Dramione - niechciany obrońca rozdział 26

Dramione - niechciany obrońca rozdział 26Hermiona przebudziła się niespodziewanie, gdy maleństwo w jej brzuchu kopnęło ją nad wyraz mocno. Uśmiechnęła się delikatnie, gładząc brzuch. Zerknęła w okno i oniemiała, gdyż na zewnątrz szalała taka burza śnieżna, jakiej jeszcze do tej pory nie widziała, nawet w Hogwarcie. Śnieżyca sama w sobie była dość przerażająca, ale pokrywała ten mroczny kawałek świata cudowną, puchową pierzynką. Na palcach podeszła do okna, siadając na szerokim parapecie i zapatrzyła się w padający na dworze śnieg.
- obudziłaś się – usłyszała za sobą lekko zaspany głos Dracona. Obróciła się w jego stronę z szerokim uśmiechem na ustach.
- Dziecko jest trochę niecierpliwe – wyjaśniła, śmiejąc się.
- Dlaczego, coś się dzieje? – Ślizgon momentalnie wyskoczył z łóżka i znalazł się przy ukochanej. Jego wzrok zdradzał niepokój.
- Nie, wszystko w porządku. Po prostu mały się już obudził i stwierdził, że mamie też już wystarczy taka ilość snu. Nie masz się czym martwić, Draco. Do porodu zostało jeszcze trochę czasu i możesz być pewny, że dam ci znać, gdy tylko dostanę skurczy.
- Jesteś pewna? A może na wszelki wypadek wezwę magomedyka?
- Draco, uspokój się! Naprawdę nic mi nie jest! – powiedziała, głaszcząc go po nieogolonym policzku.
- Po prostu się o ciebie martwię...
- Ale zaczynasz popadać w paranoję... Został jeszcze miesiąc i nic nie wskazuje na to, by poród miał się odbyć wcześniej.
- Dobrze, ale gdy tylko poczujesz jakiekolwiek skurcze, natychmiast dajesz mi znać, jasne?
- Nie przesadzasz? Zamartwisz się na śmierć – prychnęła wesoło.
- Nie, nie przesadzam, Hermiono. Martwię się o ciebie, bo cię kocham i nie mogę pozwolić sobie na utratę ciebie, rozumiesz? Jesteś dla mnie zbyt ważna. Jesteś całym moim światem, choć w żadnej mierze nie zasługuję na twoją miłość – mruknął, obejmując ją delikatnie. – Zakochałem się w tobie jak szczeniak. Wariuję na twoim punkcie i obiecuję ci, że gdy to wszystko się skończy, zostaniesz panią Malfoy, a ja postaram się o dziedzica z mojej krwi!
- Czy to były oświadczyny? – zdumiała się.
- Nie – odparł, kręcąc głową. – Ale kiedyś się ich doczekasz. Teraz jednak najważniejsze jest wydostanie cię stąd oraz... ustrojenie naszej choinki, bo przecież święta już jutro!
- Jesteś pewny, że mam iść z tobą na ten bal? Może zabierzesz kogoś innego?
- Niby kogo?...
- Astorię na przykład. Jestem pewna, że chętnie by z tobą poszła.
- Tę pustą lalę? Zgłupiałaś, Granger? Ja mam tam zamer iść z miłością mego życia i dlatego to właśnie ty idziesz ze mną!... A teraz chodźmy na śniadanie, skrzat pewnie już wszystko przyszykował... A potem zabieramy się za strojenie komnat. Nawet Czarny pan wie, ile przyjemności sprawiają nam takie proste czynności i po cichu się z tym godzi, bo jak twierdzi, umila mu to jeszcze bardziej jego święto... Z resztą zobaczysz jutro, jak pięknie będzie wyglądał zamek...
- Boję się – jęknęła, idąc za Ślizgonem do jadalni, gdzie czekał już na nich nakryty do posiłku stół, a w rogu stała wielgachna żywa choinka.
- Czego się boisz? – zapytał miękko, pomagając jej zająć miejsce.
- Że już nigdy stąd nie ucieknę... Że to dziecko zostanie zgładzone – mruknęła cicho, a w jej pięknych oczach pojawiły się łzy smutku i strachu.
- Spokojnie... Nic ci nie będzie, obiecuję... Za dwa dni bezpiecznie wrócimy do domu, a Czarny Pan zostanie pokonany!
- Jesteś pewny, że Harry go pokona?
- Jeśli nie Bliznowaty, to na pewno ktoś inny to zrobi!
- Ale nikt z nas nie ma aż tak wielkiej mocy, by tego dokonać! Przecież to Harry został Wybrańcem...
- Srańcem, a nie Wybrańcem – mruknął. - I co z tego, że został? Miał tyle szans i każdą marnował. Nawet tę w czasie Bitwy o Hogwart. I wiesz co? Wydaje mi się, że Potter pogodził się już z tym, że nie dane mu będzie pokonanie Czarnego Pana...
- Ale w przepowiedni jest przecież powiedziane, że będzie mieć moc, jakiej nie będzie miał Czarny Pan – pisnęła Gryfonka, pijąc sok jabłkowy. Od dyniowego dostawała natychmiastowych torsji.
- Miłość, tak... Ale wygląda na to, że Czarny Pan jakoś się na to już uodpornił lub też magia, jaką obdarowała Pottera jego matka w jakiś sposób osłabła... Hermiono, wiem, że dla ciebie to bolesne, bo Potter jest twoim przyjacielem, czemu doprawdy cały czas się dziwię, ale prawda jest taka, że Bliznowaty potrzebować będzie bardzo dużego szczęścia w kolejnym starciu z nim, albo potężnego sojusznika, który odwali za niego całą robotę...
- A ja w niego i tak wierzę! – burknęła buńczucznie.
Draco spojrzał na nią krótko i pokręcił tylko głową, nie mówiąc już nic.
Po zjedzeniu śniadania, Hermiona zabrała się za przegląd ozdób świątecznych, niektóre za pomocą Ślizgona zmieniając magią w całkiem inne.
Cztery godziny żmudnej pracy później z zadowoleniem i dumą spoglądali na przystrojoną choinkę i kominek, które mieniły się srebrem, czerwienią i bielą.
- Pięknie – westchnęła zadowolona Hermiona, dociskając dłonie do krzyża, by choć trochę zniwelować ciężar brzucha.
- Powinnaś się teraz położyć – powiedział miękko Malfoy. – Jesteś zmęczona, musisz odpocząć. Pamiętaj, co mówił magomedyk – nie wolno ci się przemęczać.
- Przecież tego nie robię, Draco – odparła ze słabym uśmiechem. Nie chciała się tak szybko poddawać, ale musiała przyznać, że tego dnia dziecko było nad wyraz ruchliwe, a brzuch ciążył jej jakoś szczególnie. – Wszystko w porządku!
- Akurat! – prychnął i z wysiłkiem podniósł Gryfonkę. - Widzę po twoich oczach, że po prostu wręcz marzysz o długiej kąpieli i porządnej drzemce – mówiąc to, zaniósł ją do sypialni. – Czekaj tu, a ja przyszykuję ci kąpiel.
- Jesteś cudowny, wiesz? – powiedział, z wyraźną ulgą opadając na poduszki.
- Oczywiście, przecież w końcu jestem Malfoyem, Granger – odparł, z czułością gładząc ją po czole. – Polecę skrzatom, by na obiad przygotowały ci pożywny bulion. To powinno dodać ci niezbędnych sił.
- Cieszę się, że tak o mnie dbasz.
- O kobietę swego życia trzeba dbać – obdarzył ją promiennym uśmiechem i wyszedł do obszernej łazienki. Lejąc wodę do wanny, przyłapał się na tym, że o dziecku dziewczyny myśli, jak o swoim własnym i z przykrością przypomniał sobie, że to niestety nie on jest jego biologiczny ojcem.
- Ciekawe, jak Krum zareaguje na wiadomość, że choć jego dziewczyna jest z nim w ciąży, to kocha mnie... – mruknął cichutko sam do siebie, zakręcając wodę.
Gdy władował już Hermionę do pachnącej różnymi olejkami kąpieli i na dziesiątki sposobów upewnił się, że mu nie odpłynie z powodu zmęczenia, wrócił do salonu, nalał sobie do kryształowej szklanki Ognistej Whisky z przyjemnie grzechoczącym weń lodem i usiadł za biurkiem. Napił się przyjemnie piekącego w gardło zimnego napoju i podparłszy głowę na ręce, zapatrzył się we wciąż padający na zewnątrz śnieg. Po kilku minutach wpatrywania się w szalejącą na dworze zawieję, przetarł dłońmi twarz, by choć trochę zebrać do kupy swoje myśli i wyciągnął z jednej z szuflad pergamin i kałamarz z pięknym piórem.

Pani profesor McGonagall.
Jutro Święta, dlatego wraz z Hermioną życzymy całemu Zakonowi wszystkiego, co najlepsze. By zaplanowana przez nas akcja, powiodła się w pełni. Uczestników proszę poinformować o niej jutro wieczorem, bez zdradzania dokładnego celu, by szpieg Czarnego Pana nie miał szans na ostrzeżenie swego mocodawcy. Miejsce zamku, które dokładnie opiszę w dalszej części listu, proszę przekazać im tuż przez teleportacją.
Wyspa Rozpaczy znajduje się na północny – wschód od Islandii. Zamek usytuowany jest nieopodal południowego brzegu. Zachowajcie wszelką ostrożność.D.

Przeczytał uważnie niezbyt długi liścik i dopisał w Post Scriptum dokładne dane geograficzne punktu, modląc się, by odnaleźli Wyspę i by nikt nie ostrzegł Śmierciożerców zawczasu o ich podstępie. Złożył list i schował go do szuflady, na wszelki wypadek pieczętując ją zaklęciem. Miał zamiar wysłać go wieczorem, gdy będzie już na tyle ciemno, że nikt nie dostrzegłby jego czarnej sowy.
Z trudem opanowując zdenerwowanie mającym nadejść jutrem oraz akcją Zakonu, jednym haustem dopił zawartość swojej szklanki i udał się do łazienki, gdzie Hermiona z szerokim uśmiechem wpatrywała się w okno, na którym mróz malował fantazyjne wzory.
- Powoli zaczynam czuć magię Świąt – oznajmiła, nawet się do niego nie odwracając.
- To dobrze, nie uważasz? – powiedział, przysiadając n brzegu marmurowej wanny.
- Uważam, dlatego się tak cieszę, jak głupia.
- Nigdy nie twierdziłem, że jesteś głupia... Poza tym cieszę się wraz z tobą – pocałował ją czule w ramiono. – Jak się czujesz?
- O niebo lepiej. Wreszcie przestał mi tak bardzo dokuczać brzuch.
- To dobrze, bo nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłem – szepnął jej do ucha.
- Wiem – odwróciła się do niego z szerokim uśmiechem.
- Skąd? – zapytał niebotycznie zaskoczony jej oświadczeniem.
- Widziałam to w twoich oczach, Draco. Nie ukryjesz tego przede mną – zaśmiała się, całując go w nos.
- Nie zamierzam ukrywać przed tobą tego, że cię kocham...
- Pojutrze wszystko się zmieni, prawda? – zapytała cicho po chwili.
- Martwisz się, że Krum nie pozwoli ci odejść, co? – domyślił się. Przytaknęła. – Mnie też to lekko martwi... Ale obiecuję, że zrobię wszystko, byś bezpieczna została przy mnie. To śmieszne, jak w dawnych czasach moje głęboko skrywane uczucie do ciebie, maskowałem dodatkowo kpinami i wyzwiskami pod twoim adresem... Chociaż nie... To przykre, że tak nisko upadłem. Nie zasługuję na twoje uczucie, mała Gryfonko, jedynie co, to na pogardę i życie w samotności...
- Draco, proszę cię, nie mów tak! – zaprzeczyła gorąco. – Jesteś wspaniałym człowiekiem, naprawdę się zmieniłeś, postawiłeś swemu ojcu, działasz przeciwko Temu, Którego I mienia Nie Wolno Wymawiać, opiekujesz się mną i moim dzieckiem, codziennie narażając dla nas swoje życie. I właśnie to, moim zdaniem, zasługuje na miano dobra, Malfoy! – dźgnęła go palcem w pierś, a następnie w czoło i powiedziała dobitnie. – Wbij to sobie do tego tlenionego łba, fretko, bo ja także nie mam zamiaru z ciebie rezygnować i wracać do Viktora lub tym bardziej do Weasley’a!
Blondyn zamrugał raz, jak sowa, a następnie zapytał powoli i cicho:
- Czy ty właśnie nazwałaś mnie fretką?
Hermiona pisnęła, widząc jego zimny wzrok i przytaknęła nieśmiało.
- Poważny błąd... Bardzo poważny. Powiedziałem ci, że pożałujesz, jeśli jeszcze raz mnie tak nazwiesz... A co do koloru moich włosów... To nikt, ale to nikt nie ma prawa się z nich nabijać, zrozumiałaś? I właśnie za to spotka cię zasłużona kara, uparta dziewczyno! – powiedział głosem całkowicie wypranym z emocji, po czym nie dając jej czasu na żadną reakcję, rzucił się na nią, wskakując do wanny i przygniatając ją ostrożnie i tym samym rozchlapując wokół wodę z pianą. – Poniesiesz konsekwencje tego, co powiedziałaś! – rzucił i zaczął ją gilgotać, co natychmiast wywołało jej dziki pisk i niekontrolowany atak śmiechu. Wkrótce też łzy pociekły jej po policzkach i zabrakło tchu.
- Kocha cię – mruknął Draco, całując ją w nos. – Jesteś dla mnie wszystkim, kochanie. I niech tak już pozostanie, dobrze?
- Oczywiście, przecież nie mm zamiaru najmniejszego tego przerywać – odparła, dysząc ciężko i patrząc, jak przemoczony chłopak wygrzebuje się z wanny, w której pozostało już niewiele wody.
- Cieszę się – mruknął uwodzicielsko, rozpinając guziki śnieżnobiałej koszuli.

- Dlaczego mamy wyjść poza zamek? – zapytała zdumiona Gryfonka, zakładając czarną suknię.
- Bo w ten sposób zaczniemy cały Bal – odparł cierpliwie Draco.
- I nic mi nie zrobią, bo opuściłam zamek?
- Oczywiście, że nie, bo to część tradycji.
- A co będziemy tam robić? – zainteresowała się.
- Nie powiem ci – zaśmiał się, zapinając koszulę.
- Dlaczego? – obruszyła się natychmiast.
- Bo to będzie niespodzianka. Powiem ci tylko, że przy okazji czeka nas mała wycieczka.
- To może wtedy uda mi się uciec? – zaproponowała natychmiast.
- Tak, a ja wrócę bez ciebie, powiem, że mi uciekłaś, a Czarny pan na sto procent mnie nie ukaże... Granger! Myśl czasami, bo to nie szkodzi! – zirytował się. – Wiesz, co by się ze mną stało, gdybym pozwolił ci się oddalić na tyle, byś mogła się stąd deportować? Chłosta i sectumsempra lub cruciatus co najlżejsze z rzeczy, jakimi bym w takim wypadku oberwał!... A tego, jak przypuszczam, nie chcesz, więc zachowuj się, jak na mądrą czarownicę przystało, dobrze?
Przytaknęła, kiwając nieznacznie głową i odwróciła się do lustra, by ocenić efekt swojej wielogodzinnej pracy. Zaklęcia maskujące były tak doskonałe, że niemal sama nabrała się, patrząc na swoją nienaganną figurę, skrywaną pod obcisłą suknią, która normalnie aż tak wąska nie była.
- Hermiono, pamiętaj, że cały czas przy tobie będę, ale staraj się na balu nie oddalać zbytnio ode mnie, bym nie tracił cię ze wzroku. Co prawda nie sądzę, by po tym, jak Czarny Pan ukarał mego ojca, chcieli jeszcze coś ci zrobić, ale wolę dmuchać na zimne... I pamiętaj, że jutro to wszystko się już skończy...

Minerwa spojrzała po stosunkowo radosnych twarzach przyjaciół, siedzących wraz z nią przy ogromnym świątecznym stole i westchnęła cicho.
- Czy mogłabym prosić was o uwagę? – powiedziała, tym samym przerywając gwar toczących się rozmów. – Otrzymałam list od naszego człowieka... Życzy nam wesołych Świąt.
Przez salon przemknął szum szeptów. Ludzie wyglądali na lekko zaskoczonych.
- Jest jednak coś o wiele ważniejszego, o czym dzisiaj muszę was poinformować. Jutro szykuje się dla nas akcja. Cały Zakon Feniksa ma być postawiony w stan gotowości od godziny szóstej rano. O siódmej deportujemy się na miejsce i natychmiast przystępujemy do działania – oznajmiła po chwili.
- Gdzie lecimy?... Co to za akcja?... Znaleźliśmy księgę?... Hermiona się odnalazła?... Lecimy ją odbić? – pytania posypały się natychmiast ze wszystkich stron.
- Szczegółowych informacji udzielę wam jutro tuż przed samą deportacją, powiedzieć jednak mogę tyle, że bardzo wiele wskazuje na to, że jutrzejszego ranka przyjdzie nam stoczyć wiele ciężkich walk.
- Idziemy walczyć, z Sama – Pani – Wie – Kim? – zainteresował się Ron.
- Jeśli nie z nim bezpośrednio, to zapewne z jego sługami. Resztę wyjaśnię jutro. Teraz życzę miłego wieczoru... Muszę odwiedzić kogoś jeszcze – powiedziała twardo, wstając od stołu. Udała się do przedpokoju, skąd wzięła swój płaszcz podróżny. Po chwili szczęknęły otwierane i zamykane drzwi, gdy wyszła z Nory, kierując się ku niezbyt odległemu wzgórzu. Obróciła się wkoło. Poczuła napierającą zewsząd ciemność, zaparło jej dech w piersiach, a nogi oderwały się od podłoża. Niedługo potem stanęła pewnie przed bramą prowadzącą do domu.
Minerwa rozejrzała się wokół, starając się w zapadającej ciemności dostrzec, czy nie jest przez nikogo śledzona, a następnie przekroczyła bramę i raźnym krokiem ruszyła żwirową ścieżką ku wejściu do domu. Sięgnęła do ozdobnej kołatki wiszącej na drzwiach.
- „Kogu to diabli noszą o tak późnjej porzje?” – usłyszała niezadowolony głos mężczyzny dobiegający ze środka i już po chwili stanęła twarzą twarz z Viktorem Krumem.
- Pani profesur? – zdumiał się Bułgar, widząc angielską nauczycielkę.
- Witam, panie Krum. Czy w ten świąteczny wieczór mogłabym zająć panu chwilkę?
Mężczyzna cofnął się w głąb domu, wpuszczając czarownicę do środka. Poprowadził ją ku salonowi, gdzie centralne miejsce, tuż obok kominka zajmowała wielgachna choinka, piękna przybrana.
- To dla Hermijony. Ja wiem, że una barrdzu by się cię cieszjyła, gdyby ją widzjała – powiedział smętnie.
- Proszę się już tak nie martwić, jutro ją pan odzyska.
Bułgar spojrzał na kobietę swoimi ciemnymi oczami i rozdziawił usta ze zdumienia.
- Uratowaliście wy ją? – zapytał ochrypłym głosem.
- Jeszcze nie. – McGonagall pokręciła przecząco głową. – Ale jutro rano Zakon zaatakuje siedzibę Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. I chcę, by pan wziął w tym udział.
- Gdzie mam czekać? – zapytał bez żadnych ogródek.
- Proszę o szóstej trzydzieści rano teleportować się na wzgórze obok Nory państwa Weasley. Ta wyjaśnię pozostałym, gdzie i w jakim celu się udajemy... Dlatego też radziłabym panu już dziś więcej nie pić – mruknęła, delikatnym gestem wskazując baterię pustych butelek po alkoholu.
- Ja od dawna już nie piję – odparł, spojrzeniem omiatając stół, który swym wyglądem mówił całkowicie coś innego. – Te butelki... Ja chciał, by one przypominały mi każdego dnia, o ja głupiego robił wcześniej...
- Rozumiem – rzekła, odwracając się z zamiarem wyjścia. – Proszę pamiętać, że jutro będzie pan walczył dla i za Hermionę – rzuciła jeszcze na odchodnym.

W tym samym czasie w komnatach Dracona.
- Długo mam jeszcze czekać? – zniecierpliwił się chłopak. – Za chwilę się spóźnimy.
- „Czy ty chcesz, bym ładnie wyglądała, czy nie?” – odparła Hermiona zza drzwi łazienki, w której dokonywała ostatecznych szlifów swego wyglądu. – „Poza tym...” – drzwi otworzyły się wreszcie, ukazując piękno dziewczyny – jestem już gotowa.
Przez dłuższą chwilę zdumiony jej eleganckim wyglądem Ślizgon chłonął oczami ten widok jak gąbka wodę. Na miękkich nogach podszedł do niej i przyciągnął ją lekko do siebie.
- Gdybyś tylko nie była teraz w ciąży i mielibyśmy dla siebie więcej czasu, to zaciągnąłbym cię z chęcią do łóżka i pokazał ci, co to znaczy prawdziwa rozkosz! – wyszeptał jej do ucha tak zmysłowym tonem, że kolana się pod nią ugięły i musiała złapać się połów jego marynarki, by upaść. – Ale lepiej chodźmy już, bo jeszcze chwila i pomimo wszystko spełnię swoje „ostrzeżenie” – zaśmiał się, pomagając jej zarzucić na ramiona drogi płaszcz z grubego futra jakiegoś zwierzątka. – Muszę przyznać, że wyglądasz oszałamiająco. Zrobisz furorę na Balu i jestem przekonany, ze żadna inna dama nie będzie dziś wyglądać równie wystrzałowo, co ty, moja piękna.
Gdy wyszli na zewnątrz, policzki Hermiony natychmiast zaatakował szczypiący mróz. Nie miała jednak szans bardziej zmarznąć, bo natychmiast została wpakowana do ciężkich, czarnych sań czekających na nich na ośnieżonym podjeździe. Gryfonka nie zauważając żadnego przyprzężonego doń zwierzęcia, wywnioskowała, że muszą być prowadzone za pomocą magii lub przez niewidoczne dla niej testrale.
- Paskudne zwierzęta – mruknął Draco, patrząc między dyszle.
- Widzisz je? – zdziwiła się.
- Uprzedzę twoje pytanie, szlamo... – syknął, gdy nieopodal nich przeszedł McNair. – Nie twój zasrany interes!
W jej oczach pojawiły się łzy, gdy tylko usłyszała to znienawidzone przezwisko z jego ust, ale w miarę szybko przywołała się do porządku, przypominając sobie, że to tylko gra, a Draco prawdziwie ją kocha. Gdy pospiesznie starła błyszczące łzy, starając się nie zniszczyć sobie makijażu, sanie ruszyły w drogę. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że kierują się w stronę plaży, na której w magiczny sposób uformowano piękne lodowe rzeźby. Hermiona ze wszystkich stron słyszała okrzyki zadowolenia żeńskiej części tej czeredy oraz męskie pomruki zadowolenia, ale dopiero kiedy po godzinie cudnej przejażdżki dojechali do bramy głównej i wiodącej od niej alei do zamku, prawie zapomniała, w jakim miejscu i w jakich okolicznościach się znajduje... Ponure zamczysko oświetlone bowiem było mnóstwem czerwonych latarni, które nadawały kubaturze niezapomnianego efektu płomieni pełzających po fasadzie, ale największy szok przeżyła, gdy weszli do środka, zaraz po tym, jak jeden ze Śmierciożerców przy wejściu zrobił im pamiątkowe zdjęcie.
Gryfonka wprost zaniemówiła na widok girland i światełek zwieszających się z balustrad schodów.
- Jak w bajce – szepnęła w końcu do chłopaka.
- Zgadzam się – odparł, a na jego ustach wykwitł kołtuński uśmiech, jakby te wszystkie ozdoby były ciężką pracą jego własnych rąk.
Sala Balowa, do której niedługo potem weszli, przedstawiała sobą tak niezapomniany widok, że dziewczyna aż rozdziawiła usta ze zdumienia. Przepych, w jakim była udekorowana wysoko sklepiona komnata, a zwłaszcza ciepłe kolory złota i zieleni sprawiły, że głowa Gryfonki obracała się we wszystkie strony, gdy zmierzali do stolika, wobec czego Draco miał wrażenie, ze dziewczyna za chwile ją sobie najzwyczajniej w świecie odkręci. Ona sama przez dłuższą chwilę nie mogła uwierzyć w to, że pochodzący co do jednego ze Slytherinu Śmierciożercy, a przede wszystkim Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać zgodzili się na użycie złota! Jedynym odejściem od tego, gdzie złoto zastąpiono srebrzystą bielą, był stół główny, przy którym miał zasiąść sam Voldemort raz ze swoją wybranką.
Draco poprowadził ukochaną ku dość odległemu miejscu, gdzie na wprost nich sadowił się już Blaise wraz z Astorią, która uczepiła się jego ramienia. Ciemnoskóry chłopak wyglądał, jakby miał ochotę miotnąć w nią jakimś mało przyjemnym zaklęciem, bo najwyraźniej to nie był jego pomysł, by przyjść tutaj właśnie z tą kobietą. Hermiona, która jakoś nigdy wcześniej nie pałała do niego szczególną sympatią, teraz zaczęła mu współczuć.
- Sie masz, stary koniu! – zagaił natychmiast do Smoka, gdy tylko zauważył przyjaciela. Przez chwilę zatrzymał swój wzrok na Gryfonce, a następnie z cierpiętniczą miną zerknął ukradkiem na swoją damę, której strój bardzo odbiegał od tak zwanego dobrego smaku. Hermiona w ostatniej chwili zdusiła w sobie szyderczy chichot, siadając na krześle podsuniętym jej przez szarmanckiego blondyna.
- Czołem – odparł Draco. – Szykuje się całkiem niezła biesiada, co nie?
- Dokładnie. Podobno Czarny Pan sprowadził trzysta butelek Ognistej na tę okoliczność...
- Trzysta? – zdumiał się młody Malfoy. – Czy to aby nie przesada? Przecież połowa z tych kretynów przez tydzień nie wstanie z łóżka! A co z szukaniem księgi? Chyba że już mu nie jest potrzebna...
- Tego nie wiem... Poza tym mnie się czepiasz? To nie był mój pomysł z ilością trunków, aczkolwiek muszę przyznać, że całkiem udany!
- Dla ciebie każda ilość Ognistej powyżej trzech butelek jest dobrym pomysłem – odciął się Draco, kręcąc głową nad alkoholizmem przyjaciela.
- O, przepraszam bardzo! – obruszył się tamten. – A pamiętasz, jak swego czasu w Hogwarcie obaliliśmy razem siedem butelek?
- Pamiętam i to tylko dlatego, że ja przestałem pić po drugiej!
Zabini zamyślił się na chwilę, a potem oblał nagle rumieńcem i wymamrotał, niekoniecznie cicho:
- Czy to było wtedy, gdy założyłem strój Borata i goniłem Ast po całym naszym Pokoju Wspólnym?
- Dokładnie, tyle że wtedy byłeś już w miarę trzeźwy, bo wcześniej jakimś sposobem wlazłeś na nasz kominek, pełną piersią odśpiewałeś hymn Anglii, a potem oświadczyłeś się Nottowi!
- To dlatego ten skurczybyk przez miesiąc nie chciał potem ze mną gadać! – zdenerwował się drugi Ślizgon, wywołując na twarzach swoich przyjaciół szczere uśmiechy.
- Zgadza się, przyjacielu. – obok nich pojawił się nagle Nott. – Gdyby teraz również naszła cię taka ochota, oberwiesz ode mnie Avadą!
Wybuch gromkiego śmiechu wstrząsnął ponownie stolikiem. Wkrótce jednak musieli dać spokój tej radości, bo na salę przybył Mistrz Ceremonii we własnej postaci wraz z Parvati, której biel sukni wręcz oślepiała każdego, kto na nią spojrzał. Dziewczyna była radośnie uczepiona jego ramienia, a jej oczy kontrastowały z kolorem jej stroju, bowiem przybrały niebezpiecznie czerwonego odcienia.
Śmierciożercy natychmiast porwali się ze swych miejsc, widząc wchodzącego na salę Voldemorta i zgięci w ukłonie, wyciągnęli w górę swe różdżki, z których wypłynęły srebrne i zielone magiczne węże, które ułożyły się w powietrzu w następujący napis: „Chwała Czarnemu Panu, bowiem on oto jest zbawicielem tego świata.” Napis zniknął w nagłym rozbłysku sztucznych ogn.
Hermionę ścisnęło coś mocno za gardło, gdy „gwiazdor wieczoru” z nieukrywanym zachwytem dziękował za ten dowód lojalności. Gdy tylko usiadł do stołu, wszyscy pozostali niezwłocznie uczynili to samo, a zatrudnione w zamkowej kuchni i skrzaty zaczęły wnosić ciepłe posiłki dla ucztujących. Wkrótce też alkohol polał się obfitymi strumieniami, a gwar toczonych rozmów stał się odrobinę głośniejszy.
- Jedz bez obaw – szepnął Draco Hermionie. – Nikt cię nie otruje...
Kiwnęła mu głową i ochoczo zabrała się za pałaszowanie pięknie przyrządzonej pieczeni z dzikiej gęsi, która wręcz rozpływała się w ustach. Co prawda zemdliło ja porządnie od buraczków w majonezie, ale na szczęście nie wywołała tym jakiegoś większego zainteresowania, bo Astoria akurat też narzekała na ten rodzaj potrawy. Niedługo potem pod wpływem dość przyjemnej atmosfery, jaka panowała na Sali, niemal przestała przejmować się tym, w jakim towarzystwie przyszło jej świętować te spaczone przez Śmierciożerów Święta, i co ma przynieść jutrzejszy dzień. Zajęta dyskretnym obserwowaniem pozostałych kobiet ani się spostrzegła, kiedy zegar wybił godzinę jedenastą wieczorem, a część mniej zaprawionych w piciu mężczyzn, zaczęła zwalać się pod stoły. Było to hasło do odwrotu dla Dracona, który pod chytrym pretekstem chęci udania się ze swoją służką do łóżka, uprosił Voldemorta o pozwolenie oddalenia się do swej komnaty.
- Widzę, że dziewczyna dobrze ci służy... Chwali się to, bowiem sądziłem przez dłuższy czas, że będzie sprawiać kłopoty i trzeba będzie się jej pozbyć... Gdyby była czystej krwi może nawet byś i pojął ją za swą żonę. Chętnie przewodniczyłbym takiej ceremonii, Draconie... – powiedział Voldemort.
- Dziękuję, mój panie, za tak szlachetną propozycję, lecz niestety Granger jest tylko szlamą i honor mój nie pozwala mi na wzięcie jej za żonę, choćby była najpiękniejszą kobietą świata. A taką przecież być nie może, po pierwsze przez swoje pochodzenie, a po drugie taka oto kobieta zasiada tu dzisiaj przy twym boku, miłościwy zbawco – odparł gładko, choć miał wrażenie, że prędzej zwymiotuje, niż wypowie te słowa.
- Jesteś niezwykle uprzejmy, Draco – zaśmiała się Patil. – A teraz wracaj do swej służki i niech dobrze służy ci w łożnicy, prawda? – z ostatnimi słowy zwróciła się do Voldemorta.
- Idź! – czarnoksiężnik machnął ręką w stronę chłopaka, tym samym dając mu znać, że swego rodzaju audiencja jest skończona. Draco ukłonił się najniżej, jak tylko potrafił i zawrócił w stronę stolika, przy którym siedziała podenerwowana Granger i nie tłumacząc się już Zabiniemu, wziął dziewczynę mocno za rękę i stanowczo wyprowadził na korytarz.

- Od rana masz być gotowa na to, że Zakon może wpaść tu w każdej chwili! – warknął w jej stronę, gdy tylko po nałożeniu na komnaty najsilniejszych znanych sobie zaklęć ochronnych, zwrócił się w jej stronę. Kolejne machnięcie różdżka sprawiło, że jej rzeczy spakowały się do magicznie wyczarowanej w powietrzu walizki. – Musisz być gotowa na natychmiastową ucieczkę. Ochronię cię jutro, ale gdyby coś mi się stało w czasie walk, musisz stąd uciekać beze mnie, rozumiesz?
- Nie chcę! – zaprzeczyła gwałtownie, a w jej czekoladowych oczach momentalnie pojawiły się łzy.
- Nie płacz, głupia, tylko mnie słuchaj... Nie mam pojęcia, w jakim stopniu Potter i reszta są przygotowani na to, co ma jutro tu nastąpić, dlatego wszystko tu może się zdarzyć. Gdyby było tak, że Zakon od początku będzie przegrywał, przetransportuję cię razem z twymi rzeczami do Nory, ale sam będę musiał tutaj wrócić!
- Obiecaj mi, że mnie nie opuścisz! – jęknęła, wtulając mu się w przód śnieżnobiałej koszuli.
- Postaram się – powiedział, czując, jak w gardle rośnie mu gula. W duchu modlił się, by McGonagall dobrze dobrała czarodziejów, którzy jutro mieli stoczyć tu jedną z ważniejszych bitew.

2 474 czyt.
100%31
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 5124 słów i 29349 znaków.

1 komentarz

 
  • Juliaaajl

    Juliaaajl · 27 gru 2016

    Super! Uwielbiam! Kiedy następna cześć?