Okruchy przeznaczenia - Część 33

Zamieć śnieżna utrudniała podróż przez góry, a przenikliwe zimno zaczynało wdzierać się przez przemoczone ubrania. Narzucone kaptury na głowę nie wiele pomagały, zapadła noc. Mela dziwiła się, jak hylon opiera się silnemu wiatrowi, który prawie zmiatał je z nóg. Wskazywał drogę na częściowo oblodzoną skałę, mieniąc się na granatowo. Ranza miała dość, bolały ją wszystkie mięśnie, w głębokim szarym puchu, każdy krok wydawał się męczarnią, jakby zapadała się w piasek..
- Wracajmy, to szaleństwo wspinać się w środku nocy.
- Nie ma mowy, idę, coś jest nie w porządku.
- Daj spokój, skąd wiesz że to mówi prawdę? Jeśli mnie oszukujesz …
- Nie, idziesz? - odparła czarodziejka podając jej dłoń, aby wspięła się za nią.
Wiedźma niechętnie chwyciła rękę, krzywiąc się przy tym, jakby szła za karę. Silne podmuchy utrudniały im wspinaczkę. W pewnym momencie Mela poślizgnęła się, kobieta w ostatniej chwili złapała ją, sama ledwo trzymając się skalnej ściany. Wspięły się na naturalną półkę, ciężko łapiąc powietrze.  
- Mogłaś zginąć!
- Od kiedy cię to obchodzi? Życzysz mi śmierci, a nagle podajesz mi rękę?
- To chodzi o Kansiego … bez ciebie też zginie. Dla mnie możesz nawet roztrzaskać się o skały, ale jeszcze nie dziś.
Siedziały tak chwilę, a śnieg powoli przestawał sypać, wiatr słabnął na sile. Było ciemno, ale warunki się poprawiły. Nietoperek nadal świecił, lewitując nad nimi.  
- Ruszajmy, zanim nadejdzie kolejna fala chmur. Mam złe przeczucie.
- Drugi raz nie będę cię łapać, rozumiesz?
- Jak chcesz, na mnie też nie licz – odparła czarodziejka, pokazując jej język.
Wreszcie znalazły się przed grotą, z której dochodziły odgłosy walki. Figurka przestała się unosić, opadając jak kłoda na ziemię.  
- Idziemy, szybko …
- Nie ciągnij mnie! - zaprotestowała Ranza, zziębnięta i rozjuszona.
Dotarły do miejsca, skąd dobiegały niepokojące odgłosy. Wtem Mela ujrzała Kansiego i Jokastę, atakujących jakiegoś mężczyznę. Ranza na widok ojca, oniemiała nie mogąc wykonać nawet kroku na przód.
- Znaleźli go …
- Kogo?
- Ledona, mojego ojca.
- Idź im pomóc. - syknęła dziewczyna, wypychając wiedźmę.
- Nie! Oni chcą go zabić, nie mogę na to pozwolić!

Ranza wyrwała się nagle do przodu, nie patrząc na nikogo. Kapitan właśnie celował mrocznym grotem w czarownika, wtedy jego ukochana zasłoniła ojca swoim ciałem. Poczuła straszny ból w ramieniu, opadając na ziemię.  
- Ranza? Skąd ty …
- Ojcze, co się dzieje?
Kansi w momencie nie wiedział co ma robić, stał jak zahipnotyzowany. Mela wybiegła przerażona zza skały, dobiegając do rannej czarownicy. Szybko aktywowała regenerację, która powoli zasklepiała głęboką ranę kobiety.  
- Ofiara? Córko, ty z nią przystajesz?
- Zamilcz matko! Co tu się dzieje? Czemu atakujecie go? - dodała trzęsącym się głosem.
- Nie zrozumiesz, odsuńcie się, on jest niebezpieczny, trzeba go zgładzić! To zdrajca!
- I twój mąż. - odparła Ranza, podnosząc się na równe nogi.
- Już nie, sam wybrał swój los. Jest mi obcy, to wróg, rozumiesz? Pomagał czarodziejom.
Jokasta nie czekała, tylko na nowo zebrała moc.  
- A ty Kansi jesteś po jej stronie? - obruszyła się kobieta o różowo – czarnych kosmykach.
- Ranzo, odsuńcie się, bo was skrzywdzę!
- Nie! Chcecie go skrzywdzić, to mnie też musicie zabić!
Mela stała w miejscu, nie wiedząc którą ze stron ma wybrać. Zdezorientowana patrzyła na zebranych, swoimi oczami, które wciąż były pod urokiem czaru. Jokasta uderzyła w sklepienie, a rząd stalaktytów, zaczął spadać wprost na Ledona i Ranzę. Ojciec złapał córkę w ostatnim momencie odrzucając dalej z całej siły. W jego nogę wbił się skalny twór, powodując obfite krwawienie.  
- Myślicie, że to mnie powstrzyma?
- Giń zdrajco! - ryknęła starsza wiedźma, rzucając w niego ognistym płomieniem.
Zasłonił się dłońmi, a jego szata ucierpiała, częściowo spalając się na nim. Widząc, że w zamkniętej przestrzeni niewiele zdziała, chwycił za dłoń starszą córkę. Pomimo okropnego bólu, chciał uciec. Przywołał zasłonę dymną, która zaczęła dusić przeciwników. Kansi krztusił się, a Jokasta zaczęła zasłaniać piekące oczy. Mela zakryła się płaszczem, przywierając do skalnego podłoża. Gdy dym się rozwiał, nie było ich w pobliżu. Jokasta uderzyła pięścią w ścianę.
- Uciekli, gońmy ich!
- Nawet własna córka cie nienawidzi, nie uważasz, ze przesadzasz?
- Zamilcz, chcesz mi pomóc, czy nadal będziesz patrzył na jej szare oczy? - dodała wiedźma wskazując na podnoszącą się Melę.
Czarownica zaczęła biec do wyjścia, wtedy kapitan podbiegł do czarodziejki, chcąc jej pomóc wstać. Odepchnęła go siłą, jakby chciał ją zabić.  
- Zostaw mnie! Zostaję tutaj.
Nagle tuż koło niej spadł odłamek z sufitu, wbijając się w skałę.  
- Nie! Idziesz ze mną! Tu jest niebezpiecznie.

Kansi pociągnął Melę za rękę, nie patrząc na jej protesty. Za nimi zaczęły spadać kolejno ostre jak brzytwa skały. Ukształtowane przez kapiącą wodę, teraz stanowiły niebezpieczne narzędzie zbrodni. Naruszone sklepienie, pod wpływem czarów, zaczynało zamieniać się w pułapkę. Uciekali ile sił w nogach, mężczyzna rozbijał spadające na nich bezpośrednio odłamki. Dobiegli do wyjścia z jaskini, gdzie bili się ze sobą pozostali. Jokasta nie odpuszczała, nacierając nawet na własną córkę.  
- Przestań go bronić, zostawił nas, nie ma żadnej wartości.
- Chyba dla ciebie, opamiętaj się matko!
Ledon spojrzał z troską na córkę, która uparcie mu pomagała. Bili się na przywołane ostrza, których szczęk odbijał się echem w jaskini. Kansi widział, że Jokasta ledwo sobie radzi, gdyż dawny generał władał wyśmienicie bronią, pomimo otwartej rany. Doskoczył aby jej pomóc, włączając się do walki.  
- Kansi, co ty robisz? Czemu bronisz jej?
- Nie twoja sprawa! Mamy umowę.
- Jaką?
Mężczyzna spojrzał ukradkiem na czarodziejkę, nie mógł powiedzieć kobiecie, że pogubił się w uczuciach. Bał się jej reakcji, ale w końcu chciał się uwolnić od dręczących go koszmarów. Bez Meli czuł się, jakby ktoś odbierał mu tlen.  
- Mela jest zaklęta! Co ciebie może to obchodzić …
Wtedy Ranza zmieniła wyraz twarzy, zmarszczyła brwi, nacierając jeszcze mocniej na kapitana.  
- Ta ofiara mnie nie obchodzi! Dziwi mnie twoje podejście. Czyżbyś chciał ją …
- Tak, tylko Jokasta potrafi. Dlatego on musi zginąć!
- Ty potworze, wierzysz mojej matce? Głupiec! Skończony głupiec.
Wtem Ledon zrozumiał, że chcą odwrócić jego urok, nie mógł do tego dopuścić. Nabrał mocy, kierując nią w swoją żonę, krzyknęła uderzając w skalną ścianę. Leżała chwilę nieruchomo, zasłaniając się długim płaszczem.
- I co kochana? Myślisz, że dasz mi radę? Nie tacy śmiałkowie próbowali mnie schwytać …
Gdy tak się nad nią nachylił, nagle poczuł, jak krótkie, zimne ostrze, wbija mu się w brzuch. Wyciągnął je ledwo, widząc że zostało zatrute. Kansi przestał się bić, a Ranza nie potrafiła nic z siebie wydobyć, nawet krzyku. Czarnoksiężnik wiedział, co mu grozi, że trucizna niedługo pozbawi go życia. Spojrzał na Melę, a jego ręce wykonały jakiś magiczny ruch.  
- Uwalniam cię, córko. - dodał posyłając w jej stronę energię.
Mela poczuła dziwne wibracje, potem okropny ból głowy. W momencie sobie wszystko przypomniała, spotkanie w jaskini, treningi i to, że kocha Kansiego. Z jej oczu popłynęły łzy, jej ojciec zaczynał umierać powoli. Ranza stała osłupiała, czyżby ta ofiara była jej siostrą? To nie mieściło się jej w głowie.  

Ledon korzystając z zamieszania przywołał latający dysk. Zaczął uciekać w powietrzu, Mela podążyła za nim, rozumiejąc powagę sytuacji. Wtem gdy przelatywali nad potokiem, mężczyzna spadł ze swojego pojazdu, wprost do lodowatej wody. Dziewczyna skoczyła za nim, ratując go, wyprowadzając na brzeg.  
- Uleczę cię, wytrzymaj …
- Nie … Mela … nie lecz mnie.
- Muszę! - dodała ze łzami w oczach, a zielonkawa energia przepływała przez jej dłonie.
Odepchnął ją, odmawiając sobie pomocy.  
- Posłuchaj mnie. Byłem zbyt pewny siebie, ale nie mogę żyć ze świadomością, że własna żona mnie nienawidzi. Kochałem ją kiedyś … ona nie zrozumie nigdy mojego postępowania. Chciałem do niej wrócić, ale twoja matka … pojawiłaś się ty. - mówił, ujmując jej trzęsące się dłonie.
- Uleczę cię, proszę …
- Nie. Tak miało być. Wysłuchaj mnie … nie przejdziesz próby. Uciekaj natychmiast tu. - dodał, podając słabnącą dłonią jakiś okrągły przedmiot.
- Gdzie?
- Gdy go ściśniesz mocno, pokaże ci się mapa, ona cie poprowadzi. Tam mieszka moja siostra … wymów moje imię, a się ujawni … nikomu o tym nie mów … nikomu ...
- Kocham cię … chcę żebyś to wiedział, wszystko sobie przypomniałam …
- Ja ciebie też … nie żałuję. Ranza nie jest zła, dbaj o siostrę. Uważaj na Kansiego … on …
Wtedy jego uścisk osłabł, trucizna dokonała swojego dzieła. Mela zaczęła nim trzepać, próbując go nagle leczyć, ale to było bezcelowe. Nie chciał tej pomocy. Schowała przedmiot jaki od niego dostała. Z oczu zaczęły płynąć potoki łez, przytulała jego ciało, nie wiedząc co ma myśleć. Wtem dolecieli do niej pozostali. Ranza na widok Ledona, również do niego przywarła, zaczynając lamentować jak małe dziecko. Tylko Kansi i Jokasta patrzyli na niego z obojętnością wypisaną na twarzy. Dotarło do niej, że Ledon poległ, tego chciała. Teraz musiała pozbyć się Meli, za bardzo przypominała jej o duchach przeszłości. Kapitan kątem oka zauważył, że kobieta wyciąga kolejny ostry przedmiot, z którego kapie toksyczny płyn. Zrozumiał w mig, co chce uczynić. Zamachnęła się, aby wbić w czarodziejkę zatrute ostrze, ale mężczyzna wytrącił jej przedmiot, który upadł tuż obok dziewczyny, wbijając się w ciało czarnoksiężnika. Ranza podniosła na nią oczy, nie mogą uwierzyć w to co widziała. Nienawidziła Meli, ale w taki sposób nie miała zamiaru pozbawiać jej życia, to było poza honorowym zachowaniem. Podniosła się, rzucając w matkę silnym czarnym tworem, który powalił ją prosto do górskiej rzeki.  
- Jak nisko trzeba upaść! Powiedz mi matko?
- Ranzo, tylko ja ci zostałam …
- Nie prawda, mam Kansiego.
- Mylisz się, on cie nie kocha, prawda kapitanie!?

Wiedźma skierowała na niego swój wzrok, jakby szukała zaprzeczenia słów matki w jego oczach.  
- Kansi, powiedz, że ona kłamie.
Mężczyzna stał z kamiennym wyrazem twarzy, jakby nie mógł znaleźć w sobie odwagi.  
- Ranzo, musimy porozmawiać, ale proszę nie tu, nie w takich okolicznościach …
- Co? Co ty mówisz, czyżby …
- Córko, on ci nie powie, że kocha kogoś innego. To tchórz, gnida. Wykorzystuje cię, czy ty tego nie widzisz?
Młoda wiedźma zbliżyła się do kapitana, w tym czasie Jokasta zaczęła wycofywać się, korzystając na zamieszaniu. Gdy była po drugiej stronie rzeki, przywołała latający dysk. Będąc na tyle wysoko, że czuła się bezpieczna, zawołała na cały głos.  
- On kocha Melę, a teraz rób co chcesz! - zaśmiała się szyderczo, znikając gdzieś w oddali.
Ranza otworzyła szeroko oczy, czuła jak trzęsą się jej dłonie. Nie dość, że dowiedziała się, że ma przyszywaną siostrę, to jeszcze odebrała jej miłość.  
- Jokasta ma rację, nie potrafię dłużej tak żyć. Zakochałem się w niej …
Dostał w twarz z dłoni, aż klasnęło, odbijając się echem po okolicy. Mela wstała osłupiała, wycierając mokre oczy. Tego było zdecydowanie za wiele, w powietrzu szykowała się burza. Ranza zbierała moc, patrząc z pogardą na niedawny obiekt swoich westchnień.

750 czyt.
100%234
AuRoRa

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2182 słów i 12011 znaków. Tag: #fantasy

4 komentarze

 
  • dreamer1897

    dreamer1897 · 6 wrz 2018

    Kansi trzyma dziewczyny przy życiu ale sam chce zabić Ledona...Jokasta chce zemsty ale ojciec i córka nawiali a Kansi nadal zakochany w Meli. Wszystko się komplikuje i jak tu znaleźć rozwiązanie?

  • emeryt

    emeryt · 6 wrz 2018 · 202081569

    Autorko, kto jest tym przegranym, bo ja już pogubiłem się. Dzięki za ten odcinek i czekam na następny, bo moje szare komórki nie nadążają.

  • AnonimS

    AnonimS · 6 wrz 2018

    Kłótnia rodzinna o chłopa.  Brawo Ty.

  • AlexAthame

    AlexAthame · 5 wrz 2018

    Szkoda, że Mela straciła ojca. No dalej Nietoperku, powiedz im! Och, co się narobiło.