Dramione - niechciany obrońca rozdział 24

- Porozmawiam z McGonagall o tym ataku.
- To dobrze. Tylko uważaj na siebie — szepnęła Hermiona.
- To raczej oni powinni uważać.
- Na co? - zdziwiła się.
- Raczej na kogo — sprostował. - Na szczura, który jest w ich szeregach. Wciąż niestety nie udało mi się ustalić, kim on jest, co daje mu poważną przewagę nad nami, choć wątpię, by wiedział też, iż to ja jestem tu człowiekiem Zakonu... Nie mniej jednak wciąż jest niebezpieczny i to mnie martwi, bo w tej sytuacji możemy ufać tylko dyrektorce.
- A mnie to smuci. Bo tym szpiegiem przecież musi być ktoś bardzo dobrze nam znany... Ktoś, kogo lubimy i komu ufamy.
- Niestety... W obecnej sytuacji Zakon jeszcze bardziej musi się mieć na baczności.
Hermiona zapatrzyła się w ciemne okno, za którym jak zwykle ostatnio szalała potężna śnieżyca. Westchnęła, myśląc o coraz szybciej zbliżających się Świętach, które zawsze spędzała z rodzicami, Weasleyami w Norze, bądź też z przyjaciółmi w pokrytym puchową kołderką śniegu Hogwarcie. Teraz miało być zupełnie inaczej i nie miała wątpliwości, że nie będzie tak miło, jak zazwyczaj.
Draco zauważył jej smutną minkę i przyciągnął ją do siebie.
- Obiecuję ci, że te Święta będą wspaniałe — wyszeptał jej czule do ucha. - Wiem, że to nie to samo, co z rodziną, ale postaram się, byś zapamiętała je na całe życie.
- Draco... Teraz ty i ten szkrab jesteście moją rodziną — uśmiechnęła się do niego czule.
- I już zawsze tak będzie.

- Panie Malfoy... Jest pan pewien, że tu nas nikt nie podsłucha? - zapytała niespokojnie nauczycielka transmutacji, patrząc na wysokiego blondyna, gdy usiedli w salonie.
- Jestem pewny. Rzuciłem na ten dom odpowiednie zaklęcia, dzięki którym będę wiedział, że nas ktoś obserwuje — odparł niewzruszony Ślizgon.
- Rozumiem. Jaki jest powód tego spotkania?
- Obmyśliłem plan wydostania Granger i Weasleya z niewoli — powiedział bez żadnych wstępów.
- Zadziwia mnie pan — mruknęła kobieta. - Ale to dobre zaskoczenie... Słucham więc.
- Na wstępie pragnę zaznaczyć, że o całej akcji nie może pani powiedzieć nikomu z Zakonu, aż do dnia jej wykonania, bo wtedy cały mój misterny plan weźmie w pizdu! A mnie zależy na poważnym zaskoczeniu tych patafianów i Czarnego Pana — powiedział twardo.
- To zrozumiałe. Proszę kontynuować...
- Czarny Pan urządza Bal Bożonarodzeniowy dla swoich ludzi, bowiem uważa się za swego rodzaju mesjasza, który ma zbawić świat czarodziejów i oczyścić go ze wszelkiego plugastwa... Początkowo myślałem o tym, by zaatakować zamek w jakiś zwykły dzień, ale ranek po Balu będzie jeszcze lepszy. Strażnicy na sto procent będą spać, więc spokojnie miniecie bramę główną, lecz wtedy zaatakować was mogą dementorzy lub infernusy, bo przez bramę mogą przejść tylko Śmierciożercy. Jednak jestem pewien, że kilka dobrych zaklęć utrzyma ich w szachu. Gdy przejdziecie przez Wejście Wybrańców, które jest główne, na wprost was znajdować się będą szerokie schody prowadzące na wyższe kondygnacje, lecz zanim po nich wejdziecie, radzę sprawdzić kuchnię znajdującą się po lewej stronie i zablokować drzwi strażników po prawej... Na trzecim piętrze znajdziecie Salę Balową. Jestem pewny, że wszyscy już tam będę, łącznie z więźniami, lecz większość Śmierciożerców będzie jeszcze na potężnym kacu i coś mi mówi, że ich obrona nie będzie zbyt zacięta. Oczywiście najgorszym przeciwnikiem będzie sam Czarny Pan, ale sądzę, iż Potter sprosta wreszcie temu zadaniu.
- Też mam taką nadzieję — odparła McGonagall, a Draco kontynuował:
- To dobrze... Później najniebezpieczniejszymi przeciwnikami będzie mój ojciec, Macnair, Grabbe i Zabini. Malfoya możecie zabić, lecz oszczędźcie mi Blaisa. To mój najbliższy przyjaciel.
- Wedle życzenia, panie Malfoy... Proszę mi jednak powiedzieć, gdzie mamy się udać, by odnaleźć kryjówkę twego pana?
- O tym poinformuję panią w liście, który dostanie pani w Boże Narodzenie... Niestety wciąż nie udało mi się ustalić, kto jest jego szpiegiem, dlatego zalecam jak najdalej posuniętą ostrożność. Nie chciałbym, by Czarny Pan dowiedział się o wszystkim zbyt wcześnie... Aha, jeszcze jedno. Zalecałbym teleportację łączną, wtedy szpieg nie będzie mieć możliwości teleportować się do zamku i ostrzec przed atakiem.
- A może świstoklik? - zaproponowała siwowłosa kobieta. Draco pokręcił jednak głową, mówiąc:
- Nie da rady. Magiczne bariery wokół wyspy uniemożliwiają przedostanie się na nią świstoklikiem. Odeślą was daleko na wzburzone morze. A on zostanie ostrzeżony i wpadnie w gniew.
- Nie wiem, czy uda mi się teleportować trzydzieści osób na raz.
- Musi pani! - powiedział twardo. - Ja nie mogę jej stracić!
- Panie Malfoy! Czyżby pomiędzy panem a panną Granger coś zaszło?
Młody arystokrata spojrzał na nią krótko stalowym wzrokiem i odparł cicho:
- Zakochałem się w niej.
- Nie wiem co na to powiedzieć... Przecież panna Granger zaręczyła się z panem Krumem.
- Nie, nie są zaręczeni! - sprostował buńczucznie.
- Wie pan to od Hermiony? - zapytała zbita z tropu. Przytaknął. - Czy ona również coś do pana czuje?
Twarz arystokraty natychmiast przybrała maskę obojętności i zwyczajowej pogardy, a jego wzrok stał się lodowaty, jak zwykle, gdy się odezwał oschle:
- Nie pani interes! Teraz najważniejsze jest, by zaskoczyć tych kretynów i by nic złego nie stało się Hermionie i dz... - w ostatniej chwili ugryzł się w język, gdy zorientował się, że o mały włos nie wypaplał o ciąży Gryfonki.
- Proszę? - zainteresowała się nauczycielka. - By nic nie stało się Hermionie i komu?
- Co?... Nie... Nie ważne, koniec rozmowy. Może pani już iść!
Gdy tylko drzwi zamknęły się za kobietą, deportował się.
Z mocno bijącym sercem stanął przed Bramą Wyznawców, czyli główną drogą prowadzącą do zamku. Przetarł dłonią spocone czoło i mijając wyniosłych strażników, ruszył w stronę Wejścia. Krocząc powoli korytarzem do swej komnaty, zamyślił się głęboko nad słusznością swych decyzji. Obawiał się, że atak Zakonu może nie pójść tak, jak tego oczekiwał i Hermiona zostanie przez przypadek zabita.

***

Wyszedł z płonącego domu, osłaniając oczy przed rażącym blaskiem wszechobecnego ognia. Jego ludzie uwijali się, jak w ukropie, sprowadzając na środek placu przerażonych mieszkańców miasteczka, którego sześćdziesiąt procent stanowili czarodzieje mugolskiego pochodzenia i mugole. Popatrzył pogardliwie na brudne twarze ludzi, lecz kiedy wzrok jego padł na przerażoną twarzyczkę być może czteroletniej dziewczynki, ścisnęło go w gardle tak mocno, że musiał się odwrócić, bo nie mógł znieść widoku jej błagających o pomoc oczu.
- Co z nimi robimy? - zapytał Zabini, podchodząc do niego. - Tu są małe dzieci i kobiety w ciąży.
- Obchodzi cię ich los? - mruknął blondyn.
- A żebyś wiedział! Nie wszyscy są tak bezdusznymi skurwysynami, jak ty, Malfoy — warknął cicho czarnoskóry. Draco skrzywił się, wiedząc, że przyjaciel ma rację. Poza tym on sam też nie chciał ich zabijać, dzięki Hermionie zmienił swoje podejście do mugolaków i mugoli, ale musiał grać twardego dowódcę.
- Więc co proponujesz? - zapytał dla zabicia czasu.
- Nie wiem... Liczyłem na to, że być może mi pomożesz...
- A dlaczego miałbym?
- Bo też nie masz ochoty na bezsensowną rzeź niewiniątek...
- Być może, lecz jeśli puścimy ich wolno, to on i tak o wszystkim się dowie!
- Wymażemy im pamięć...
- A naszym ludziom?
- Każemy wcześniej wracać do zamku.
- Nabiorą podejrzeń — zaoponował blondyn, lecz zanim zdołał cokolwiek dodać, kątem oka dostrzegł zielony promień i najbliższy człowiek zwalił się na ziemię, co natychmiast wywołało nieopisany chaos.
- Zamiast się kłócić, kto ma pierwszy rzucić zaklęcie, po prostu to zróbcie! - powiedział jeden ze Śmierciożerców, mijając ich. - No?... Ruszcie się!
Gdy odszedł, Draco spojrzał beznamiętnie na Blaise'a i mruknął:
- Kurwa, mogliśmy pamiętać, że w naszej grupie jest pierdolony sadysta.
- Taaa...
Blondyn podążył za spojrzeniem czarnoskórego. Coś lodowatego przewróciło mu się w żołądku, gdy ujrzał zapłakaną kobietę tulącą do swej piersi martwe ciałko dziewczynki, która wcześniej patrzyła na Malfoya. Z niemałym trudem przełknął ślinę.
- Zróbmy to — powiedział, wyciągając różdżkę.

***
- Powiedz mi, Draconie... Dlaczego w twojej głowie zrodził się pomysł, by ocalić te ścierwa? - zapytał zimno Voldemort, bawiąc się swoją różdżką.
- Panie mój... Wpadłem na pomysł, by zatrudnić ich tutaj w roli sprzątaczy.
- Zatrudnić? Czyli dać im należny za to żołd?
- Skądże znowu! Zatrudnić, czyli zmusić do pracy.
- Chyba nie bardzo pojmuję twój tok rozumowania, Draconie... Zechcesz mi to jaśniej wytłumaczyć?
- Oczywiście, mój panie. Otóż jak sam zapewne doskonale wiesz, twoi ludzie są znakomitymi czarownikami, lecz jeśli chodzi o zaklęcia gospodarstwa domowego, to niewiele oni o tym wiedzą. Skrzaty natomiast często są tak zajęte, że niejednokrotnie również nie dają rady z porządkami w tym pięknym zamku, a bywa i tak, że zaklęcia nie pomagają. Tu po prostu potrzeba siły ludzkich rąk — wyjaśnił spokojnie.
- Zacny to pomysł, lecz jak dobrze rozumiem, w ten sposób chciałbyś ulżyć skrzatom? - rzekł powoli Czarny Pan, przenosząc spojrzenie swych gadzich oczu na chłopaka. Draco zadrżał lekko.
- Bynajmniej, o miłościwy panie mój. Chciałem, tylko by zamek wyglądał nieskazitelnie czysto w czasie Balu, który raczysz organizować, Mistrzu. Jest to bowiem przecie twe święto i nie godzi się, by obchodzić je w brudzie, gdyż zasługujesz na to, by otoczenie twe promieniowało czystością, by nie obrazić twej osoby...
- Draconie! Nie podejrzewałem cię o taką elokwencję i pomysłowość! Ani o przebiegłość...
Malfoy zbladł gwałtownie, gdy Czarny Pan podniósł się ze swego tronu i zamaszystym krokiem podszedł do chłopaka, który natychmiast zgiął się w niskim ukłonie.
- Wyprostuj się, młodzieńcze. Zadziwiasz mnie. Ten atak, który tak zgrabnie przeprowadziłeś... Zaskoczyłeś mnie nim naprawdę mile i muszę przyznać, że wykazałeś się prawdziwym oddaniem. Doceniam to. W nagrodę będziesz mógł przybyć ze swą partnerką na Bal. Możesz nawet zabrać tę brudną szlamę ze sobą, tylko niech wygląda przyzwoicie. Znaj mą dobrą wolę i ciesz się ponownie moimi względami... A teraz odejdź, mój wierny sługo.
Draco zgiął się ponownie w ukłonie i z mocno bijącym sercem wyszedł w tej pozycji na korytarz. Nie mógł uwierzyć, że poszło mu aż tak szybko i węszył w tym jakiś podstęp Czarnego Pana, wobec czego postanowił być jeszcze bardziej czujny, niż dotychczas.
Rozmyślając nad ewentualnymi zakusami tego wężowatego ryja, powolnym krokiem zbliżył się do swej komnaty. Ze zdumieniem odkrył, że drzwi są uchylone, zaklęcia ochronne przełamane, a z wnętrza dochodzą co najmniej niepokojąco dziwne odgłosy. Zacisnął palce na różdżce i kopniakiem otworzył drzwi. Wpadł do środka, rejestrując, że bezczelnym włamywaczem jest jego ojciec, który aktualnie próbuje wywlec na zewnątrz śmiertelnie przerażoną Gryfonkę...

1 937 czyt.
100%5
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2031 słów i 11573 znaków.

Dodaj komentarz