Bronię się przed tobą cz.6

Weszliśmy do mieszkania. W korytarzu zastaliśmy Edith i Logana.
-Auto naprawione?- spytała zaciekawiona.
Pokiwałam głową.  
-Wiedziałem, że Elyas da radę.- powiedział dumnie Logan.
Elyas uśmiechnął się, słysząc to.
Zdjęłam buty i poszłam do pokoju. Kładząc się na łóżku, poczułam wewnętrzny niepokój o jutro. Spotkanie z nim, znowu. Przytuliłam do siebie poduszkę. Im bardziej go odpycham, tym bardziej się do mnie przykleja. Niedługo wkradnie się do mojego mózgu, zamknie się na klucz i będzie paradował w obcisłych, ślizgich spodniach, tańcząc makarenę. Ja zwariuję przez niego. Elyas sprawia, że czuję się jak...nieposkromione dziecko. Czy to normalne? Czy ja jestem normalna? Nie pytam, czy Elyas jest normalny, bo już znam na to odpowiedź. I ta jego wiedza o mnie. Czy powinnam się bać? Może ma tu kamery albo podsłuch? Rozejrzałam się niespokojnie po całym pokoju. To niemozliwe.- pokręciłam głową. W takim razie skąd on tyle wie? Przez pewnien moment było to śmieszne, teraz jest raczej niebezpieczne. Tyle pytań tak mało odpowiedzi. Westchnęłam. Ale mimo wszystko, naprawił mi samochód. Gdyby nie on mój portfel zapadłby w depresję i straciłby radość z życia, a tak to depresję ma tylko mój mózg. Ale zaraz...nawet mu nie podziękowałam. Szybko wstałam i biegiem ruszyłam do korytarza, prawie się przewracając.
Pusto.  
-Logan i Elyas już wyszli?- spytałam Edith, która czytała książkę pod tytułem: "Wegetarianie to też ludzie". Przewróciłam oczami na myśl, co brał twórca tej książki.  
Pokiwała głową.
-Kazali ci życzyć dobranoc.- wydukała, raz patrząc na mnie, raz na tą dziwną książkę.
Westchnęłam.
-Nie podziękowałam Elyasowi.- oparłam się o blat, biorąc szklankę wody.  
Edith uśmiechnęła się.
-Zdążysz mu podziękować.
Spojrzałam na nią, zaciekawiona. Czy ona wie o jutrzejszym spotkaniu z Elyasem?
-Eee...- jąkałam się. -Z pewnością.
Edith odłożyła książkę.
-Sophie...tylko się nie denerwuj.- spojrzała na mnie uważnie.
Zmrużyłam oczy. O co chodzi?
-Bo zarezerwowałam nam już weekend.- powiedziała powoli. -Logan i jego kumple robią grilla i zaprosił nas.
-Nas?- otworzyłam szeroko oczy.
Przytaknęła.
-I ja się zgodziłam, i za ciebie też się zgodziłam.- szepnęła.
Odstawiłam szklankę z wodą.
-Jutro zamieszczę ogłoszenie o poszukiwaniu nowej NIE PAKUJĄCEJ MNIE W KŁOPOTY współlokatorki.
Edith podeszła do mnie.
-No nie rób mi tego...chcę tam iść, bo Logan, ale...sama, no wiesz, wole jakbym tam jeszcze kogoś znała...no nie rób mi tego.- zaczęła mną potrząsać. -Bądź człowiekiem.
Westchnęłam.
-Wiesz, że tam może być Joe? A im mniej go widzę, tym lepiej śpię.
Edith wywróciła oczami.
-Joe to nie jest kumpel Logana.
-Ale to motocyklista. A z kim spotykają się motocykliści? Z innymi motocyklistami.- wyjaśniłam.
-Proszę, Sophie, jesteś moim jedynym światłem nadziei.- błagała.
-Zastanowię się.
Edith zaklaskała, przytulając mnie.
-Jesteś kochana.
-Ale ja się jeszcze nie zgodziłam...
Moja przyjaciółka przytulała mnie coraz mocniej i mocniej.
-Ale i tak jesteś kochana.- puściła mnie.
Czując, że przez chwilę moje mieśnie i wszystkie kości stały się jak galaretka po uścisku Edith, zaczęłam się zastanawiać jak to możliwe, że Logan aż tak bardzo jej się spodobał. Zwykle miała kogoś na kilka dni, gdzie każdy okazywał się zwykłym dupkiem i prędzej czy później traciła nimi zainteresowanie. A przy Loganie promienieje.
-Chcesz notatki z dzisiejszych wykładów?- spytałam, wychodząc z kuchni.
-Wzięłam je już, jak byłaś z Elyasem.- wzruszyła ramionami.
Oczywiście.
Weszłam do pokoju z zamiarem poszukania piżam, które jak zawsze zakopałam pod poduszkami. Wykopując je, wpadłam na najgorszy pomysł jaki mogłabym wpaść. Wzięłam telefon i wyszukałam interesujący mnie numer.
Napisałam podziękowania dla Elyasa.
Wzięłam ze sobą piżamy i udałam się do łazienki. Gorący prysznic to coś, czego potrzebuję.
Po wejściu do pokoju, rozłożyłam się na łóżku. Spojrzałam na telefon, sprawdzając godzinę. Wyświetliło mi, że mam nową wiadomość. Kto pisze o tej godzinie? Zobaczyłam na nadawcę.  

Dawca plemników:
"Nie ma za co, kwiatuszku. Naprawiałbym ci go codziennie, gdybym wiedział, że masz na sobie tą sukienkę".
Przewróciłam oczami, przykrywając się.

Ja:
"Specjalnie dla ciebie jutro założę worek"

Dawca plemników:
"Czy to będzie worek po ziemniakach? Uwielbiam ziemniaki".

Ja:
"Worek na śmieci".

Dawca plemników:
"I tak wiem, że będziesz wyglądała seksownie."

Ja:
"Elyas! Idź spać!"

Dawca plemników:
"A co jeśli nie pójdę? Dostanę karę?"

Ja:
"Tak."

Dawca plemników:
"Coś czuję, że będzie ona bolesna."

Ja:
"Mogę ci zadeklarować, abyś zaufał swojej intuicji."

Dawca plemników:
"Nie mogę się doczekać."

Ja:
"Okropnych koszmarów."

Dawca plemników:
"Ej no, w takim razie życzę ci dłuuuuuuugich pocałunków ze mną w roli głównej."

Ja:
"Jeżeli chcesz, abym w tym momencie dostała napad wymiotów to pisz mi tak dalej."

Dawca plemników:
"Buzi buzi buzi."

Ja:
"Dla swojego bezpieczeństwa lepiej ubierz jutro zbroję kuloodporną."

Dawca plemników:
"Myślę, że nie będzie takiej potrzeby."

Ja:
"W takim razie, użyj mózgu jeszcze raz."

Dawca plemników:
"Postaram się zastosować do twoich rad. Przy okazji, ulica?"

Ja:
"Piccadilly 30."

Dawca plemników:
"Dziękuję, dobranoc, kochanie"

Ja:
"Niedobranoc, niekochanie."

Dawca plemników:
"Do jutra."

Ja:
"Do jutra."

Odłożyłam telefon. Neurony w moim mózgu gasną, kiedy wkrada się do nich ostry temperament Elyasa. Zamknęłam oczy. Nie myśl o nim, nie myśl o nim, nie myśl o nim. Misja zakończona sukcesem.




-Weź te pudła i zanieś je do kantorka.- powiedziała Lily, podając mi pudełka.
Wzięłam je i zaniosłam do ciasnego i małego pomieszczenia. Dochodziła 19. Elyas pewnie będzie za kilka minut.
-Jakieś plany na dzisiaj?- spytała, zdejmując plakietkę z danymi.
-Eeee...nie, nie wiem.- jąkałam się.
Usłyszałam pisk opon na parkingu.
-Rajdowcy.- prychnęła Lily.
Zdjęłam swoją plakietkę i schowałam ją do szafki. Czuję się wykończona kilkugodzinnym rozładowaniem i przepakowaniem pudeł. Poszłam do szatni przebrać się w swoje, codzienne ciuchy. Wychodząc z szatni, zobaczyłam Elyasa przy ladzie, rozmawiającego z rozpromienioną Lily. Brunet odszukał mój wzrok i posłał mi swój zadziorny uśmiech.
-Linden, kochanie.- podszedł do mnie i pocałował mnie w czubek głowy. -Właśnie rozmawialiśmy o tobie.
-Eeee...Elyas?- zdziwiłam się. -Myślałam, że będziesz czekał przy wejściu.
-Chciałem zobaczyć, gdzie pracujesz.- uśmiechnął się.
Spojrzałam na Lily.
-Nie mówiłaś ze kogoś masz.- powiedziała. -I jak to ukrywałaś przez kilka tygodni.
Otworzyłam szeroko oczy.
-Kilka tygodni?
Poczułam dłoń Elyasa na swoim biodrze. Spojrzałam na niego groźnie.
-Musimy już iść. Przygotowałem dla Linden małą niespodziankę.- puścił mi oczko.
-Bawcie się dobrze.- ucieszyła się Lily.
Wywróciłam oczami. Przez niego będę musiała się z tego wykręcić.
Pomachałam Lily na pożegnanie, wychodząc razem z Elyasem, z budynku.  
-Bawi cię to?- wysyczałam.
Zaśmiał się.
-Troszkę.
Zmarszczyłam nos.
-Kochanie, karoca już czeka.- powiedział rozbawionym głosem.
Rozejrzałam się wokoło i zobaczyłam na parkingu sportowy samochód. Wyglądał jak z jakiegoś wyścigu.
-To corvette zr1.- powiedział.
Biegiem ruszyłam do samochodu. Jest idealny! Opuszkami palców przejechałam po masce. Jego czarny, matowy lakier dodawał mu ekstrawagancji. Brunet podszedł do mnie.
-To twój?- wydukałam.
Elyas z uśmiechem na ustach, oparł się o maskę samochodu.
-Niestety nie, kotku. Wypożyczony na 3 godziny.
Spojrzałam na niego.
-Dlaczego to zrobiłeś?- zdziwiłam się.
-Chciałem cię zaskoczyć.- powiedział. -Spodziewałaś się ze przyjadę na żyrafie?
-Na ośle. Ale byłeś blisko.
Zaśmiał się, rzucając mi kluczyki.
-Ale ja jeżdżę kiepsko.- wyjaśniłam, zagryzając usta.
-Tym nie da się jeździć kiepsko.- puścił do mnie oczko. Obszedł samochód i usiadł na miejscu pasażera.
Westchnęłam. Wsiadając do samochodu, zobaczyłam Lily w oknie. Nie, no błagam.
Elyas zapiął się pasem, również to zrobiłam. Włożyłam kluczyki do stacyjki.
-Musisz go wyczuć.- polecił mi. -Wyobraź sobie, że to nasz pierwszy pocałunek i wszystko pójdzie gładko.
-Elyas!- powiedziałam groźnie.
Odpaliłam samochód. Puściłam ręczny i zredukowałam na jedynkę. Delikatnie puszczałam sprzęgło.
-Mam nadzieję, że lepiej mi pójdzie niż z motocyklem.- powiedziałam. Ruszyłam z miejsca.
-Jak narazie dobrze ci idzie.- zaśmiał się.
Na jedynce wyjechałam z parkingu na drogę.
-Wszyscy się chyba na mnie gapią.- zdziwiłam się. Czy to zasługa tego auta?
-Może przez to, że takim autem jedziesz 50km/h, gdzie dozwolone jest 70km/h.
-Nie chcę go uszkodzić.- oburzyłam się.
-Pojedźmy na plac, nauczę cię trochę trików. Skręć teraz w lewo.- polecił mi.
Zrobiłam to dość koślawie.
-Myliłem się, tym autem da się jeździć kiepsko.- stwierdził rozbawiony.
-Jeszcze raz skomentujesz moją technikę jazdy to pożałujesz, że nie wziąłeś ze sobą zbroi.
-Na światłach w prawo.- powiedział. -Kochanie, zaraz ci pokażę co to prawdziwa jazda. Wjedź w tą bramę.- nakazał.
Wjechałam na wielki, pusty plac. Elyas wysiadł z samochodu i podszedł do mnie, otwierając mi drzwi. Wysiadłam.  
-Nauczę cię tak jeździć.- wsiadł. Usiadłam na miejscu pasażera, trzymając się mocno pasa.
-Proszę, żebym przeżyła. Błagam, błagam, błagam. Chciałabym mieć dziecko i męża, ale go to w ostatecznym wypadku.- zamknęłam oczy. -Nie muszę mieć dobrej pracy ani kasy wywalającej się z szafy. Mam tyle planów, muszę zapłacić rachunek, podlać kwiaty w pokoju i odkurzyć dywan...- poczułam rękę Elyasa na swoim kolanie.
-Myślę, że Bóg cię wysłucha i ze względu na te prośby wyjdziesz z tego cało. Poza tym...jak można przed obliczem śmierci nie odkurzyć dywanu?- wyglądał na rozbawionego.
-To przez tego osła.- założyłam ręce na ramiona.
-Albo żyrafę.- stwierdził i odpalił samochód.
Na chwilę przestałam oddychać. Moje wnętrzności znalazły się w gardle, kiedy Elyas przyśpieszył i momentalnie skręcił kierownicą w prawo, dodając gazu. Obracaliśmy się w kółko, robiąc dym. Złapałam się mocniej pasa. Zaczęło śmierdzieć spaloną oponą. Elyas wyprostował kierownicę i rozpędził się momentalnie na prostej, skręcając co chwilę w lewo lub prawo. Sprawiało to, że skakałam na tym siedzeniu i przesuwałam się albo w prawo albo w lewo. Po kilku minutach brunet zatrzymał auto. Złapałam oddech.
-To...- jąkałam się. -Było mega.
Elyas uśmiechnął się.
-Wiem, maleńka. Teraz ty.- podał mi kluczyki i wysiadł z samochodu. Również to zrobiłam. Usiadłam na miejscu kierowcy i dopasowałam do siebie wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy typu jak lusterko, fotel. Odpaliłam auto i ruszyłam po placu.
-Rozpędź się.- zalecił mi.
Tak też zrobiłam, czułam jak z każdą sekundą prędkość tego samochodu rośnie.  
-I teraz delikatnie przechyl kierownicę w prawo.
Z piskiem opon uczyniłam to.  
-A teraz w lewo.
Na prostym odcinku dał mi się rozpędzić.
-Teraz stój.- nakazał. -Trzymaj mocno gaz i nie puszczaj. Skręć kierownicę w prawo i rusz.
Wzięłam głęboki oddech i zaleciłam się do jego poleceń. Auto zaczęło się kręcić w kółko, robiąc przy tym śmierdzący dym. Zaczęłam krzyczeć, ale nie ze strachu, tylko z emocji. Kręciliśmy się tak z dobrą minutę, po czym wyprostowałam kierownicę i zatrzymałam auto.
-Łał.- skomentowałam.
Spojrzałam na bruneta, który wpatrywał się we mnie.  
-Podobało ci się?- spytał, przybliżając się do mnie.
-I to jeszcze jak! Adrenalina i w ogólę.- plątał mi się język.
-To coś podobnego do orgazmu.- uśmiechnął się.
-Bardzo śmieszne.- wywróciłam oczami. -Przynajmniej taki chociaż mogłam doświadczyć.
Zaśmiał się.
-Kiedyś musi być ten pierwszy raz.- puścił do mnie oczko.
Prychnęłam.
-Chcę mieć kiedyś dziecko, więc pewnie się bez tego nie obejdzie.- wzruszyłam ramionami.
-Najpierw to odkurz dywan.- powiedział rozbawiony.
Zaśmiałam się.
-Tak, od tego wypadałoby zacząć.
Spojrzałam na Elyasa. Wygląda tak samo, kiedy go poznałam. Czarna bluzka, która była schowana pod czarną, skórzaną kurtką i ciemne jeansy. Jego włosy żyły własnym życiem i poustawiały się każdy w inną stronę, ale wyglądało to dość uroczo. Jego usta były lekko rozchylone, pokazując równe zęby w zadziornym uśmiechu. Podniósł jedną brew.
-Podobam ci się.- stwierdził.
Otrząsnęłam się.
-Co? Nie.
-Ależ tak.- uśmiech nie schodził mu z twarzy.
-Nie i koniec.
-To czemu się tak na mnie gapisz?- nadal dobrze się bawił.
-Zamyśliłam się.
Elyasa dłoń znowu spoczęła na moim kolanie.
-Na twoim miejscu bym ją zdjęła z tego miejsca, możesz ją szybko stracić.- wskazałam na jego dłoń.
Elyas nadal dobrze się bawiąc nie zdjął jej, lekko ściskając moje kolano. Odsunęłam się od niego i chwyciłam za jego dłon, ale ona nawet nie drgnęła. Przyssała się do mojego kolana jak Elyas do mnie. Długo siłowałam się z nim, żeby zdjąć jego dłoń z mojego kolana. Ostatkiem sił wpadłam na genialny pomysł. Łaskotki, chyba każdy je ma? Spojrzałam na niego, uśmiechając się. Przez chwilę zdawał się być zdezorientowany, dopóki zrozumiał co chcę zrobić. Szybko przeniosłam ręce na jego brzuch i zaczęłam okładać do łaskotkami. Brunet puścił dłoń z mojego kolana i zaczął się śmiać, błagając, żebym przestała. Ale nie zamierzałam się tym razem zastosować do jego zaleceń. Łaskotałam go tak długo, aż jego śmiech z błaganiem nie zmienił się tylko do błagania.
-Jak to możliwe, że wszędzie masz łaskotki?- zdziwiłam się.
Przez chwilę Elyas ciężko dyszał, co chwilę łapiąc większy oddech.
-Dawno mnie nikt nie łaskotał.
Uśmiechnęłam się, triumfowałam.
Skierowałam moją dłoń w jego stronę. Momentalnie odsunął się od niej. Zaśmiałam się.
-Chciałam ci tylko dać kluczyki.
Brunet wywrócił oczami.
-Wpędzisz mnie do grobu, kobieto.
Przytaknęłam.
-Ale najpierw odkurzę dywan.
Przesiadłam się z Elyasem, przez co on był na miejscu kierowcy, a ja na pasażera. Elyas ruszył i wyjechał z placu.
-Trochę się pokręcimy po mieście.- zasugerował. Jechał dość szybko i precyzyjnie. Kiedy się rozpędzał to momentalnie hamował i tak w kółko.
-Elyas.- irytowałam się.
-To za ten gwałt łaskotkami.- uśmiechnął się.  
Oburzyłam się.
-Mogę ci zadawać pytania, ale odpowiesz tylko prawdę, okej?
Spojrzał na mnie.
-Widzę, lubisz się ze mną bawić.
-Dopóki do gry nie wchodzi alkohol.- wysyczałam. -Więc jak?
Chwilę się zastanawiał.
-Okej, ale mogę odpowiedzieć tylko tak albo nie.
Westchnęłam.
-Twój tata jest prawnikiem?
-Tak.
-Więc dlatego ty też chcesz nim zostać?
-Tak.- westchnął.
-Ale wolałbyś być mechanikiem?
-Tak.
-Więc czemu robisz coś wbrew sobie?
-Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć tak lub nie, moja droga.
Westchnęłam.
-Czy Logan...ma dobre zamiary wobec Edith?
Zmrużył oczy.
-Wydaję mi się, że tak. On nie jest osobą bawiącą się uczuciami, znam go dobre, parę lat.
-Edith chyba serio się w nim zadurzyła.- stwierdziłam.
Pokiwał głową.
-Nie masz się o co bać.- wydukał. -Chyba ze znowu zamierzasz śledzić ich w krzakach.- na jego twarzy pojawił się ten zadziorny uśmiech.
Uderzyłam go lekko w ramię.
-Nie przypominaj mi tego.
-To było zabawne.- stwierdził.
Momentalnie przywołałam wspomnienie z około dwóch tygodni. Wzdrygnęłam się, kiedy do moich myśli wkradł się Joe.
-Ten grill...no wiesz w weekend...będą tam wszyscy motocykliści?- zapytałam.
Przez chwilę wyglądał na zaciekawionego moim pytaniem.
-Raczej tak.
-Cholera.- szepnęłam.
Spojrzał na mnie.
-Chodzi o Joe?- zapytał.
No tak, zapomniałam że on wszystko wie.
-Pesel też mój znasz?- zapytałam zirytowana.
Uśmiechnął się.
-Tego jeszcze nie.
Wywróciłam oczami.
-Ale tak, chodzi o niego.
Westchnął.
-Będzie, ale myślę, że chwila i znajdzie sobie zajęcie z jakąś przypadkową laską.- wzruszył ramionami. -Przepraszam.- momentalnie spojrzał na mnie, myśląc, że to mogło mnie urazić.
-Nic się nie stało. Jest dupkiem i będzie dupkiem. A ja byłam głupia.
-Zakochana.- szepnął.
Spojrzałam za szybę. Krajobraz przesuwał się tak szybko, że nie nadążałam za nasyceniem się jego widokiem. Czy byłam zakochana? Chyba tak, ale przez chwilę. Wiedziałam jaki jest Joe, zanim zaczęłam z nim chodzić, ale sądziłam, że jestem w stanie go zmienić. Powoli zaczęłam poznawać ulice, zrobiło się dość późno.
-Trzy godziny już minęły?- spytałam.
Pokręcił głową.
-Jeszcze pół godziny.
Wróciłam do mojej egzystencji i złych myśli, wpatrując się w widok zza szyby.
Elyas zatrzymał auto przed moim blokiem.
-Dziękuję ci.- szepnęłam.
Brunet przekręcił głowę w bok. Przez chwilę wyglądał jak pies, który woła o jedzenie.
-Chyba niedosłyszałem.
Wywróciłam oczami.
-Dziękuję ci.- powiedziałam głośniej.
-Co? Co? Co? Możesz powtórzyć? Już nie ten wiek i ten słuch co kiedyś.
Nadęty, bucowaty, głupi, zarozumiały...
-Dziękuję ci za dzisiaj.- krzyknęłam. -I nie waż się mówić, że nie słyszysz, bo cię zaatakuję łaskotkami.- zagroziłam palcem.
Zaśmiał się.
-Oczywiście, kochanie. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz przyprawię cię o orgazm.- puścił do mnie oczko.
-Jeżeli usłyszę w wiadomościach twój akt zgonu, uwierz mi, dojdę szybciej niż dzisiaj.- powiedziałam, wychodząc.
Elyas również wyszedł.
-Linden, Linden, Linden...nie wiesz co mówisz.- pokręcił głową, rozbawiony, odprowadzając mnie pod drzwi budynku.
-Jak kiedykolwiek dojdę, powiem ci jak było.
Zaśmiał się.
-Koniecznie zdaj mi tą relację.
Przez chwilę staliśmy i wpatrywaliśmy się w siebie.
-Będę już leciał. Czas się kończy.- odchrząknął.
Pokiwałam głową.
-Papa wyścigówko.- pomachałam do samochodu.
Elyas uśmiechnął się.
-Myślę, że ona też będzie za tobą tęsknić. Pierwszy raz ją chyba ktoś prowadził 50-siątką na godzinę.
Zrobiłam kwaśną minę.
-Zachowałam się z nią delikatnie.
Prychnął.
-Oczywiście. Myślę, że ona to doceni.
Dałam mu kuksańca w bok. Udał, że go to zabolało i pomasował się w tamto miejsce.
-Więc w weekend się widzimy?- na jego twarzy pojawił się znów ten szelmowski uśmiech.
-Będę cię omijać szerokim łukiem.- poklepałam go po barku.
-A ja wręcz przeciwnie. Kręcą mnie trudne przypadki.
-Jestem trudnym przypadkiem?- zdziwiłam się.
-Raczej tak, ale nie takim, którego nie można zdobyć.
Zaśmiałam się.
-Wybacz, nie jesteś w moim typie.
-Ty w moim też nie i co? Przeciwieństwa się przyciągają.
Prychnęłam.
-Nie jesteśmy magnesami.  
-Ale możemy być.- przybliżył się do mnie.
-Jeżeli chcesz dziś spać spokojnie, bez bolącego krocza, radziłabym ci się odsunąć ode mnie.- powiedziałam dobitnie, dając mu znak, żeby się odsunął.
Elyas uśmiechnął się.
-Śpij słodko.
-O ile nie zapomnę posypać się cukrem przed snem.- wywróciłam oczami.
Zobaczyłam ponowne rozbawienie na jego twarzy.
-Dobranoc, Linden.- jego bursztynowe oczy mieniły się w lampach oświetlających budynek.  
-Dobranoc, Elyas.
Brunet odsunął się ode mnie, dając mi wejść do budynku. Wchodząc po schodach, usłyszałam pisk opon. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Kątem oka spojrzałam na skrzynkę pocztową pod naszym numerem i zobaczyłam kawałek białej kartki. Zaciekawiona otworzyłam kluczykiem skrzynkę i wyjęłam list. Zaadresowany był do mnie, tak samo jak poprzedni list beznaczkowy. Otworzyłam szybko kopertę i wyjęłam z niej białą, zapisaną kartkę. Zaczęłam czytać:
"Czy to normalne, że myślę o tobie tak często? I zastanawiam się czy ty tak samo, myślisz o mnie jako o tajemniczym nieznajomym? Czy zaryzykujesz i spotkasz się jutro ze mną? Będę czekał o 20 przy Hyde Parku."
O cholera.

2 232 czyt.
100%156
blondeme99

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 3722 słów i 20688 znaków. Tagi: #miłość #pocałunek

6 komentarzy

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 25 lip 2018

    Fajnie się czyta. Widac od początku ze broni się przed nim.Ale jest bez szans

  • Lola123

    Lola123 · 25 cze 2018 · 196859676

    Super opowiadanie 😍😍😍😍😍

  • AnaidPrincess

    AnaidPrincess · 25 cze 2018

    Kocham, kocham, kocham..Boże jaki Ty masz dar kobieto!

  • Kmicic

    Kmicic · 24 cze 2018

    Dziękuję za dodanie kolejnej części, widzę że poczucie humoru cie nie opuszcza i to jest wspaniałe. Z niecierpliwością czekam na kontynuację tej genialnej opowieści.  

  • mydream2017

    mydream2017 · 24 cze 2018

    Ja bym jeszcze dodał:
    "Jeżeli usłyszę w wiadomościach twój akt zgonu, uwierz mi, dojdę szybciej niż dzisiaj"
    Tak poczucie humoru Sophie jest wspaniałe i będzie mi towarzyszyć do końca dnia nawet jak dziś przegramy.
    No i Corvette ZR1 boskie auto być może adekwatne do charakteru naszej Sophie

  • dreamer1897

    dreamer1897 · 24 cze 2018

    Ale mimo wszystko, naprawił mi samochód. Gdyby nie on mój portfel zapadłby w depresję i straciłby radość z życia
    Poza tym...jak można przed obliczem śmierci nie odkurzyć dywanu?        
    O tak!!! Ten humor jest tak niesamowity, że jutro do pracy wracam z uśmiechem na ustach. Kawa, tablet i szósta część nie mogło być inaczej. Znów zaskoczony, rozbawiony i ciekawy co z tajemniczym nieznajomym.