Dramione - niechciany obrońca rozdział 19

Dramione - niechciany obrońca rozdział 19- Ah, madame Blythe. Miło mi powitać panią w mych progach – rzekła McGonagall, witając się z niewysoką, acz wyniosłą czarownicą o eleganckim wyglądzie. – Miło mi, że jednak zdecydowała się pani ze mną spotkać.
- Witam... Gdyby nie ten przebrzydły atak Śmierciożerców na moich uczniów, to nigdy by d tego nie doszło. Nie obchodzą nas wasze walki, przez te wszystkie lata żyliśmy sobie w Ilvermorny całkiem spokojnie, ale nie pozwolę, by jacyś niedouczeni i nieokrzesani magicy tak po prostu przychodzili sobie pod mury mojej placówki i bezkarnie atakowali moich wychowanków! – odparła zaskakująco niskim głosem. – Nie mam pojęcia, dlaczego szukają czegoś akurat w mojej szkole, ale zapewniam panią, że cokolwiek to jest i nawet jeśli tam jest, to nie zdobędą tego!
- Rozumiem, spokojnie, madame Blythe... Wejdźmy do środka i porozmawiajmy na spokojnie – zaproponowała Minerwa i wprowadziła czarownicę do środka. – Napije się pani może czegoś?
- Ognistej poproszę, o ile oczywiście ją pani posiada – zdecydowała. Minerwa kiwnęła głową, a następnie za pomocą różdżki wyczarowała odpowiedni trunek wraz ze szklaneczkami. – Jak rozumiem, jest pani przychylna temu, bym wraz ze swoimi ludźmi sprawdziła pani placówkę, tak?
- Skłaniam się po temu – odparła dyrektor Blythe.
- Rozumiem... Pani dyrektor, piastujemy takie same stanowiska, więc sądzę, że może się pani podzielić ze mną pewnymi informacjami... Ilvermorny została założona w którym wieku?
- W szesnastym przez parę czarodziei czystej krwi pochodzenia irlandzkiego. Nie stać ich było na wysłanie swoich pociech właśnie do Hogwartu – machnęła ręką w stronę odległego zamku – więc stworzyli im namiastkę tego, co tutaj dzieci mogły znaleźć. Z czasem szkoła zaczęła się rozrastać, aż w końcu przybrała teraźniejszy wygląd.
- Hmmm... Szesnasty wiek... To zbyt późno, jak na Salazara, a tym bardziej na Morganę – mruknęła McGonagall w zamyśleniu. – Pani dyrektor, a czy ktoś z Europy wizytował kiedykolwiek pani placówkę?
- Musiałabym pomyśleć. – blondynka zapatrzyła się w nieczynny kominek i wzrok jej padł na ustawione tam zdjęcia. – To pani? – zainteresowała się, wskazując zdjęcie.
- Tak. Wraz z moim nieżyjącym już mężem.
- Bardzo mi przykro... Czy zginął z rąk tego, z którym walczycie bądź jednego z jego popleczników?
- Nie, to był nieszczęśliwy wypadek.
- Ah... Rozumie. No cóż, jak mówiłam nie podoba mi się to, że ten czarnoksiężnik pragnie przeszukać moja szkołę. Udostępnię ją wam, być może znajdziecie coś, co my mogliśmy przeoczyć, nie wiedząc czego należy faktycznie szukać. Poza tym, mamy masę innych spraw na głowie... A co do pani pytania, to w ostatnich pięćdziesięciu latach mieliśmy cztery takie wizyty, przy czym dwukrotnie był to ten sam człowiek.... Pierwszą około końca trzydziestego dziewiątego, kiedy Stany Zjednoczone niewiele wtedy jeszcze wiedziały o Drugiej Wojnie Światowej. Przybył wtedy do nas przystojny młodzieniec. Chyba nazywał się Grindelwald, o ile dobrze pamiętam... Wie pani, ja wtedy byłam jeszcze młodą uczennicą, teraz idzie mi już sześćdziesiąty szósty rok... Z tego, co pamiętam, to młodzian ów był u nas jakieś trzy dni. Pooglądał szkołę i zniknął, nie mówiąc nikomu, że wyjeżdża. Mówił jednak na wstępie, że chciałby poznać inne placówki, niż Durmstrang czy Hogwart właśnie, a o naszej szkole słyszał wiele dobrego. Ówczesna pani dyrektor chętnie go wpuściła, nie sprawiał z resztą złego wrażenia... Później zjawił się inny czarodziej, taki mały i krępy. Był u nas dwukrotnie, drugim razem około trzech lat temu. Nie przedstawił się, więc nie mamy pojęcia, kim mógł być, bo też nie wpuściliśmy go do środka. Odgrażał się, że tego pożałujemy. Ostatnią wizytę, około rok temu, kiedy byłam już dyrektorką, złożyła nam wizytę blondwłosa kobieta, myślę, że około czterdziestki. Elegancka, mówiła, że nazywa się... Rosier, tak Rosier i że chce posłać dziecko do Ilvermorny, ale jak na moje oko wydawała się ciut za stara jak na tak małe dziecko. Obejrzała szkołę, pozaglądała do klas i opuściła nas grzecznie. To wszystko.
- Czy ta kobieta była wtedy sama? – zainteresowała się McGonagall.
- Owszem – odparła Blythe, sącząc trunek.
- Dziękuję... To cenne informacje. Postaramy się ustalić, kim faktycznie była ta kobieta i ten krępy czarodziej.
- Nie wierzy pani, by nazywała się ona Rosier?
- Nie... Nie wierzę. Rodzina Rosier pochodzi z Francji i z tego, co wiem, obecnie nie ma u nich żadnej blondwłosej kobiety około czterdziestki. Ba! Tam nie ma żadnej kobiety już.
- Ale pani wie, że kimkolwiek ona była, mogła posłużyć się wobec tego Eliksirem Wielosokowym?
- Oczywiście! Dlatego powiedziałam, że to sprawdzimy... A więc... Możemy wejść do pani szkoły i się rozejrzeć, tak?
- Tak... Dam wam tydzień. Wystarczy?
- Będzie musiało – odparła nauczycielka transmutacji. – Zjawimy się pod pani placówką pod koniec tygodnia.
Kobieta skłoniła się lekko Minerwie i deportowała się z domu hogwardzkiej czarownicy.

Trzy godziny później.
- Rozmawiałam z dyrektorką amerykańskiej placówki. Udało mi się przekonać ją, by udostępniła nam swoją szkołę celem przeszukania jej. Wyruszamy pod koniec tygodnia – powiedziała Minerwa do zebranych w salonie państwa Weasleyów członków Zakonu Feniksa. – Potrzebuję piątki ochotników.
- Ja pójdę! – zgłosił się natychmiast Potter.
- Pan nie! – zaoponowała nauczycielka. – Nie wiadomo czy nie zostaniemy jednakowoż tam napadnięci przez Śmierciożerców, a pan nie może się narażać. Liczymy na pana, panie Potter, więc musi pan zbierać siły na spotkanie z Sam — Wiesz - Kim.
- Więc mam siedzieć tu bezczynnie, podczas gdy moi przyjaciele narażają swoje życie? – zdenerwował się czarnowłosy chłopak z blizną na czole.
- Jeśli oznaczać to będzie, że dzięki temu pan przetrwa, to tak! Ma pan tu siedzieć, panie Potter – ucięła dyskusję nauczycielka. – Percy! Ty dawno się w niczym nie udzielałeś! Czas to zmienić!
Rudowłosy okularnik spojrzał na nią zaskoczony, ale kiwnął głową na znak, że się zgadza. Był jednak bledszy niż zwykle. Po kilku minutach do tej akcji zgłosili się Hagrid, Ginny, Ron i ku rozpaczy młodszego rudzielca, również Krum.
- Jesteśmy więc w komplecie. Przygotujcie się, wszystko musi odbyć się perfekcyjnie! Nic nie może nas zaskoczyć... Wiktorze? A jak tam twoja misja? Udało ci się kogoś zwerbować?
- Ne... Ja rozmawiał z moimi kolegami, ale nie zastał ich w domach zbyt wielu. Rodziny mi mówili, że chłopaków nie ma już długi czas i oni się martwią. Mówili, że chłopaki chyba zgłosili się do Czarnego Pana... A ci, z którymi ja rozmawiał, oni się boją i nie chcą się angażować. Dziewczyny w ogóle mi nie otwierały – powiedział smutno.
- Ale mówiłeś im, że ważne jest, byśmy zebrali jak największą ilość członków, tak?
- Da. Ale oni nie chjeli mne słuchać. Boją się. Mówjili, że Czarny Pan ich znajdzie, jeśli się do nas przyłączą.
- Nie dobrze... Znaczy to, że Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać werbuje nowych członków. Buduje armię, czy jak? – zdenerwował się Ron.
- Jak na to wpadłeś, geniuszu? – prychnął George. – Czasami jesteś tak inteligentny, jak sklątka! Przecież to oczywiste, że skoro tamci odeszli do Sam – Wiesz – Kogo, to znaczy, że on buduje armię! Po kim ty jesteś taki niekumaty, stary? Problem w tym, że nikomu innemu nie mówiliśmy o misji Wiktora! Ktoś musiał nas wyprzedzić!
- A oże on kłamie? – obruszył się czerwony na twarzy Ron. – Skąd możemy wiedzieć, że mówi prawdę? Może to on werbuje ludzi do szeregów Śmierciożerców?
- Ne, to ne ja – odparł Wiktor, patrząc na Rona.
- Panie Weasley, jestem pewna, że pan Krum nie jest szpiegiem Sam – Wiesz – Kogo!
- Dlaczego?
- Bo inaczej Hermiona nie zostałaby uprowadzona! Gdyby to on za wszystkim stał, panna Granger już dawno, jak mniemam, byłaby z nami! – odparła pewnie McGonagall. – Nie, mogę ręczyć za pana Kruma. On nie jest jednym z popleczników Sami — Wiecie – Kogo... Jestem go tak pewna, jak każdego z was, bo wiem, że wy nie zdradzilibyście Zakonu... Obawiam się zatem, że jest to ktoś inny, tylko nie mogę dociec wciąż kto taki.


Dzień później w siedzibie Voldemorta.

Draco przeciągnął się delikatnie, by nie obudzić śpiącej w jego ramionach brunetki. Uśmiechnął się lekko, słysząc jej spokojny oddech. Jedną rękę położył na jej zaokrąglonym już ładnie brzuchu. Nie czuł jeszcze ruchów dziecka, ale wiedział, że na to po prostu za wcześnie. Musiał jednak przyznać, że już nie mógł się tego wprost doczekać. Przez te kilka tygodni, kiedy dziewczyna była pod jego opieką i władzą, zdążył się w niej bezgranicznie zakochać. Dlatego też chciał uchronić ją przed zwolennikami tego wężowatego palanta, jak i przed nim samym przede wszystkim! Jej słowa, że woli zostać z nim – Draco, niż wracać do Bułgara, podziałały na blondyna dużo mocniej, niż jej cios w trzeciej klasie! Wiedział, że jest w stanie poświęcić dla niej wszystko. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to również życie. A później, jak sobie obiecał, o ile oczywiście przeżyje, będzie o nią walczyć, gdyby Krum i Weasley nie odpuścili!
- Kocham cię – szepnął jej do ucha. Wyszczerzył się w szczerym uśmiechu, widząc jej delikatny uśmiech na ustach. Wstał ostrożnie i wyszedł do salonu. Miał masę spraw do załatwienia i nie chciał zostawiać tego na później. Wolał się z tym uporać, teraz kiedy Hermiona jeszcze spała. Nie dane mu jednak było zbyt długo rozkoszować się ciszą i samotnością poranka, bowiem zaklęcie rzucone na drzwi wejściowe poinformowało go, że ktoś właśnie do nich podszedł i zamierza wejść. Zaraz potem usłyszał pukanie do drzwi. Zrzucił papiery do szuflady, opieczętował ją zaklęciem i odparł:
- Wlazł!
Do pomieszczenia wszedł Zabini, jego ojciec i Nott. Draco zgrzytnął zębami na widok rodziciel i Notta. Od ostatniego razu postanowił mu nie ufać i jak na razie wychodziło mu to tylko na dobre...
- Witaj, synu – rzucił od progu Lucjusz. – Ty już na nogach? Czyżby szlama nie dawała ci spać? – zaśmial się obleśnie.
- Nie, ojcze. Wiesz, że lubię wstawać wcześnie. To mnie relaksuje. Ale dziwi mnie, że ty także już nie śpisz. To chyba jakaś wyjątkowa okazja, nieprawdaż?
- Być może, nie twój interes! A tak przy okazji? Jak w łóżku sprawuje się twoja zabaweczka?
- Całkiem niezgorzej. Robi wszystko to, na co akurat mam ochotę, a czasami sama wychodzi z inicjatywą. Jak na brudną krew czasami zachowuje się, jak prawdziwa lwica – zaśmiał sie.
- To chyba cecha gryfonów, nieprawdaż?
- Być może, ale akurat w tym wypadku wątpię, by chodziło o jej przynależności do Domu Lwa... Ma świetne ciało i dlaczego miałbym z tego nie korzystać, skoro została mi łaskawie dana? – uśmiechnął się z jakimś takim wyrazem twarzy, ze Zabini natychmiast się odezwał z nutą kpiny w głosie:
- Ohohoho! Czyżby Draco nam się zakochał? – Smok popatrzył na niego tak, że ten natychmiast zamilkł.
- Mógłbyś nie żartować w ten sposób? To szlama, Blaise, chociaż naprawdę urodziwa. Przecież wiesz, że lubię ładne rzeczy...
- Eh, ty i to twoje cholerne zamiłowanie do piękna! – warknął zniesmaczony Lucjusz.
- Nie tobie je zawdzięczam! – odgryzł się blondyn.
- Nie waż się wymawiać jej imienia w mojej obecności! – ryknął starszy Malfoy.
- Nie mam zamiaru!
- Ej, spokojnie, nie ma potrzeby od razu skakać sobie do gardeł. Nie po to tutaj przyszliśmy – powiedział polubownie Nott, starając się uspokoić obydwu arystokratów w nadziei, że dzięki temu zyska jeden plusik u Dracona.
- A po co? – zainteresował się tamten. Przez cały czas patrzył złowrogo na ojca, którego szczerze nienawidził.
- Czarny Pan woła zebranie na ten wieczór. Podobno ma jakąś niespodziankę dla nas.
- Dlaczego ja zawsze dowiaduję się o wszystkim ostatni? – zirytował się młodszy z Malfoyów.
- To akurat nie jest twoja wina, Draco. Twój szanowny ojciec miał bowiem zaszczyt uczestniczyć w porannej partyjce szachów z samym Czarnym Panem, kiedy ten otrzymał sowę z jakąś informacją. Informacją, która uradowała go na tyle, że postanowił się z nami nią podzielić. Kazał twojemu ojcu rozpowiedzieć wszystkim o wieczornym zebraniu, co ten niezwłocznie uczynił, po drodze spotykając naszą dwójkę. Wspólnie już postanowiliśmy iść do ciebie i o wszystkim ci opowiedzieć.
- Rozumiem... A was w takim razie co do mnie sprowadzało?
- Chęć spędzenia poranka z przyjacielem – odparł Nott, spoglądając niepewnie na blondyna siedzącego za biurkiem.
- Aha... Ognistej? – zaproponował Draco.
- Chętnie – zgodził się Lucjusz. – A powiedz mi, gdzie teraz jest Granger?
- Odsypia nocne ekscesy ze mną, a bo co? – odparł chłopak, nalewając trunku do szklanek.
- W swoim łóżku? – zainteresował się Blaise.
- Nie, w moim. Nie chciało mi się jej tam przenosić. Poza tym, po co ma spać u siebie, skoro i tak co noc ląduje w moim?
- Wiesz, jeszcze nie słyszałem, by inny Śmierciożerca tak łagodnie traktował swoją służkę.
- Może dlatego żadna z nich nie przeżyła, co? – odciął się blondyn, rozdając szklanki, w których miło grzechotał lód. – Do rzeczy, po co ci wiedzieć, gdzie sypia Granger?
- Chciałbym iść z tobą na układ, synu. Wypożyczysz mi ją, powiedzmy na tydzień.
- A co dostanę w zamian? – zainteresował się niemrawo Draco.
- A to obowiązek, ze muszę dać ci coś w zamian?
- Pasowałoby... Sam powiedziałeś, że ma być to układ, więc coś za coś.
- Niech ci wobec tego będzie... Dostaniesz mój dworek na Lazurowym Wybrzeżu. Może być?
- Nie... To rudera, poza tym ściągasz tam swoje kurwy... Nie, dzięki... Wolałbym już dom w szwajcarskich alpach, ale wiem, że jego mi nie oddasz za Granger.
- Zbyt wysokie progi, synu. Ale za nią mogę sprowadzić ci znakomitego ogiera do twojej stajni, który pokryje twoją Lady, a z tobą zostanie pełnokrwisty źrebak.
Draco popatrzył w okno, niby to zastanawiając się nad propozycją ojca. Niestety zbyt dobrze wiedział, co by się z nią stało, a przede wszystkim z dzieckiem, gdyby mu ja oddał. Skrzywił się z niesmakiem.
-Wybacz, ale twoje oferty mnie nie interesują. Granger została przydzielona mnie, a ja niechętnie się dzielę. Zostanie ze mną. Niektórzy z was aż za dobrze wiedzą o się dzieje gdy tykają mojej własności bez mego pozwolenia...
- Grozisz mi? – syknął Lucjusz, łypiąc groźnie na syna.
- Tylko ostrzegam. Granger może dawać dupy tylko mnie. Wiem, jak traktujesz swoje dziwki i nie mam zamiaru później przez miesiąc leczyć jej psychicznie i fizjologicznie po tym, co jej zrobisz, zwłaszcza przed zbliżającym się Balem u Czarnego Pana... To wszystko? Bo mam masę roboty i chciałbym sumiennie popracować, zanim poobracam moją szlamę...
- Już nas nie ma! – Nott pierwszy podniósł się z kanapy. Ostatni zrobił to Lucjusz. Zanim jednak wyszedł z komnaty, rzucił do syna:
- Radziłbym ci to wszystko jeszcze raz przemyśleć.
- Już dałem ci w tej sprawie jasną odpowiedź – mruknął pochylony nad szklanką Whisky blondyn. – A teraz wyjdź, zamknij za sobą drzwi i najlepiej sprawdź, czy nie ma cię w swojej komnacie!
Lucjusz trzasnął tak mocno drzwiami, że rozkołysał zawieszony pod sufitem kryształowy kandelabr. Obudziło to śpiącą w sypialni młodzieńca gryfonkę, która przybiegła przestraszona do komnaty.
- Co się dzieje? – zapytała.
- Nic takiego, spokojnie... To tylko mój ojciec ze zbyt dużą ekspresją zamknął za sobą drzwi. Po prostu nie zgodził się z moją decyzją i musiał dać upust swoim emocjom – odpowiedział Draco, podchodząc do niej i biorąc ja w ramiona. – wyspałaś się?
- Nieszczególnie, bo śnił mi się Ron – przyznała niechętnie.
- Moje biedactwo – pocałował ją w czoło. – Gdybym mógł to usunąłbym go permamentnie z twojego życia.
- Ale nie możesz – odparła. – Niestety...
Słysząc jej słowa, Draco roześmiał się serdecznie.
- Mam nadzieję, że pamiętasz o Balu Halloween? – zapytał ją po dłuższej chwili.
-Pamiętam, chociaż się boję. A co jeśli on wyczuje, że jestem w ciąży, albo że oplata mnie zaklęcie maskujące?
- Nie martw się... Nie zrobi tego.
- Skąd wiesz?
- Bo zaklęcie samo w sobie maskuje także siebie, a on musiałby je znać, by rozpoznać. Nie jest też w stanie go z ciebie zdjąć. Nie ma takiej mocy. On nie wie, co to jest miłość, nigdy nie widzi jej objawów, a to głównie dzięki niej udało mi się je na ciebie rzucić... Poza tym jest bardzo stare i zupełnie inne, niż to, którym Pottera uchroniła jego matka.
- Skąd znasz tak potężne zaklęcie? Musi przecież pochodzić z zamierzchłych czasów!
- Czy nie wystarczy ci, że potrafię je rzucić i że działa tak, jak powinno?
- Nie! Draco... powiedz mi, proszę, skąd je znasz?
Chłopak spojrzał jej niepewnie w oczy...

2 603 czyt.
100%41
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 3078 słów i 17505 znaków.

1 komentarz

 
  • chaaandelier

    chaaandelier · 26 wrz 2016

    Draco zyskał w moich oczach. Czytając to opowiadanie zmieniłam kompletnie zdanie o bohatera z Harrego Pottera. Jestem ciekawa jak się skończy.