Mur-Część III-Rozdział 16

     Stukot mych kroków rozbrzmiewał złowieszczym echem, a krwawa ścieżka znaczyła przebytą drogę. Przeciwnicy, jak robaki wypełzali z każdej dziury, nie stanowili żadnego zagrożenia, szarżując z okrzykiem i wywijając na oślep bronią. Wojownicy tylko z nazwy, tandetne imitacje. Nie widziałem w nich istot żywych, tylko odpadki, które należy szybko usunąć. Byle tego osądu nie przenieść na innych, muszę czym prędzej opuścić to przeklęte miejsce.
     Uśmiercając kolejnego przeciwnika i dodając kolorytu do tego miejsca, wreszcie znalazłem się u celu. Ogromnego pomieszczenia z wielką metalową klatką na samym środku, otoczoną drewnianymi, prostymi stołami i siedziskami. Wyeliminowałem dwóch strażników, którzy zrobili więcej krzyku, niż krzywdy i podszedłem do krat.
— Dość słabo wyglądacie, drogie panie — rzuciłem wesoło w stronę pobitych dziewcząt.
— Długo ci to zajęło, łazęgo. Gdzie się szlajałeś? — Kira mimo obitego ciała ciągle wykazywała hart ducha. Wyglądała najgorzej z całej trójki.
— Miło widzieć, że żyjesz Shadow. Duchy jednak nad nami czuwają. — Freja jak zwykle uduchowiona, a Kordelia w ciszy siedziała tuż obok nich. Jestem ciekaw, co musiałoby się stać, aby ich charaktery uległy zmianie.
— Mogę zapytać, dlaczego nasza lwica z wyglądu przypomina potłuczony worek ziemniaków? — Zakląłem miecz i rozciąłem kraty.
— Nie twój interes kochasiu — warknęła ognistowłosa, wychodząc i prostując kości.
— Nie przejmuj się nią, po prostu znowu, zamiast myśleć, postanowiła działać, co w konsekwencji wiadomo, czym się skończyło. — Srebrnowłosa objęła mnie z czułością. — Myślałam, że zginąłeś. Gdzie Carl?
— W bezpiecznym miejscu. Ich zostawiamy? — spytałem, wskazując głową na innych więźniów.
— To żywe trupy, już więcej życia jest w słomianej kukle. Biedne, złamane istoty. Przeraża mnie miejsce, które prowadzi do takiego stanu.
— To nie miejsce Frejo, to tylko i wyłącznie ktoś do tego doprowadza. Zresztą to nic nowego — odpowiedziałem, odwracając wzrok od nieszczęśników.
— Masz jakiś plan, prawda? — spytała, kierując swe piękne oczy na mnie.
— No... Tak jakby.
W odpowiedzi głośno westchnęła.
— Czy z całej naszej rodziny tylko ja posiadam mózg? Przyprawiacie mnie o ból głowy, mamy przynajmniej jakieś miejsce docelowe, czy uciekamy na hura, do przodu?
— Do domu Profesora, stamtąd wyruszymy do domu.
Podążyły za mną, w międzyczasie przybyło więcej wrogów, wybiegający, jak zwykle z głośnym okrzykiem. Chcieliśmy zaatakować, gdy wielki kamienny mur, odgrodził nas od nich.
— Wiem, że walka jest waszą rutyną, ale trochę pomyślcie, zanim coś zrobicie. — Freja powstała po wykonaniu zaklęcia magii ziemi. — Tam jest ich tysiące, a nawet więcej. To niemożliwe, by zabić wszystkich, a nawet jeśli uda nam się, to co z więźniami? Potrzebują odpowiedniej pomocy medycznej, bez opieki staną się jeszcze większymi szaleńcami od swych katów.
— Więc co robimy panno wszechwiedząca? — spytała Kira, zza powstałej osłony dochodziły przytłumione krzyki.
Freja powoli podeszła do każdej z czterech ścian i zaczęła je powoli badać.
— Zamiłowanie do architektury i budownictwa to piękna rzecz, ale teraz czas nas jakby trochę gonił. Nie jesteśmy na wycieczce krajoznawczej. — Z uwagą przyglądałem się powoli rozpadającemu się magicznemu murowi.
— Siedź cicho i daj mi pracować — odpowiedziała spokojnym głosem. Jej dłoń wędrowała po kamieniach, szukając czegoś.
     Wreszcie przystanęła tuż naprzeciwko zablokowanemu przejściu.    Położyła rękę na skale i zaczęła tworzyć zaklęcie, kreśląc odpowiednie znaki za pomocą many. Zwykłe zaklęcia tworzy się natychmiast, używając obrazu z wyobraźni i magicznej energii, jednak te potężniejsze i skomplikowane wymagają albo długiej intonacji, albo systemu znaków, w których trzeba tchnąć instrukcje. Na koniec wystarczy wyzwolić energię w postaci krótkiego detonatora z many.
Moja druga żona skończyła w idealnym momencie, przez powstałe szpary zauważałem już kaprawe rekinie mordy.
— Odsuńcie się. — Uderzyła pięścią w symbol i odsunęła się, my mieliśmy niecałą sekundę na ucieczkę. W tym samym momencie morze kamienia z ogromną siłą uderzyła w nadciągających od strony powstałej wyrwy. Nie mieli szans z taką siłą, mogłem tylko wyobrażać sobie, co z nich zostało. Popatrzyłem w drugą stronę, teraz widniała tam ogromna dziura, biegnąca aż na zewnątrz. Pośpiech był wskazany, już słyszeliśmy hałas dochodzący z odsłoniętych korytarzy.
     Ruszyliśmy więc w pośpiechu, gnając, jakby to sam diabeł nas gonił. Ominęliśmy parę prostych ataków, a raczej machnięć bronią i wyskoczyliśmy na ulicę. Ogromny smród zaczął szczypać oczy, jak na Boginię ktoś mógł żyć w takich warunkach i przechadzać się, niczym w pałacowych ogrodach. Chcąc, szybko opuścić tę lazurową zgniliznę, pobiegliśmy dalej. Miasto nie było perłą architektury jak zresztą wszystko tutaj. Te same ulice z rynsztokami po bokach, budynki z kamienia i zmęczone twarze niewolników sprzedających własne wytwory, oddający panu wszystko, co zarobią.
— Shadow, gdzie jest ten cholerny dom? Wszystko tu wygląda podobnie. — Kira z ledwością powstrzymywała się od wymiotów, jej zwierzęcy nos odczuwał wszystko podwójnie.
— No... Tak wyszło, że widziałem tylko dach... — Zacząłem mówić, nie patrząc im w oczy.
— Shadow! — krzyknęła wściekle Freja, rozbijając głowę strażnikowi.
— Shadow, Shadow. — Przedrzeźniałem je. — Nie jestem cudotwórcom. Musiałem się spieszyć, nie miałem czasu na wiele godzinne planowanie. Brak informacji, brak ekwipunku, brak czegokolwiek prócz tego, co miałem przy sobie.
     Z opresji wybawił mnie Wodnik, który wychylając się z otwartego włazu, dawał nam znaki. Szybko wskoczyliśmy do niego, ratując się przed nadchodzącym pościgiem.
— Znowu się spóźniłeś z pomocą. — Wydyszałem.
— Myślisz, że tak łatwo wyliczyć, gdzie skręcicie? Od początku próbuje was odpowiednio skierować, lecz prędzej rekini król zmądrzeje, niż mi się to udało. To jakiś cud, że akurat w dobrym momencie chciałem wyjść na powierzchnie i stamtąd was poprowadzić.
— Gdzie my jesteśmy? Auć! — krzyknęła Kira, uderzając się w głowę.
— Nie radzę wstawać, sufit jest dość nisko. Chodźcie za mną, do Profesora niedaleko.
Zaczęliśmy podążać za nim, idąc ciemnym korytarzem, nie widząc dalej, niż do własnego nosa. Przypominaliśmy tępe baranki, idące ślepo za przewodnikiem, nawet się nie zastawiałem, czy czasem nie dojdzie do zdrady. Wszakże wiele razy tak było, los jakoś nie bardzo mnie lubi.
Po nie wiadomo jakim czasie przybyliśmy na miejsce, gdzie ujrzeliśmy uczonego podpalającego swoją pracownię.
— Profesorze! — wrzasnął Wodnik. — Przecież umawialiśmy się, że nie będzie pan tego robił.
— Drogi asystencie, nie pozwolę, by dom nauki został splądrowany przez tych troglodytów, uważający ogień, jako najlepszy wynalazek człowieka.
Dopiero teraz zauważyłem, że pozostało tylko kilko regałów z książkami i trochę sprzętu laboratoryjnego. Nie było teleskopu, drewnianego biurka i innych wynalazków.
— Profesorze, co zrobiłeś ze swoimi dziełami? — Chciałem odciągnąć tego małego człowieczka od niebezpiecznej destrukcji.
— Widzisz? — Zwrócił się do swojego sługi — I to jest pytanie! Miło cię widzieć z powrotem chłopcze. Widzę, że udało ci się — Z uśmiechem spojrzał na wychodzące z kanału dziewczyny.
— Gdzie Carl? — spytałem, rozglądając się dookoła.
— Bądź spokojny, pomaga mi w podpalaniu. O widzisz, tam biegnie. — Wskazał w drugą stronę. Odwróciłem się i ujrzałem naszego milczka, jak biegnie i śmiejąc się do rozpuku, podpala wszystko pochodnią. Nie spodziewałem się takiego zachowania po nim.
— A wracając do pytania, wszystko znalazło się o tutaj! — Wyjął z kieszeni pierścień, który prawie wypadł mu z dłoni. Szybko złapał go nerwowymi ruchami i otarł spocone czoło chusteczką. — To mój największy wynalazek.
— Muszę cię zmartwić Profesorze, taka biżuteria już dawno jest w obrocie.
— Nie nazwałbym tego zwykłą biżuterią chłopcze. W tym małym cacuszku mieści się cała masa przedmiotów. Mógłbym ci zacząć wyjaśniać, jak to zrobiłem i dlaczego się to udało, ale nie zrozumiesz. W skrócie dzięki mojemu geniuszowi i znajomości many stworzyłem przenośny nieograniczony magazyn. — Wywodowi towarzyszyły dźwięki płonącego pomieszczenia i trzaskającego drewna. Nie wspomnę też o powietrzu, które zaczynało się kończyć.
— Później pan wszystko wytłumaczy, teraz musimy ruszać, zaraz wszystko spadnie nam na głowę, a wtedy to już będzie za późno na jakiekolwiek lekcje. — Wtrącił się Wodnik, przynajmniej teraz zareagował na czas. Podniósł go na ręce i ruszył w stronę wielkich wrót, ruszyliśmy za nim, byle z dala od kolejnego z tutejszych piekieł. Skrzypnęły zawiasy i znaleźliśmy się na wprost morza włóczni i złotego tronu, zajmowanego przez opasłego grubasa, ledwie przypominającego rekina.

2 komentarze

 
  • shakadap

    shakadap 2 dni temu

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • emeryt

    emeryt 3 dni temu ip:8979110

    @krajew34,  dziękuję Tobie za kolejny odcinek. Tym razem chyba dzięki Tobie wpadli z deszczu pod rynnę. Lecz Ty tu rządzisz i rozdajesz karty. Pozdrawiam serdecznie.