. Trevor schował kokainę do kieszeni i bez ceregieli huknął handlarza w drugą nogę. Ten ryknął z bólu i złapał się za kolano. Chłopak przykucnął na wprost ofiary i uwiesił się na badylu.
      – Połamię ci wszystkie gnaty, gnoju. Swoją głupotą o mało nie zabiłeś mi kumpla, rozumiesz? – oświadczył.
      – Przysięgam, ja nie wiedziałem, że coś jest nie tak z tą kokainą – wybąkał płaczliwie mężczyzna.
      Był ewidentnie sparaliżowany bólem i strachem. Trevor patrzył na niego i milczał. W końcu wstał.
      – Widzę, że usilnie próbujesz zrobić ze mnie debila. Wybieraj kolano! – zarządził.
      – Nie, proszę cię, naprawdę nie wiedziałem. – Spanikował ćpun.
      – Kolano ci nie pasuje? To wybieraj rękę – kontynuował Trevor, uśmiechając się cynicznie.
      – Nie, błagam, nic mi nie rób, mówię prawdę, przysięgam! – przekonywał przerażony diler.
      – Kurwa, bo połamię ci obie! – ryknął wściekły chłopak.
      Facet wciąż nie wykonywał polecenia, strach zablokował mu wszystkie reakcje. Trevor stracił resztki cierpliwości, chwycił kolesia za fraki i położył twarzą do ziemi. Wyciągnął do przodu jego prawą rękę, przycisnął ją nogą i z całej siły rąbnął konarem w dłoń. Mężczyzna wydarł się jeszcze głośniej, próbując wyrwać rękę spod buta.
      – Przestań, wszystko ci powiedziałem – jęczał.
      Chłopak znów wziął go za chabety i posadził na miejscu. Typ siedział i płakał, trzymając pobitą kończynę przy brzuchu.
      – Mogłeś wybierać – burknął ironicznie kat. – Czemu masz takie przystępne ceny? – zapytał.
      – Zawsze takie mam – mruknął zapłakany koleś.
      – Jesteś aż tak dobroduszny?
      Cisza.
      – Odpowiadaj, pedale! – Trevor wziął zamach.
      Typ się skulił, zasłaniając głowę. Milczał. W tym momencie Trevor już nie wytrzymał, zerwał się i uderzył gościa kijem po twarzy. Mężczyzna padł nieprzytomny na ziemię. Chłopak to zignorował, usiadł na masce wozu i zapalił papierosa. Nosiło go całego. Gdy skończył, podszedł do typa i trącił go nogą – wciąż leżał bezwładnie. Klepnął go kilka razy po policzku, lecz bez rezultatu. Polazł do Forda, otworzył piwo, chwycił ćpuna za włosy i wylał całe na jego twarz. Gość się ocknął. Trevor znowu go posadził. Z nosa i ust ofiary sączyła się krew. Oprawca przykucnął w niewielkiej odległości.
       – Sprzedajesz trefny towar? – Wznowił katowanie.
      Pobity nie odpowiadał, nadal był oszołomiony. Chłopak miał wrażenie, że koleś się nie przyznaje z obawy, że jeszcze gorzej oberwie. Patrzył na niego nienawistnie i czekał na odpowiedź, ale ta wciąż się nie pojawiała.
      – Dobra, druga ręka. – Zniecierpliwiony szatyn znowu go powalił.
      – Nie, błagam cię! – krzyknął ćpun. Był przerażony.
      – Ale po co druga, jak jest ta? – oświadczył złośliwie Trevor, wyciągnął pobitą dłoń i mocno nacisnął butem na połamane palce. Typ zawył niemiłosiernie. Chłopak deptał mu rękę, a koleś darł się w niebogłosy, przeszywającym uszy odgłosem. Po chwili szatyn popuścił lekko, ale nogi nie zabierał.
      – Ucisz się – rozkazał spokojnie.
      Koleś się wyciszył, zalewając wielkimi jak groch łzami. Trevor zdjął nogę i na powrót oparł faceta o drzewo.
      – No to jak? Rozumiesz pytanie, czy jeszcze nie?
      – Tak, sprzedaję – wyjąkał wreszcie diler.
      – Nie dosłyszałem...
      – Sprzedaję trefny towar – wystękał mężczyzna.
      – No. I nie można było tak od razu? – zaśmiał się zadowolony szatyn.
      Oparł kij o samochód, zapalił kolejnego papierosa i podał handlarzowi. Ten wziął go w zdrową dłoń i nieudolnie pociągnął. Ręce latały mu tak bardzo, że ledwo trafił do ust. Trevor odpalił drugiego, poszedł do auta i głęboko schował broń w bagażniku. Otworzył piwo i wrócił do typa.
      – Pij – rozkazał, podając mu butelkę.
      Facet jej nie wziął, siedział skulony i płakał, trzymając na przedramieniu połamaną dłoń.
      – Korzystaj, bo to twoje ostatnie piwo – oznajmił wesoło oprawca.
      Teraz mężczyzna już spojrzał na chłopaka zmęczonym wzrokiem. Nadal jednak nie reagował.
      – Kurwa, bierz tą jebaną butelkę! – wrzasnął Trevor i huknął go z pięści w twarz.
      Kolesia wygięło do ziemi, ale zaraz się podniósł. Twarz miał coraz bardziej poobijaną i spuchniętą. Bojąc się kolejnych ciosów, wziął wreszcie trunek i przyłożył do ust. Ręce telepały mu się już do tego stopnia, że połowa płynu uciekała, gdy próbował się napić. Trevor miał wielką uciechę z jego nieporadności, po chwili jednak zabrał mu butelkę, ścisnął faceta za policzki, otwierając usta, wsadził w nie szyjkę butelki i zaczął wlewać do nich jej zawartość. Mężczyzna zaczął się dławić, próbując przełykać. To nie wzruszyło Trevora, puścił go dopiero, kiedy płyn się skończył . Diler kaszląc, pochylił się do przodu, a oprawca stał i śmiał się w najlepsze.
      – Nie lubisz piwa? – Przykucnął przed nim, chichocząc. – Jasne, wolisz prochy. Czemu jesteś taki mało rozmowny, boli cię coś? – ciągnął złośliwie.
      Ćpun nie otwierał ust, chlipał tylko głośno. Trevor się podniósł i ponownie chwycił za narzędzie tortur. Koleś, widząc to, totalnie zdrętwiał. Chłopak wyjął zdjęcie Emmy z portfela i przysiadł przy gościu. Pokazał mu fotografię.
      – Widzisz tą dziewczynę? Jej brat ma dwadzieścia lat, a ty o mało go nie zabiłeś.
      – Przepraszam, nigdy więcej nic im nie sprzedam. Nie bij mnie już, błagam – wycedziła przez zęby ofiara.
      Trevor ledwo zrozumiał, co facet gada.
      – Wiem, że nie sprzedasz – uśmiechnął się. – Boli cię ręka, masz dość? – szydził, coraz bardziej nakręcony cierpieniem mężczyzny, a wyryty w wyobraźni obraz leżącego w szpitalu przyjaciela, tylko wzmagał agresję.
      – Tak – wykrztusił diler.
      – To pomyśl, co bym ci zrobił, gdyby on nie przeżył – oświadczył oprawca, kładąc mu badyl na nodze.
       Facet już trząsł się jak galareta. Trevor z tej złości znów zapragnął alkoholu, choć ewidentnie mu wystarczyło.
      – Chcesz jeszcze jedno piwo? – roześmiał się do ćpuna.
      Mężczyzna znowu milczał. Chłopaka coraz bardziej drażniła jego małomówność. Wstał, udał się po butelkę i za chwilę znów stał nad gościem, popijając.
      – Odebrało ci mowę?! – krzyknął.
      – Nie.
      – Dawaj drugą rękę, dla równowagi – rzekł radośnie chłopak
      – Nie, błagam cię, przestań. Nie zobaczysz mnie więcej, przysięgam! – bełkotała ofiara, nie wiedząc już, w jaki sposób go powstrzymać.
      To jeszcze bardziej rozweseliło Trevora.
      – To może żebra? Tam jeszcze nie tłukłem – dowcipkował.
      Facet kolejny raz nie odpowiedział, co tylko zwiększyło wzburzenie pytającego. – Aha, milczysz? Czyli zgadzasz się na żebra? – zapytał ironicznie chłopak.
      – Nie! – krzyknął typ.
      – Więc co? Musisz się zdecydować, albo wybiorę sam – zakomunikował Trevor. Był już tak nabuzowany, że coraz większą frajdę sprawiało mu znęcanie się nad mężczyzną. No i brał odwet za przyjaciela.  
      A może Tommy był tylko pretekstem do wyładowania nagromadzonej przez tyle dni agresji?
    – Zdecydowałeś się? – fuknął szatyn Trevor, przypalając papierosa.
      Diler się nie odzywał, płakał tylko rozpaczliwie. Prześladowca podszedł i bez skrupułów uderzył go czubkiem konara w brzuch. Typ wydał głośny jęk i położył się na ziemi, zwinięty w kłębek. Nagle w kieszeni zadzwonił telefon i Trevor momentalnie otrząsnął się z tego amoku. Spojrzał na wyświetlacz i zobaczył to, czego nie chciał widzieć. Nie odebrał. Koleś leżał i patrzył na komórkę z nadzieją. Dzwonek ucichł, ale za chwilę odezwał się ponownie. Sadysta przystawił ćpunowi kij do twarzy.
      – Odezwij się, kurwa, a popamiętasz!
     Nacisnął guzik.
      – Trevor? Gdzie jesteś? Dochodzi dwudziesta, martwię się – oświadczyła łagodnie Emma.
      – Przepraszam, zasiedziałem się trochę. Niedługo wrócę.
      – Piłeś?
      – Trochę.
      – Obiecaj, że nie będziesz prowadził.
      – Obiecuję.
      – Wracaj szybko, dobrze?
      – Jasne.
      – I uważaj na siebie.
      – Dobrze.
      Dziewczyna się rozłączyła, ale Trevor wiedział, że nie jest zadowolona. Schował telefon i wrócił do „zabawy”. Ponownie położył kolesia na ziemię, wyciągnął pobitą rękę i przycisnął butem nadgarstek. Dłoń trzęsła się niesamowicie.
      – Oszczędzę lewą, będzie ci jeszcze potrzebna – oznajmił z uśmiechem.
      – Nie, błagam cię, nie rób tego, zrobię co zechcesz! Proszę cię! – skamlał handlarz przez przytkane gardło.  
     Trevor go olał, zamachnął się porządnie i drugi raz uderzył go w tą samą rękę. Wrzask był przerażający.
      – Boli?! – zagrzmiał, nachyliwszy się nad ofiarą.
      – Tak.
      – Mnie też bolało, jak mi gówniarz umierał w samochodzie! – rzekł wściekły chłopak. – Wiesz, za co tyle razy dostajesz? Bo wciskałeś im tą truciznę celowo.
      Puścił kończynę i przycisnął nogą policzek narkomana.
      – Mam rację? – syknął, gniotąc mu twarz.
      – Tak – wyjęczał typ.
      Trevor zdjął stopę, posadził faceta przy drzewie i spojrzał na zegarek – minęła dwudziesta.
      – Masz dość? – zapytał oschle.
      – Taaak, błagam cię, zostaw mnie już – wystękał mężczyzna. Zaiskrzył w nim cień nadziei, co Trevor w okamgnieniu odczytał z barwy jego głosu.
      Wyjął używki z kieszeni, otworzył jedno z opakowań i podał dilerowi.
      – Żryj!
      Facetem wstrząsnęło. Nie wziął, strach był zbyt duży. Trevor nie prosił dłużej, tylko znowu go powalił. Handlarz któryś już raz z kolei zaczął usilnie prosić i błagać, lecz to nic nie dało, za chwilę trzeci raz oberwał w połamaną dłoń, tylko nieco bliżej nadgarstka. Piekielny krzyk, który z siebie wydał, rozszedł się echem po całym lesie. Ręka, doszczętnie już strzaskana i pokaleczona, bardzo już spuchła. Trevor oparł gościa o drzewo i znów go poczęstował.
      – Wpierdalaj to, albo tak cię zleję, że będziesz błagał o te prochy! – ryknął.
      Koleś już nie wiedział, co lepsze.
      – No żryj, do cholery, nie mam czasu na zabawę!
      Ćpun chyba jednak za bardzo bał się narkotyku, bo nadal nie słuchał chłopaka. Ten, sfrustrowany, natychmiast rzucił go na ziemię i zaczął okładać po żebrach. Facet wrzeszczał jak opętany, ale chłopak nie zwracał na to uwagi. Zadał mu kilkanaście ciosów, przestał dopiero, kiedy mężczyzna był już na granicy świadomości. To jednak nie zadowoliło Trevora, za moment narkoman na powrót siedział przy pniu. Głowa bezwładnie zwisała mu na bok, a krew już nie sączyła się ciurkiem, lecz lała z ust potokiem.
      Trevor widząc, że gość wymięka, ruszył do samochodu i wziął następne piwo. Otworzył i ponownie wylał mu całe na twarz. Facet tylko zmrużył oczy. Oprawca kolejny raz wyciągnął do niego rękę z prochami i tym razem pobity prawie po omacku wziął opakowanie. Najwidoczniej perspektywa następnego łamania kości przerażała go bardziej. Wsypał połowę do ust.
       – Wszystko! – nakazał Trevor.
       Typ opróżnił torebkę. Szatyn wyjął i napoczął drugą paczuszkę. Podał ćpunowi.
       – To też.
      Znowu bez reakcji. Skatowany mężczyzna siedział bezwładnie i wyglądał w tej chwili jak nawalony menel spod sklepu, który jest już w innym świecie. Być może już nie słyszał szatyna, mimo to Trevor stracił cierpliwość. Powyciągał z kieszeni wszystkie pakiety i szybko pootwierał.
      – Otwieraj mordę! – wrzasnął.
      Nic.
      – Chyba cię jednak nie boli! – Zamachnął się ponownie, lecz facet nie zareagował. Najwidoczniej odlatywał już na dobre.  
      Fakt, że typ nie kontaktuje, rozsierdził już Trevora maksymalnie. Nie było mu w smak tak szybko kończyć imprezę. Kurwa, pośpieszyłem się – wygarnął sobie, wkurzony, po czym ścisnął ćpuna za policzki, otworzył mu usta i wsypał do niej cały proszek, wypełniając nim połowę jamy ustnej.
     – Połykaj! – nakazał, dłonią blokując mężczyźnie dostęp powietrza.  
     Handlarz jednak nie stracił jeszcze przytomności, bo po kilku chwilach bez oddechu w końcu przełknął kokainę. Trevor już nie znęcał się nad facetem, tylko chwycił go za fraki, odciągnął dobre pięćdziesiąt metrów od drogi i wciągnął w jakieś krzaki. Postał jeszcze chwilę, patrząc na półprzytomnego dilera, z uśmiechem rzucił krótkie: powodzenia, i jak gdyby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i sobie poszedł.

agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 3700 słów i 22701 znaków, zaktualizowała 15 kwi 2020.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Trevor, jesteś geniuszem! :swoon: :boje:   <3   :dancing:  

    Świetna postać, naprawdę. Jest tak intrygujący i nieprzewidywalny... Ludzie mogą pomyśleć, że jest banalny: pije, pali, zabija, pije, pali, zabija i tak w kółko, ale jest w nim coś takiego, co przyciąga uwagę i siłą rzeczy człowiek zaczyna go lubić, mimo tego, że koleś popełnia ogromne błędy. Nie sztuką jest wykreować zabójcę, którego zdrowi- powiedzmy sobie, najkrócej rzecz ujmując- normalni ludzie znienawidzą- sztuką jest stworzyć człowieka pełnego okropnych, niewybaczalnych błędów, którego ludzie polubią, a nawet (być może) znajdą w nim cząstkę siebie.

    Ja mogę o tym wypracowanie napisać, więc może na tym skończę, bo mi się limit literek wyczerpie  :lmao:   <3   <3   <3

  • agnes1709

    @Duygu Napisz, chętnie przeczytam. :D:kiss: