Mur-Część III-Rozdział 8

     Dobry kawał czasu zajęło mi, wyjaśnienie wszystkiego dziewczynom. Nie mogły uwierzyć, że mieszkańcy zostali dotknięci takim cierpieniem, potęga klątwy również przerażała, nie każdy czar potrafił tak kreować rzeczywistość. Spojrzałem na chłopca, od czasu jego uratowania nie odezwał się ani słowem, skróciliśmy jego imię do Carl. Tak brzmiało łatwiej i prędzej do wymówienia. Wykonywał nasze polecenia i prośby, jednak przypominał magiczną lalkę, a nie żywego przedstawiciela niedźwiedziego plemienia. Czas leczy rany, taką przynajmniej miałem nadzieję.
     Zdecydowaliśmy zaczekać do zmroku, nie sądziłem, by rekiny wspaniale widziały w ciemnościach. Było zimno i mokro, dlatego musieliśmy rozpalić ognisko. Wszelkie zasady walki zabraniały tego, wszak w ten sposób zaznaczaliśmy swoją pozycję i obecność, jednak liczyliśmy na „lenistwo” strażników. Dziewczyny zmęczone treningiem, urządzonym przez siebie z nudów, spały w najlepsze. Kawał lasu oddalony o kilka kilometrów, w wyniku tej potyczki został zniszczony, całe szczęście, że im zaproponowałem inne miejsce. Byłoby przesadą, jakby urządziły to nad brzegiem jeziora, głupota czy też lekceważenie miały swoją granicę.
— Szanowany weteran i geniusz w walce stał się wrogiem ludzkości. — Odezwała się, milcząca dotychczas Kordelia. — Słyszałam o tobie, w akademii wiszą twoje dyplomy i nagrody. Wszyscy uczniowie chcą być tacy jak ty. Zarządca tej placówki ciągle stawia cię za wzór. Pewnie dyrektor inaczej zareagowałby, słysząc o twojej aktualnej sytuacji.
— Jeśli, by się dowiedział. — Dołożyłem drewna do ogniska. — Wiadomości z drugiej strony muru są kontrolowane.
— Kłamstwo! — krzyknęła, wstając. — Nikt nic nie ukrywa ani nie kontroluje. Ciągle słyszymy, jak heroldzi wygłaszają nowiny o bohaterskiej obronie na murze, wspominają o heroicznych śmierciach i oddaniu sprawie. — Dodała smutno.
— Żal mi cię Kordelio. Podobna jesteś do bezmózgiego chowańca, traktującego swego pana, niczym bóstwo. Chłoniesz każde słowo, nie rozmyślając nad nim, wypełnisz każdy rozkaz, choćby wiódł w odmęty szaleństwa i bólu. Prawda jest zupełnie inna, gdy Dante znudzi się wami, to potopi was, jak ślepe kocięta. Z uśmiechem na twarzach będziecie łapać każdy oddech, fanatycznie oddani swemu władcy, nie zauważając, że to właśnie jego ręka pcha was do wody.
     Dziewczyna chciała coś odpowiedzieć, ale reszta zdążyła się obudzić. Poprzestała na nienawistnym spojrzeniu. Plan wydawał się sensowny, zanurkować i odszukać ów wejście, o którym mówił szaman. Pojawiły się dwa problemy. Jak oddychać pod wodą, dłużej od maksymalnego czasu wstrzymania oddechu i czy słowa starca są prawdziwe, czy to tylko wymysł mojego umysłu.
     Zdecydowałem pójść sam, znam odpowiednie zaklęcie do tego, a najlepszym wyjściem będzie najpierw sprawdzić samemu. Za mną musiał podążać nasz niby wiezień, kto wie, na jaką odległość oddale się. Pakt pan-sługa miał swoje zasady, co do najdalszego położenia dwóch kontaktorów. Powoli wstępowałem w mroczną, zimną toń, każdy centymetr ciała ostrzegał mnie przed dalszymi krokami. Niestety ryzyko trzeba podjąć. Wreszcie zanurkowałem, przedtem aktywując specjalny urok, rozejrzałem się dookoła. Prawie nic nie widziałem, księżyc tym razem nie zaszczycił mnie swym blaskiem. Jak zwykle pod górkę. Dostrzegłem lichę światło kierujące się do mnie, nie miałem niczego do obrony, do zwiadu musiałem zrezygnować z wszelkiej broni i ubrań, prócz bielizny. Oddech powoli przyspieszył, a mózg krzyczał, bym uciekał. Obiekt wreszcie zbliżył się do mnie, kamień spadł z serca. Była to Kordelia z dziwnym urządzeniem w ustach oraz kieszonkową latarką w dłoniach.
      Zganiwszy siebie w myślach, ruszyłem dalej. Mimo pokonanej odległości i zużytych sił nie natrafiliśmy na wyspę. Wynurzyłem się, ale wróciłem pod taflę. Prawie wykryło mnie urządzenie skanujące, tylko wyćwiczona umiejętność wykrywania magii, pozwoliła mi, uniknąć niebezpieczeństwa. Gdyby cierpliwość była na równi wytrenowana z nią, pewnie nigdy nie doświadczyłbym takiej sytuacji. To tylko pokazuję, że wciąż dużo pracy przede mną.
     Kontynuowałem, aż dotarłem do skalistego początku wyspy, znaleźć szczelinę rozpaczy. Tylko gdzie, na miłość Bogini, ona znajdowała się? Jedynym rozwiązaniem, przynajmniej na ten moment było zanurkowanie głębiej i tak też uczyniłem. Metr, po metrze przeczesywałem każdą możliwą dziurę w skale, jednocześnie opływając dookoła twierdzę. Zaczynałem powoli tracić nadzieję i siły. Czyżby umysł płatał mi figla?
     Poczułem dotknięcie w ramię, obejrzałem się. To Kordelia snopem latarki pokazywała wejście, być może nie jest tylko kłopotem. Podążyłem za nią, nawet tu prowadziła ją duma, przynajmniej mogłem podziwiać jej wdzięki. I miała, co pokazywać. Wcześniej jakoś tego nie zauważałem. Pokonaliśmy trochę drogi, płynąc skalistym, podwodnym kanionem, zupełnie nie miałem pomysłu, skąd nazwa szczelina rozpaczy. Kątem oka dostrzegłem dwa fosforyzujące punkty niemal obok nas. Instynkt podpowiadał mi, bym się zatrzymał. Chwyciłem dziewczynę za kostkę i szarpnąłem do siebie. Popatrzyła na mnie wściekłym wzrokiem, próbując się uwolnić. W tym samym momencie niemal o włos przeleciało obok niej ogromne cielsko. Po chwili wycofało się, a ja ujrzałem ogromną, powoli zamykającą się paszczę. O to i strażnik. Powziąłem decyzję o odwrocie i przedyskutowaniu problemu z resztą. Chwyciłem za ramię oszołomioną jeszcze Kordelię i ruszyliśmy na powierzchnie, znacznie oddalając się. Po chwili stwierdziłem, że jesteśmy z drugiej strony twierdzy. Wyszliśmy na ląd i zmęczeni dotarliśmy do czekających na nas.
— I jak? — spytała Kira. — Dość długo wam zajęło. Pani szlachcianka wygląda, jakby zobaczyła ducha.
— Coś w ten deseń. — Zacząłem opowiadać im, co zaszło pod wodą.
— Możesz opisać tego potwora? — Freja spojrzała na mnie.
— Za bardzo nie przyjrzałem się, to była tylko chwila. Długi, wielki o święcących ślepiach, chyba bez kończyn, ale nie jestem pewien. Równie dobrze mógł mieć po prostu długą szyję.
— Zauważyłeś zęby, kwas, czy cokolwiek, co występowało w paszczy? — Nieustepowała srebrnowłosa.
— Na pewno nie posiadał zębów, tego jestem pewien, ale czy coś poza tym. Nie wiem. — W ciemnościach z trudem można było dostrzec cokolwiek, dodatkowo to coś poruszało się niezwykle szybko. Freja zamyśliła się.
— Mroczny Skalniak — rzekła wreszcie. — Zanim się spytacie, już wam odpowiem. W siedzibie Srebrnych Wiedźm mamy wiele książek, bardzo wiele z naszych podróżuję, mając przy tym różne cele. Żeby dostąpić tego zaszczytu, trzeba osiągnąć odpowiednią rangę i odsłużyć swoje. Tę, co powróciły, zapisywały swe wspomnienia w olbrzymich tomach. W jednej z nich znalazłam pewien opis.
— Nic dziwnego, że jesteś taka dziwna, skoro zamiast bawić się, to wolałaś czytać nudne literki — Wtrąciła się Kira.
— Była tam opowieść o pewnej wiosce. — Zignorowała ją Freja. — Chociaż słowo miasto, lepiej pasuję. Istniała tam bardzo długa tradycja, zaprzestana w momencie, gdy dotarła tam jedna z nas, ale nadal żywa w umysłach tamtejszych. Każdego roku kilku śmiałków stawało się na ochotnika ofiarami.
— Jak ofiarami? Przecież nikt nie chce ginąć z własnej woli.
— Kira! Na litość wszystkich plemion dasz mi dokończyć? — Freja straciła cierpliwość.
— Dobra, dobra. Już się nie wtrącam.
— Na czym to ja skończyłam? Acha na ofiarach. — kontynuowała. — Była ona ku czci lokalnego bóstwa, które chroniło przed trzęsieniem ziemi. Wymagało jednak mięsa i to nie byle jakiego, chyba domyślacie się, o co chodzi. Jednak, by nie wyjść na demona, czy inne plugastwo powstała gra. Uczestnicy jej mieli pokonać podwodną jaskinię, zabrać specjalny koralowiec, występujący tylko tam i wrócić. Brzmi prosto, czyż nie? Otóż na trasie było tylko jedno niebezpieczne miejsce, w którym ukrywało się bóstwo. Nikt nie wiedział, gdzie akurat wtedy ono będzie. Zawsze zmieniało miejsce pobytu. Po kolei wpływali oni do śmiertelnej pułapki, kontynuowali do momentu, aż pierwszy z nich nie padł ofiarą potwora. Jeden moment i już go nie było, pozostała tylko zmącona woda. Używali różnych sposób, choć i tak kończyli w żołądku bestii.
— I zawsze znajdywali się chętni? — Nie chciałem w to uwierzyć.
— Nagroda nęciła. Ogromne bogactwo zbierane z datków oraz możliwość pojęcia za partnera troje wybranych z miasta. Małżeństwo jednopłciowe wtedy istniało, jednak wymagało odpowiedniej pozycji społecznej. Niechętnie patrzono na miłość dwóch ludzi bez możliwości potomstwa. Legenda głosi, że wśród tysiąca ofiar udało się to tylko jednej osobie, ale jak? Tego nie wiadomo, ponoć dużą rolę odegrało tu poświecenie pupila zwycięscy. Niestety nie wyjaśniono dokładnie, o co chodzi. Tradycja upadła, gdy wybuch podwodnego wulkanu i wylewająca się magma utwardziła płyty, na której stało miasto, zalepiając nierówności. Zginęło również bóstwo, ugotowało się, a cielsko ogromnego węża wyłowiono następnego dnia. Jego mięso zapełniło wszystkie spiżarnie, a pancerz z łusek trafił, jako ekwipunek wojska. — Skończyła, a potem opróżniła manierkę z wodą.
— Czyli mamy gada, który blokuje nam wejście. Co więc robimy? — Zwróciłem się do dziewcząt, liczyłem, że razem coś wymyślimy.
— Proponuje stworzyć plan na miejscu, bez odpowiedniej obserwacji połączonej z analizą nic nie wskóramy — powiedziała Freja. — Ile czasu zajmie nam opanowanie tego zaklęcia chroniącego przed wodą i jednocześnie filtrującego tlen z otoczenia?
— Kilka godzin. Do zmroku powinniśmy się wyrobić.
— Więc od tego zaczniemy.
Zabrałem się do nauczania, nawet Kordelia przysłuchiwała się ciekawa w ciszy. Do nadejścia nocy wszystko było gotowe.

3 komentarze

 
  • shakadap

    Dziekuje.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wpadnięcie.

  • emeryt


    @krajew, dziękuję za kolejny odcinek.  
    Coś jak kraken z mitologii, ale odcinek wspaniały, a i pogoda trochę przestała wariować. Tak jak już poprzednio napisałem: wpadłem w to opowiadanie jak śliwka w kompot i chyba to potrwa aż do końca. Pozdrawiam i dziękuję.

  • krajew34

    @emeryt przyjemność po mojej stronie.

  • Almach99

    Nie lubie wezy

  • krajew34

    @Almach99 ja także za nimi nie przepadam. Tałatajstwo jedne, ale  wybrałem akurat je, bo wzbudzają  wiadomo jakie uczucia. ;)