Okruchy przeznaczenia - Część 32

Za oknem zaczął prószyć śnieg, a w chacie zrobiło się jeszcze zimniej. Ranza nie wytrzymała, rozpalając ogień w kominku. Powoli powietrze się ogrzewało, a skaczące płomienie, dawały pokaz swoim tańcem. Melę wszystko ciekawiło, ruszała fiolki z miksturami, stare amulety, znajdujące się w szafie. Wtem jeden z nich pojaśniał, jakby coś go aktywowało. Oddaliła się, znów nic, ale kiedy znów zbliżyła do niego dłoń, zaświecił na purpurowo. Wiedźma wstała natychmiast z fotela, gdy tylko ujrzała co czarodziejka chce ująć w dłoń, podbiegła do niej przerażona.  
- Zostaw to!
- Dlaczego? Zobacz jak błyszczy.
- Właśnie dlatego go nie ruszaj. Matka musiała zostawić zabezpieczenie, na wypadek rabusiów. Naszyjnik jest zaklęty.
- Nudzi mi się, nie umiem tak siedzieć bezczynnie.
- Poczytaj sobie księgę, może się czegoś nauczysz.
- Nie po to tu przybyłyśmy, zaczynasz działać mi na nerwy. - obruszyła się Mela.
- Chodź, zaprowadzę cię na górę, czytanie dobrze ci zrobi, przynajmniej nic nie uszkodzisz.
- Zostaw mnie, czemu mi rozkazujesz?! - zawołała dziewczyna, wyrywając się z uścisku.
- Bo mogę, idziemy.
Weszły po drewnianych schodach na górę, gdzie pomieszkiwała najczęściej Jokasta. W małym pokoju, urządzonym w drewnie, znajdowało się mnóstwo zakurzonych ksiąg. Niektóre zdawały się pamiętać zamierzchłe czasy. Ranza chwyciła za jedną z nich, podając młodej czarodziejce, usadziła ją na siłę na stołku.
- Nie waż się stąd wychodzić, czekamy na Jokastę. Będę na dole, tylko nie próbuj sztuczek.
- Idź już, jak mam czytać jak ciągle mówisz. Dekoncentrujesz mnie.
Wiedźma zeszła po schodach, zajmując się swoimi sprawami. Mela spojrzała do księgi, były tam spisane jakieś zaklęcia, z których nic a nic nie rozumiała. Wzięła następną, podobna sytuacja, powoli zaczynała się nudzić, kiedy poczuła, że nietoperek daje o sobie znać. Prawie zapomniała, że nosi go teraz ze sobą. Wyjrzała z pomieszczenia, czy Ranza przypadkiem nie nadchodzi, po czym zaczęła szeptać do figurki.  
- Co się dzieje, chcesz mi coś powiedzieć?
Przedmiot pojaśniał na granatowo, unosząc się lekko nad dłoniami. Skierował się w powietrzu w miejsce, wysoko wśród regałów, zatrzymując się tam. Mela chwyciła za starą jak świat drabinę, którą powoli zaczęły atakować korniki. Ostrożnie stawiając kolejne kroki, wspięła się w górę. Wyciągnęła księgi, przy których nietoperek się unosił, ale nie przedstawiły nic ciekawego. Jedna typowo zielarska, druga o historii lasu, a trzecia to poradnik wyszywania. Wtem Mela spojrzała na wnękę za nimi. Wyglądało to na drzwiczki, do jakiejś skrytki. Pociągnęła za malutką klamkę, zobaczyła grubą książkę, przewiązaną czarną wstęgą. Wzięła ją w dłoń, otwierając powoli. Kartki ledwo się trzymały, a w środku znajdowały się ręczne zapiski.  

Zamknęła drzwiczki, odłożyła pozostałe księgi na miejsce, po czym zaczęła schodzić na dół. Nagle jeden ze szczebli puścił, a ona runęła na podłogę, niczym głaz, robiąc dużo hałasu. Hylon spadł na ziemię, szybko go chwyciła, chowając za pasek..
- Co tu się dzieje?
- Chciałam inną księgę, a ta drabina …
- Matka mnie zabije – panikowała wiedźma, próbując się uspokoić.
- To nie chcący, w końcu lepiej że spadłam ja, niż Jokasta, chyba dawno tu nie zaglądała.
- Tu przyznam ci rację, w razie czego powiem, że szukałam księgi, ciebie by ukarała, mnie wszystko jedno.
- Usiądę spokojnie, i poczytam co mam. - odparła czarodziejka, otrzepując się z kurzu.
- W porządku, ale nie waż się nic więcej dotykać.
Gdy tylko Ranza znów zniknęła, a kroki stawiane po skrzypiących schodach, zaczęły cichnąć, Mela wzięła w dłoń, dziwne zapiski. Zaczęła przeglądać je od początku, wyglądało na dziennik. Kobieta skrzętnie notowała co danego dnia robiła, jakich zaklęć używała. Z początku wydawało się to dość monotonne, przewróciła strony dalej. Potem wspominała męża, żywiła nadzieje, że przeprowadzą się razem z nim do zamku. Następnie zanotowała przejmujący wpis o śmierci syna. Wyglądało na to, że zginął z rąk czarodziejów. Musiała bardzo źle znieść stratę kochanego urwisa, bo tak go opisywała. Wyglądało na to, że jej mąż znikał na całe dnie, wspominała jak za nim tęskni. W dalszej części wykryła zdradę, śledziła czarodziejkę, z którą Ledon się spotykał. Mela osłupiała, gdyż wydawało jej się, że to dokładny opis jej matki. Nagle wspomnienia zaczęły wracać, poczuła łzy wkradające się na jej policzki. Niby słyszała o sobie już wcześniej, wiedziała, że Ranza jest jej siostrą, ale wyglądało na to, że ojciec wciąż żyje. Na jego wspomnienia, zaczęła okropnie boleć ją głowa, prawie nie do zniesienia. Widziała jakąś postać, ale za mgłą. Nagle hylon znów się aktywował, wydobyła go ostrożnie.  
- Co chcesz?
„Ledon  … Kansi … Jokasta … śmierć … zabić” - odezwał się tajemniczy głos, ale Mela w końcu nie wiedziała kto kogo chce zabić. Nie wiedziała czemu, jako figurka mówi inaczej, a jako duszek bardzo wyraźnie. Nagle wpadła na pomysł, żeby stworek ją pokierował, przeważnie wtedy trafiała w odpowiednie miejsce. Wzięła ze sobą zapiski Jokasty i zbiegła na dół, niczym rażona piorunem. Ranza na jej widok wstała na równe nogi, odkładając czarodziejskie mikstury, które przeglądała.  
- Co to? Czy to nie hylon Kansiego?
- Nie czas teraz na dyskusje, on coś wie. Ktoś może zginąć, powiedział mi.
- Nie rozumiem, nie dość, że zabrałaś kapitanowi figurkę, to jeszcze śmiesz snuć podejrzenia?
- Zamilcz na chwilę! - ryknęła Mela, czując że tak trzeba. - Kansi, Jokasta, albo Ledon, każdy z nich może zginąć, hylon wie gdzie są. Musimy za nim iść, chyba że na żadnej z tych osób ci nie zależy …
- Jak ty … skąd znasz jego język?
- Nie ważne, idziesz?
Ranza zastanowiła się chwilę, nie bardzo ufała ofierze, ale tym razem postanowiła zaryzykować.  
- Idę, ale jak mnie chcesz wyprowadzić w pole, to popamiętasz!
Narzuciły na nowo ciepłe płaszcze i udały się po śniegu, w stronę gór. Nietoperek prowadził je, niczym drogowskaz, pośród padającego coraz gęściej śniegu.  

****

Tymczasem wysoko wśród górskich szczytów, Kansi i Jokasta lecieli na swoich latających dyskach energii. Przeszukiwali doliny, wyłomy skalne, szczyty, ale nigdzie na natrafili na choćby ślad czarnoksiężnika. Śnieżyca utrudniała im zadanie, coraz bardziej ograniczając widoczność. Silny wiatr smagał w nich lodowatym powietrzem, aż musieli na chwilę przystawać, aby odpocząć i się ogrzać. Nagle znaleźli górską jaskinię, do której wlecieli, targani przez zimową nawałnicę. Znajdowali się wysoko nad ziemią, więc usiedli pod skalną ścianą, żeby nie spaść w przepaść. Ze środka wionęło nie mniejszym zimnem, a ciemność wydawała się ciągnąć w nieskończoność.  
- To co robimy dalej? W taką pogodę nie ma szans na poszukiwania.
- To ty wymyśliłeś wyprawę, jeszcze ciągnąłeś mnie po nocy. Zamiast czekać na ciszę, nadejście mrozu, to wyprowadziłeś nas w śnieżycę.
- Jokasto, zależy mi na odczarowaniu Meli, im szybciej tym lepiej. Może tobie nie spieszy się ze zgładzeniem męża …
- Nie spieszy mi się? Wiesz ile lat go szukam bez skutku? Drań uciekł, zostawiając mnie samą, dla jakiejś podrzędnej dziewki spod lasu. Na dodatek jeszcze zrobił jej bachora, jak się mam czuć?
- Pewnie nie mógł z tobą wytrzymać, jesteś okropnie wybuchowa, zupełnie jak Ranza. Najpierw myślałem, ze ma to po ojcu, ale teraz widzę …
- Przestań, to że muszę cię znosić to jedno, ale twoje teorie zaczynają mnie jeszcze bardziej roznosić.
Nagle Kansi usłyszał jakieś odgłosy wydobywające się z ciemności. Uciszył dłonią rozgniewaną kobietę, każąc jej siedzieć spokojnie. Na zewnątrz hulał wiatr, ale to nie były takie dźwięki. Wydawało się, jakby ktoś uderzał tępym narzędziem w skały. Zapalili słabe kule magiczne, ostrożnie podążając za tajemniczymi dźwiękami. Szli dość długo pośród kapiącej im na głowę wody ze skalnego sufitu. Wtem w oddali zobaczyli łunę od palącego się ogniska. Zgasili swoje źródła światła, pospiesznie chowając się za skałą. Jokasta wychyliła się zza skalnego monumentu i natychmiast oniemiała. Ledon oprawiał upolowane stworki, szykując je do upieczenia nad ogniskiem.

Kobietę przeszedł dreszcz po całym ciele, nigdy by się nie spodziewała, że przez przypadek trafi prosto w cel. Mężczyzna nie zorientował się do tej pory, że nie jest sam, kontynuując zajęcie, czując się swobodnie. Kansi zmarszczył brwi, zastanawiając się co robić dalej. Zdarzało mu się kogoś uśmiercić, ale zwykle wynikało to z walki na wojnie, albo wypraw. Jeszcze nie śledził nikogo w takim celu, czuł się okropnie. Jokasta pociągnęła go za ramię.  
- Poczekamy aż zaśnie, a wtedy podam mu to – szepnęła wiedźma, wyciągając małą fiolkę zza sukni.
- Chcesz go otruć we śnie? Przecież to czyste tchórzostwo …
- Nie masz pojęcia jaki on jest potężny, to były generał całego królestwa, nawet Helar jest od niego słabszy, to stara szkoła magii, ale co ty o tym wiesz.
- Nie ważne, nie będę jednak odbierał komuś życia w tak obrzydliwy sposób. Nie przyłożę do tego ręki. - dodał o wiele głośniej Kansi, zapominając na chwilę gdzie jest.
Ledon podniósł się, odkładając zwierzynę na bok. Wyglądało na to, że przeczuwa czyjąś obecność.
- Co ty narobiłeś?
- Ja? To przez ciebie gadam jak najęty.
Cofnęli się głębiej, nie chcąc zostać znalezieni. Czarnoksiężnik po pewnym czasie uspokoił się nieco, znajdując popiskującego w jaskini szczura.  
- A to ty, zmykaj futrzaku – odparł do zwierzaka, rzucając za nim kamieniem.

Kansi odetchnął z ulgą, a Jokasta obserwowała byłego małżonka. Zmienił się, na jego twarzy widać było niepokój, ciągłe ukrywanie się, nie mogło nie mieć wpływu na człowieka. Zapuścił długie włosy, wydawał się inny, ale to wciąż był ojciec jej dzieci. W samotne noce przeklinała go, wtulona w zimną pościel. Do tej pory obmyślała co mu powie, zanim go pozbawi życia. Nie potrafiła mu wybaczyć zdrady, to wydawało się nie do zniesienia, myśl o tym, ze dotyka inna kobietę, podczas gdy ona wylewała łzy. Postanowiła zaczekać, aż pójdzie spać, nie miała ochoty bić się z nim, przynajmniej jeśli nie będzie takiej potrzeby. Czekali w pogotowiu, marznąć przenikliwie, aż Kansi w pewnym momencie pożałował wyprawy. Nagle Jokasta przysunęła się do niego, jej dłonie były lodowate, podobnie jak jej zranione serce. Wyjątkowo przysunął ją do siebie, bo sam ledwo znosił takie warunki. Gdy ognisko dogasało, Ledon poszedł się umyć w lodowatej wodzie. Na samą myśl Jokastę przechodziły ciarki. Gdy wyszedł, kierując się do innej części jaskini, aby spocząć, natychmiast poszli za nim. Skradali się niczym złodzieje, czekając na odpowiednią chwilę. Wyglądało na to, że Ledon usnął, przykryty futrem. Jokasta kazała zaczekać kapitanowi, a sama podkradała się do niego, czując przyspieszone tętno w swoich żyłach. Leżał na wznak, więc ułatwił jej zadanie. Wydobyła fiolkę z trującym naparem. Spojrzała jeszcze raz na małżonka, wspomnienia wróciły jak żywe, ale zagłuszyła je szybko. Już chciała wlać zawartość, rozchylając mu usta, kiedy poczuła silny uścisk dłoni na nadgarstku. Otworzył oczy, patrząc oszołomiony na Jokastę.  
- Kochanie, co ty tu …
- Giń! - krzyknęła chcąc dokończyć dzieła, kiedy on odepchnął ją z całej siły na skałę.
- Nie tak szybko. Chciałaś mnie zabić we śnie? Aż tak nisko upadłaś?
- To ty nisko upadłeś! Całe królestwo się z ciebie śmieje, że bałamuciłeś tą dziewkę z lasu. A najwięcej wyśmiewają mnie, że do tego dopuściłam. Wiesz co na mnie mówią? Jakie podłe oszczerstwa?
- Nie tobie oceniać moje zachowanie! Nic na to nie mogłem poradzić!
- Zdzierżyłabym twoją zdradę, ale zrobiłeś jej bękarta. Przeklęta dziewucha, panoszy się po zamku …
Jokasta przywołała ciemny twór, posyłając w stronę czarnoksiężnika. Odskoczył, broniąc się.  
- Widziałem Melę, jest cudowną dziewczyną, nie żałuję wcale tamtych lat.

Kansi słuchał, nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. A więc to on mógł rzucić zaklęcie, stąd znała tyle sztuczek magicznych na tak wysokim poziomie.  
- Zakląłeś ją, widziałam jej oczy, mnie nie oszukasz, co chcesz ugrać?
- Chronię ją, ale ty tego nigdy nie zrozumiesz. - zawołał uderzając w nią łuną światła, aż z rąk wypadła jej zdradziecka fiolka, roztrzaskując się po skałach.
Zaczęli się bić, przywołując swoją broń, walka zaczynała być coraz bardziej napięta. W pewnym momencie Ledon trafił w żonę mocnym uderzeniem, kładąc ją na łopatki. Przyłożył ostrze do gardła, a Jokasta z nerwów przełknęła ślinę.  
- Myślisz, że nie kocham Ranzy jako córki? To ty wszystko zepsułaś, trułaś ją swoimi słowami, żeby o mnie zapomniała. Nie wybaczę ci tego.
Już chciał zadać cios, kiedy dostał grotem błyskawic prosto w ramię.  
- Kto?
- Jokasta nie jest sama, twoje zero wróciło. - odparł Kansi, szykując się do ataku.
- To ty miernoto. Widzę że moja małżonka znalazła sobie zastępcę za mnie – zaśmiał się na cały głos.
- Mylisz się, przybyłem w innym celu, zginiesz zdrajco, również za to co zrobiłeś Meli!
- Pyszałku, ona nie jest dla ciebie, nawet nie umiesz się porządnie bić!
- Nie tobie oceniać kto nadaje się dla mnie najlepiej, to że jest twoją córką, nie znaczy, że masz do niej całkowite prawo oraz do decydowania o jej życiu.
- Przekonamy się – dodał Ledon, zbierając energię w sobie.
Jokasta podniosła się, stając przy Kansim, chcąc dodać mu otuchy. Czarnoksiężnik zaczynał rozumieć powagę sytuacji, ale nie zamierzał oddać skóry tak łatwo.

795 czyt.
100%224
AuRoRa

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2596 słów i 14245 znaków. Tag: #fantasy

4 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 6 wrz 2018

    Coraz ciekawiej. Pozdrawiam serdecznie

  • mydream2017

    mydream2017 · 1 wrz 2018

    Dobrze, że Mela jest taka ciekawska. Oby zdążyli z pomocą zanim wydarzy się jakaś tragedia.  

  • AlexAthame

    AlexAthame · 1 wrz 2018

    Zbliżamy się do końca. Bo przecież się wyjaśni. Nietoperku pospiesznie się,  tylko Ty możesz wszystko uratowac

  • emeryt

    emeryt · 31 sie 2018 · 202081569

    @AuRoRa, dziękuję Tobie za kolejny, wspaniały odcinek. Co prawda to myślałem że jednak coś od Ciebie przeczytam i się nie zawiodłem. Dziękuję jeszcze raz i do następnego czytania