Mur-Część II-Rozdział 11

Podróż z Almą minęła milcząco, to chyba cecha bestioludzi, z Kirą miałem to samo. Tylko stale bzyczące komary dotrzymywały mi głośnego towarzystwa. Ares nie wspominał, że droga prowadząca do tajemniczych przybyszów praktycznie nie istnieje i będzie się trzeba przebijać przez gęste zarośla, podczas gdy żar lał się z nieba.
— Stój spokojnie — rzuciła nagle Alma, podchodząc do mnie z ostrą maczetą. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, koło mnie już leżała odcięta głowa gada, wielkości mojego ramienia. O mały włos, a rola zwiadowcy, zostałaby zmieniona na rolę kolacji.
— Węże drzewne. Bardzo niebezpieczne dla nieostrożnych. — powiedziała, wracając do machania ogromnym ostrzem.
— Jestem ci wdzięczny. Gdyby nie ty, byłoby ze mną krucho.
— Taki już mój obowiązek. — Jej ton brzmiał dziwnie sucho, jakby ukrywała z trudem tłumioną niechęć. Wreszcie nie wytrzymując mojego ciągłego wzroku, zatrzymała się. — Nie oczekuj ode mnie szacunku, czy sympatii. Nie podniosę na ciebie ręki i będę lojalna do samej śmierci, lecz nic poza tym. Tacy, jak ty powinni siedzieć za murem, albo zginąć na niegościnnych terenach. Siejecie wiatr, ale zbierzecie i burze. Koło zniszczenia i śmierci dosięgnie w końcu was. Nie zamierzam tłumaczyć się z mej nienawiści.
Spodziewałem się takiego zachowania po Aresie, ale nie po Almie. Dzieła zniszczenia nie da się ot tak naprawić, zastępując nienawiść, miłością.
— Mogę tylko odpowiadać za siebie, nie za innych z mojej rasy. Powiedziałbym, że nie jestem, jak oni, ale pewnie nie wiele, by to zmieniło.
— Wróg przed nami.
Spojrzałem w tamtym kierunku i zamarłem. Przed nami stał gigantyczny owad z prymitywną dzidą w odnóżach.
— Mrówka... — To słowo wyrwało się niemal automatycznie z moich ust. Gdy byłem mały, posiadałem hodowle owych stworzeń. Przez lupę obserwowałem ich budowę i życie, nigdy nie przypuszczałbym, że staną się oni moimi wrogami.
— Nie dobrze, nie dobrze. Stanowią nie tylko zagrożenie dla nas, ale i dla całego lasu — szepnęła, wypatrując kolejnego zagrożenia.
— Przecież są jego mieszkańcami, nie mogą, być jego wrogami. — Ciągle zapominałem, że tutejszy świat, tylko ze wierzchu wygląda, jak ten, w którym dorastałem.
— Masz rację, ale tylko w przypadku tych normalnych. Zmutowane żyją w ciągłej rutynie, zaprogramowani do tego samego cyklu. Budowa gniazda, jego obrona i zapewnienie pożywienia królowej, jak dobrze wiesz, albo i nie, ona ma tylko jedno zadanie, składać jaja. Populacja stale się powiększa, a zapotrzebowanie na żywność zwiększa się. Myślisz, że nie pogardzą mięsem?
— Nie zostanie nic. — Wizja miliona mrówek i ogołoconego gaju sprowadziła na mnie ciarki. — Możemy je wybić.
— Na zewnątrz gniazda jest to wykonalne, choć diabelnie trudne zważywszy na gruby naturalny pancerz, chroniący je, ale wewnątrz... To nie wykonalne, tysiące tuneli i tyle samo kryjówek. Stracilibyśmy masę ludzi, a żadna nie może ujść z życiem.
— Wystarczy uśmiercić królową, a reszta przestanie być groźna.
Moje naiwne stwierdzenie, wywołało uśmiech politowania na twarzy Almy.
— Wodzu, mutacje sprawiają, że wiele rzeczy się zmieniają. Jeśli chcesz przeżyć, musisz, zamiast myśleć, słuchać i uczyć się. Te paskudztwa mają jeszcze inną nazwę, Dzieci Hydry.
Znałem tylko jedno stworzenie o tej nazwie, wywodziła się ona z bardzo starych opowieści, tysiące lat przed wielką apokalipsą.
— W naszych legendach hydra zajmuje dość wysokie miejsce. Nie jako stworzenie, ale jako pojęcie. Jest to pojęcie zła, które nawet w małej ilości, może przerodzić się w coś o wiele gorszego. Jeśli nie zniszczysz źródła i wszystkich odnóg, nadal będzie niszczyło i plugawiło. Dzieci Hydry działają podobnie, oszczędzisz chociaż jedno sztukę, a ona po jakimś czasie ewoluuje w królową.
— Zaraz, zaraz, oprócz jedzenia potrzebuje jeszcze samców. Jaja bez nich nie powstaną. — Obserwowaliśmy wyłaniający się konwój robotnic, niosący wszelakie rzeczy, począwszy od martwych ciał, skończywszy na ogromnej kłodzie drewna.
— Po ewolucji dostają jednorazową zdolność, wystarczy tylko jedzenie, by powstały kokony z potomstwem. Po ich złożeniu wracają do starych, naturalnych nawyków.
— Czyli co proponujesz? To ty jesteś znawczynią tematu. — Miałem nadzieję, że podczas tej misji, zdobędę je sympatię. Wolałem nie mieć tuż obok siebie osoby wypełnioną nienawiścią, słowa o lojalności zupełnie nie przekonywały.
— Nie oddychają, więc nie możemy ich otoczyć osłoną i po prostu czekać. Woda spowoduje ich rozdzielenie i powstanie kolejnych mrowisk. Są świetnymi kopaczami, więc odpada zawalenie, pozostaje tylko ogień. Czy jednak wystarczy nam mocy na tak silny płomień? I jak się do tego zabierzemy? Wystarczy, że zobaczy nas tylko jeden, a reszta będzie już o tym wiedziała. Nie możemy wrócić do osady, pójdą za nami. A jak znajdą wioskę, królowa wyśle więcej robotnic. — Odetchnęliśmy z ulgą, gdy owadzi konwój skończył się i nadal podążał w swoją stronę.
— Jest pewne zaklęcie, ale wymaga przygotowań. Masz ze sobą ogniste kryształy? — Spytałem, spoglądając na jej torbę.
— Mnóstwo, używamy ich do podpałki, wystarczy rzucić w suche miejsce, a zapłonie ognisko. Byle nie zrobić tego w chacie... Jednak mamy ich za mało, by wrzucić do mrowiska.
— Nie o to chodzi. Stworzymy z pewien eliksir, który oddziałuje z maną. Potrzebuje jakiegoś trującego pająka, piasku, trzy ogniste kryształy, kwasowego ziela i kory drzewa. Rozbijemy kryształy w piachu, dzięki czemu nie wywołamy płomienia, kwasowe ziele rozpuści wszystko i powstanie jedna masa. Wrzucamy martwego pająka i korę zmutowanego drzewa, zwiążą one pewne związki. Przykrywamy wszystko i w szczelnej osłonie ogrzewamy, w jak największej temperaturze przez około jeden dzień, cały czas wrzucamy do niego resztę kryształów, nie mogą być rozbite. Po tym czasie powstaje eliksir, którego nazywają po prostu piekłem. Sam w sobie nie stanowi problemu, ot mieszanka przypadkowych składników, ale jeden z jego składników, kora ma w sobie nieaktywne związki many, wystarczy tylko je pobudzić i powstanie pożar nie z tej ziemi. Zanim jednak to zrobimy, musimy zrobić parę rzeczy, więc na razie skupmy się na rafinacji.
— Składniki znajdziemy bardzo szybko, mam tylko nadzieję, że do tego czasu nic złego się nie wydarzy.
— Ja również mam taką nadzieję. Obym się nie mylił — szepnąłem do siebie i zająłem się szukaniem składników.

2 komentarze

 
  • Almach99

    Magiczny, grecki ogien. Fajno. Oby tylko Shadow sie nie poparzyl!

  • emeryt

    Dzięki za kolejny, wspaniały odcinek. Już mi brakowało kolejnych przygód Shadowsa. Ma twój bohater strasznie dużo wiedzy (dzięki Tobie) i potrafi ją wykorzystać. Dziękuję i przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia.