Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 9

Ustawiła ich w rzędzie niczym w ponurym apelu. Najchętniej powiesiłaby wszystkich winnych na suchej gałęzi, ale już nie była zwykłą wojowniczką, miała wysoką pozycję oraz obowiązki. Straciliby za dużo, gdyby zabiła pięć osób. To nie wakacje, misja i dobro wioski ponad wszystko.
— Który to wymyślił? — rzuciła, wpatrując się w kamienne twarze młodzieńców.
— To był mój pomysł. — Z szeregu wystąpił wysoki chłopak o podobnych do niej włosach z blizną na lewym policzku. — Są słabi, należało ich, jak najszybciej pokonać. Gdyby nie interwencja Aresa...
Nie dokończył, wściekła pięść wylądowała na jego twarzy, posyłając zdumionego na ziemie.
— Gdyby nie on już dawno znaleźlibyście się w krainie wiecznych łowów — syknęła wściekle. —Zniszczyliśmy tylko jeden budynek, nadal chroni ich wysoka palisada, nie zapominajcie też o broni palnej. W nocy możemy zniwelować tę przewagę, ale wy durnie uderzyliście w świetle dnia, jakbyście byli nieśmiertelni. Karą za niewypełnienie rozkazu powinna być śmierć, jednak jest ona za lekka dla was. Przez takie nieodpowiedzialne zachowanie straciliśmy na jakiś czas dowódcę jednej z grup, jedynka prawie w ogóle nie odpoczęła, a wróg już wie, z kim ma do czynienia. Ty! — zwróciła się do leżącego. — Masz honor, by przyjąć winy wszystkich na siebie?
— Zgodnie z wolą wielkiego ducha. — Odwagi nie można było mu odmówić.
— Doskonale. — Uklękła obok niego i jednym ciosem, ponownie posłała na ziemię. Wściekle okładała młodzieńca, póki ten już prawie się nie ruszał. — Jak masz na imię?
— Sprytny Lis — odpowiedział z trudem.
— Od teraz nie ma już Sprytnego Lisa, jest Głupi Kojot. — Obicie młodego skutecznie ją obudziło i pozwoliło wyładować gniew. Mogła się skupić na rozkazach. — Zanieście go do namiotu. Z racji, że straciliśmy tymczasowo dwoje ludzi, grupy zawężamy do dziewięciu. Jedną biorę ja, z drugiej wybierzecie sobie sami przywódcę. Jednakże od razu zapowiadam, będzie ponosił odpowiedzialność za wasze czyny i być może skończy gorzej od Głupiego Kojota. Nie przybyliśmy tutaj na zawody, czy też na wyzwania. Dzięki naszym działaniom wioska osiągnie kolejny sukces w drodze do rozwoju i bezpieczeństwa. Zapomnijcie o osobistych pragnieniach, ponad wszystko stanowimy Konfederacje. Ja z jedynką zostajemy w obozie, dopilnujemy rannych i zadbamy o pożywienie. Druga grupa z nowym liderem rozmieści się dookoła obozu wroga i będzie nękać wychodzących. Nie podchodzicie za blisko i skrywacie swoją obecność pośród natury. Nie pozwólcie czerwonym odpocząć. No dalej ruszać się, leniwi durnie!
     Wybrana grupa niemal natychmiast pobiegła na wyznaczone pozycję. Szacunek i podziw to wspaniałe rzeczy, ale trudy i odpowiedzialność związane z dowodzeniem skutecznie neutralizują zalety.
— Leniwi durnie? Myślałem, że stać cię na coś lepszego — niemal szepnął Ares.
— Już się obudziłeś? — Szybko skierowała kroki w stronę namiotu. Jak tylko usłyszała głos przyjaciela, kamień spadł jej z serca.
— Ile można spać? — Uśmiechnął się kwaśno. — Widzę, że załatwiłaś sprawę... — Spojrzał obojętnie na leżącego na ziemi młodzieńca.
— Jesteśmy na wrogim terenie, tu nie ma miejsca na sądy, czy inne pierdoły. Byłam najwyższą rangą, więc załatwiłam sprawę po swojemu. — odparła sucho. — Jednak dziwi mnie to, że jako weteran dałeś się tak zaskoczyć.
— To jest właśnie dziwne... — Wstał z twarzą, wykrzywioną grymasem bólu. — Strzał nie padł z palisady.
Kira nie wierzyła własnym uszom.
— Czy ty twierdzisz, że mamy zdrajcę? — Spoglądała na niego z uwagą. Bestioludzie to rasa honorowych wojowników, brzydzą się kłamstwem i wbijaniem noża w plecy.
— Mówię tylko, że widziałem błysk z przodu, nie u góry. Równie dobrze mógłby ktoś strzelać sprzed bramy. — Nie mógł już usiedzieć na miejscu, duma nie pozwalała mu na okazywanie słabości. — Pewnie mówili ci inaczej, lecz prędzej zauważyliby skałę na swojej drodze, niż coś innego. Byli przepełnieni zewem krwi, gniewem. Zamiast wyostrzyć zmysły, przytłumili je, banda amatorów — mruknął wściekle. — Moja grupa już na pozycjach?
— O nie, nie. Nigdzie nie idziesz. — Położyła mu rękę na ramieniu.
— Jako dowódc...
— Przede wszystkim jesteś rannym. Im nie potrzeba balastu, poradzą sobie. — Używając siły, posadziła go z powrotem. — Nie będę się tłumaczyła Almie, wolałabym spotkać watahę, niż stawać z nią w szranki.
— Nie będę siedział z założonymi rękoma, kiedy moi ludzie narażają życie — krzyknął. Z argumentów przeszedł na słowa, wypełnione gniewem i złością. — Z drogi... — Ruszył na nią, gotowy przejść z pomocą brutalnej siły.
— Ty chyba nie wiesz, w jakim jesteś stanie — rzuciła krótko, całkowicie zrezygnowana. Cofnęła rękę i uderzyła rannego w brzuch. Ten jednak stał jak gdyby nic.
— To miało coś znaczyć? — Jego śmiech rozniosło echo. Po kilku sekundach poczuł mdłości i zawroty głowy, a kolana same ugięły się pod nim. Użył rąk, by nie upaść całkowicie. — Co... — Kaszel przerwał jego wypowiedź, a na wewnętrznej stroni dłoni pozostała czerwona substancja.
— Może i czujesz się dobrze, ale to zasługa jeszcze działającej adrenaliny i ziół. — Pomogła mu wstać i położyć się na drewnianym stole. Wprawdzie niewygodne łoże dla rannego, ale czyste. — Jak wszystko przestanie działać, z trudem poruszysz choćby palcem. Ból powala nawet najdzielniejszego wojownika.
— Dobra, dobra — odburknął. — Czuje się, jakbym był łajany przez matkę.
— A czym teraz różnisz się od dziecka, czy też tamtych młodziaków? — Kira wiedziała, że łagodne podejście nie pomoże, tylko twarde słowa dotrą do tego upartego bestioludzia, podobnie było w przypadku młodych. Choć tu wystarczy przemówić do rozsądku. — A jak cię zaskoczy jeden z tych dryblasów z długą bronią? Albo normalni wojownicy cię otoczą? Twój organizm to bomba zegarowa, w razie odwrotu będziesz tylko zawadą, obciążeniem dla oddziału.
— Nic mi nie będzie... — Urwał w połowie, po czym wpatrywał się w zielonkawy sufit namiotu. — Jako wojownik mam swoją dumę, lecz jako oficer muszę dawać dobry przykład. Przyznaje, że przez chwilę zachowywałem się, jak nieopierzony świeżak, ale to tylko ze złości na samego siebie. Zostałem zaskoczony niczym dziecko, ja weteran wielu walk, zwiadów...
— Przełknij gorycz porażki i zacznij, zachowywać się jak na wojownika przystało. Nie walczymy na plemienny turnieju, nie toczymy konfliktu z drugim ludem, który skończy się traktatem. To wojna, nasi przeciwny pragną tylko naszego zniszczenia, jeden błąd czy też napuszone ego może nas kosztować za dużo. — Nie oglądając się na przyjaciela, opuściła polowy lazaret, niby przypadkiem kopiąc rannego młodego awanturnika, leżącego na ziemi.
     Słońce powoli zachodziło, nad bagnem zapadła cisza, przerywana bzyczeniem komarów i innych owadów. Kira nie wiedziała, o czym myśleć, tyle spraw cisnęło się do głowy. Najbardziej męczyła ją sprawa postrzału Aresa, wprawdzie usłyszane wytłumaczenia brzmiały logicznie, jednak jej instynkt podpowiadał coś zgoła innego. Perspektywa zdrajcy, szpiega napawała lekkim strachem, sama musiała sprawdzić całą osiemnastkę. Zdobyli wyraźną przewagę, niszcząc ważny budynek i likwidując wielu z garnizonu, lecz wraz z aktualną sytuacją, wychodzili na zero. Musiała się ze wszystkim uporać, nim przybędzie Shadow z resztą. Głośno westchnęła i ruszyła po swoją grupę, by zmienić tamtych.

2 komentarze

 
  • Siekierezada

    Siekierezada · 2 gru 19:06 · 193487206

    Pozdrawiam. Fajna seria.

  • emeryt

    emeryt · 28 lis 17:06 · 202091556

    @krajew34, całkiem to dobrze Tobie wyszedł. Teraz kolej na drugą żonę. Ona też powinna mieć swoje "pięć minut". W dodatku trochę zapomniałeś o trzeciej żonie, a może na nią jeszcze za wcześnie? Na razie serdecznie pozdrawiam.