Dramione (miniaturka) Podróże w czasie część 6

Dramione (miniaturka) Podróże w czasie część 6

- Granger? Gdzie ty jesteś?... Granger, odezwij się wreszcie, głupia dziewczyno! - Draco wyglądał, jakby dostał ataku regularnej histerii. - Granger, no gdzie... - urwał nagle, gdy dostrzegł ją nieprzytomną na ziemi. Z jej głowy sączyła się krew. - Nosz, kurwa, Granger, ty niedojdo! Nawet lądować nie potrafisz?
Był poirytowany, bo jak sądził, przyjdzie mu się nią teraz opiekować, a zaklęcie przeniosło ich przecież do nieznanego czasu!
- Granger, no! - jęknął, gdy jego stosunkowo subtelne próby ocucenia ją, nie dawały żadnego efektu. - Nie umieraj mi tu, idiotko! - uderzył ją mocniej w twarz. Mruknęła coś niewyraźnie i otworzyła oczy. Skrzywiła się natychmiast, czując ból potylicy. - Żyjesz! - Draco aż usiadł na ziemi, czując niewyobrażalną ulgę.
- Co się stało? - zapytała słabo, starając się podnieść do siadu.
- Wyrżnęłaś tym swoim pustym czerepem o ziemię przy lądowaniu! - warknął, tym samym starając się nie pokazać jej, jak bardzo ucieszył się, że dziewczyna jednak żyje... - Myślałam, że już mi tu zeszłaś!
- Bałeś się o mnie?! - ucieszyła się. Spojrzał na nią krzywo, pomagając podnieść się jej z ziemi.
- Mózg sobie uszkodziłaś? Po prostu nie miałem ochoty tłumaczyć twoim skretyniałym przyjaciołom, że to nie ja przyczyniłem się do twojej śmierci — warknął, kręcąc z politowaniem głową. - Ale tak na serio... Nie uszkodziłaś sobie nic w tym baniaku? Nie chciałbym, abyś mi tu gdzieś po drodze zeszła...
- Chyba nie, ale to można sprawdzić prostym zaklęciem — odparła, wyciągnęła różdżkę i wypowiedziała formułkę. Po chwili miała już diagnozę. - Nic mi nie jest.
- To dobrze... Daj ten czerep. Pomogę ci go opatrzyć — mruknął niechętnie. Gdy odwróciła się do niego plecami i położył jedną dłoń na jej głowie, by odgarnąć niesforne loki, z niemałym zdumieniem skonstatował, że to siano, co zwykle stanowiło jej fryzurę, jest dość miłe w dotyku...
Po kilku chwilach po ranie nie było śladu, a Gryfonka zapytała, rozglądając się dookoła uważnie. - Gdzie my jesteśmy?
- Pojęcia nie mam! Bardziej interesowało mnie to, żebyś się wreszcie obudziła, a nie zdechła mi tutaj! – warknął.
- Oh, aleś ty uprzejmy! – sarknęła ze złością. – Nie czaj jednak na twoje zboczone myśli, musimy jak najszybciej dowiedzieć się, gdzie to cholerne zaklęcie nas wyniosło...
- O jakich zboczonych myślach mówisz? Sugerujesz coś?
- Nie, ja po prostu wiem, że miałeś ochotę mnie rozebrać!
- Nie schlebiaj sobie, Granger. Miałem o wiele lepsze od ciebie! – syknął poirytowany jej głupimi domysłami.
- Oczywiście... – chciała dokończyć swoją myśl, ale nagle usłyszeli tętent kilkunastu kopyt i po kilku minutach z lasu za ich plecami wynurzyło się kilku jeźdźców. Przy koniach biegły psy myśliwskie, które natychmiast otoczyły zaskoczoną parę kołem, szczerząc groźnie zębiska, lecz ostre komendy sprawiły, że tylko cudem uczniowie Hogwartu uniknęli rozszarpania bez te bestie. Jeźdźcy zbliżyli się do nieznajomych i również obstąpili ich kołem, z wyraźną niepewnością przyglądając się niecodziennym strojom przybyszów.
- Skąd jesteście? – zapytał jeden z nich, najpewniej dowódca.
- Z Londynu – odparł natychmiast Draco.
- Co tu robicie?
- Zbłądziliśmy. Uciekł mi wierzchowiec...
- Znaleźliśmy jakiegoś konia wałęsającego się po lesie, jakiś kilometr stąd... To wasze zwierzę? Draco spojrzał we wskazanym przez niewiele starszego chłopaka kierunku i kiwnął potakująco głową. To faktycznie był jego wierzchowiec... – Oddajcie mu konia... Wiecie, że znajdujecie się w tej chwili na ziemiach należących do mego wuja, Brutusa Malfoy?
- Jesteśmy tedy w Wiltshire? – zdziwił się blondyn.
- Dokładnie!
- Toż ja znam wuja Brutusa! Jestem jego odległym kuzynem... – Draco zdecydował się na szaleńczy krok, mając nadzieję, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw. Wiedział bowiem, że żyjący pod koniec osiemnastego wieku Brutus miał tak rozległą rodzinę, że nie sposób było wszystkich spamiętać. No i przodek Brutusa spowinowacony był jakoś z mugolami, co dawało Draconowi szansę, że poda się za odległego kuzyna. Zastawiona misternie pułapka chyba się udała, bo młodzieniec na koniu spojrzał na blondyna dużo łagodniej i powiedział ogniście:
- Toż to musi być sprawka Merlina, że sprowadził cię tu przeto... Zastanawialiśmy się nie tak dawno z wujem, co też dzieje się z potomkami Marcusa w Londynie, skoro powziął za żonę mugolkę... Nie mogę uwierzyć! Cóż za szczęście móc poznać dalekiego kuzyna!
- Nawet bardzo dalekiego... – pomyślał Draco, będąc przytulanym przez przodka, a głośno powiedział. – Również rad jestem z tego spotkania.
- Zapraszam wobec tego kuzyna do Malfoy Manor! A co z dziewczyną?
- To mugolka, moja służka imieniem Hermiona.
- Całkiem niezgorsza... Szkoda, że mugolka... Będzie pracować w kuchni, brakuje nam tam rąk do pracy – zdecydował młodzieniec. W tym czasie Hermiona spojrzała na blondyna z mordem w oczach, ale chłopak szybko ją uspokoił, mówiąc:
- To również czarodzieje, ale musimy być nad wyraz ostrożni, rozumiesz? Mój przodek, o którym teraz z nim rozmawiałem, przeforsował ustawę przeciwko mugolom, więc zachowuj się normalnie, dobrze? Bo jeśli odkryją, że jesteś czarownicą mugolskiego pochodzenia, to marny twój los!
- Rozumiem, ale jeśli jeszcze raz zrobisz sobie ze mnie swoją służącą, to cię zabiję! Czy ty w ogóle orientujesz się, w jakim czasie się znaleźliśmy?
- Prawdopodobnie gdzieś pod koniec siedemnastego wieku... A teraz lepiej zacznij już grać swoją rolę, bo patrzą się na nas podejrzliwie.

Wkrótce dotarli do Malfoy Manor, a do Hermiony powróciły złe wspomnienia z czasu, kiedy była tu więziona i torturowana przez Bellatrix. Została teraz przydzielona do mugolskiej służby kuchennej, a młody Malfoy przyjęty w rodzinne progi z honorami niemal godnymi królewicza.
W przeciągu kilku wręcz godzin Gryfonce przyszło schować swoją dumę i buńczuczną naturę głęboko do kieszeni i wziąć się do roboty, której w potężnej posiadłości, która w owym czasie była bardziej rozbudowana, niż współcześnie, nigdy nie brakowało. Wieczorami wręcz padała na twarz ze zmęczenia, bo rzecz jasna ni mogła używać magii, ale przynajmniej nauczyła się dość dobrze gotować. Dracona, który niemało natrudził się, by przekonać swoich przodków, że nie jest żadnym oszustem, widywała bardzo rzadko, bo chłopakowi nie wypadało odwiedzać prostej służby, lecz gdy tylko gdzieś przez przypadek go ujrzała, jej głupie serce zaczynało mocniej bić na jego widok i płoniła się przy tym, jak rak świeżo wyjęty ze wrzątku. A potem miała poważne problemy, by w ogóle usnąć, bo przed jej oczami ciągle jawił się ten znienawidzony przez nią wcześniej tleniony arystokrata.
Ganiła siebie samą za to, bo wiedziała, że ulegnie mu, jeśli tylko czegoś od niej zażąda, a z drugiej strony nie mogła znaleźć w sobie tej siły, by mu odmówić.

Pewnego dnia, gdy dobiegał już końca drugi tydzień ich pobytu w siedemnastym wieku, gdy w pocie czoła pracowała w gorącej i zadymionej kuchni, usłyszała na zewnątrz stanowczy głos blondyna:
- "Muszę porozmawiać z dziewczyną, z którą tu przybyłem! Przyprowadź ją do mnie!”
Po chwili drzwi się otworzyły, wpuszczając do środka więcej światła.
- Ej, szlamo! – krzyknął jeden ze strażników. – Chodź tu natychmiast!
Hermiona odłożyła na blat kawał wyrabianego ciasta i otrzepawszy dłonie z mąki, ruszyła do wyjścia.
Gdy tylko zerknęła na blondyna, serce natychmiast rozpoczęło swój szaleńczy taniec, a na policzki wypełznął jej szkarłatny rumieniec – zdrajca.
- Odejdź! – Dracon zwrócił się do służby i ująwszy dziewczynę mocno za rękę, poprowadził ją daleko poza zabudowania.
- Ał! – syknęła, gdy ścisnął jej przegub zbyt mocno.
- Nie szarp się tak, to nie będzie bolało! – upomniał ją z krzywym uśmiechem.
- Ale to boli, gdy mnie tak ciągniesz!
- Przepraszam... – mruknął. Zatrzymała się gwałtownie i wlepiła w niego te swoje duże brązowe oczy.
- Że co? – zapytała zdziwiona.
- Przepraszam – powtórzył głośniej i śmielej.
- Za co?
- W sumie to za wszystko. Za te lata wyzwisk, za liczne upokorzenia, za to, że moja ciotka tak bardzo się okaleczyła... No i za twoją obecną sytuację. Próbowałem ich później jeszcze przekonać, byś nadal była przy mnie, ale się nie zgodzili, twierdząc, że to uwłacza honorowi Malfoyów... – powiedział, delikatnym gestem odgarniając jej z czoła kilka niesfornych kosmyków.
- Dlaczego to robisz? Przecież nie musisz być dla mnie aż tak miły – bąknęła nieśmiało, bo głębia jego stalowych oczu działała na nią zbyt mocno.
- Granger, czy ty na głowę upadłaś, czy co? – zdziwił się niebotycznie. – Mówisz mi, że nie muszę cię przepraszać?
- Po prostu nie chcę, byś robił coś wbrew sobie...
- Tyle że ja właśnie tego chcę, rozumiesz? Dotarło do mnie jakim skurwielem byłem, gdy zobaczyłem, jak ciężko pracujesz, bym miał wszystkie wygody tutaj. A przynajmniej część z nich...
Hermiona spojrzała na niego uważnie, ale wyglądał zdrowiutko!- A więc...przeprosiny przyjęte, Malfoy – powiedziała po dłuższej chwili, w której czasie on niepewnie przestępował z nogi na nogę.
- Bardzo się cieszę, bo naprawdę mi na tym zależało, Hermiono.
- Zmieniłeś się...
- Powiedziałem ci przecież kiedyś, że niektórzy ludzie mogą się zmienić.
- A ja niestety nie chciałam ci wierzyć i to... – umilkła nagle, a jej twarz pobladła gwałtownie.
- Hermiono?... Co się stało? – zapytał skonsternowany blondyn.
- Zabiję Ronalda własnymi rękami, jak tylko go dorwę! - -warknęła wściekła, a w następnej chwili złapała Ślizgona mocno za rękę. Poczuli, jak się unoszą...

1 538 czyt.
100%41
elenawest

opublikowała opowiadanie , aktualizowała 16 sty, 11:53 w kategorii fantasy, użyła 1808 słów i 10152 znaków. ·

Komentarze (1)

 
  • Juliaaajl

    Juliaaajl 8 stycznia

    Daaaalej! Kochana , daaaalej!